Liberum veto. Nic nie jest za darmo na tym pięknym świecie.

Wszystko co nie pasuje do pozostałych sekcji, a dotyczy tego okresu.
Awatar użytkownika
karateka
Posty: 161
Rejestracja: 13 mar 2011, 05:42

Liberum veto. Nic nie jest za darmo na tym pięknym świecie.

Post autor: karateka » 16 mar 2013, 04:43

Liberum veto – nie ma co udawać: zaglądamy w przepaść; zła praktyka przyczyniła się niewątpliwie w znacznym stopniu do paraliżu władzy w Rzeczpospolitej, ale nie tylko ona. Fakt: była jednym z czynników rozkładu, co do tego nie ma wątpliwości; obok rozpanoszenia się fakcji; zaniku myślenia w kategoriach bonum communae; obok gnuśności politycznej res publica (nic tak nie zabija rzeczypospolitej jak oddanie władzy obywatelskiej w ręce rządzących i oddanie się słodkim objęciom postpolityki); obok usypiającej propagandy przemieniającej najważniejsze instytucje w państwie (por. hasło - sejm, sejmik) w jakieś rodzaje sejsmografów do ostrzegania przed wszelkimi próbami reformowania kraju; obok wielu, wielu innych czynników (niektóre z nich w ciekawym wywodzie wymienia w niedawno wydanej pracy Jan Dzięgielewski „O ustroju, decydentach i dysydentach. Studia i szkice z dziejów Pierwszej Rzeczypospolitej”). Ale obiecałem, że podejmiemy próbę namysłu nad liberum veto, bo na przykład rozumując kategoriami Andrzeja Maksymiliana Fredry można było mówić: liberum veto to pozostałość arystotelesowskiego marzenia o rządach ludzi cnotliwych, których siłą jest racja i mądrość a nie masa (ilość). Stu bogatych w siłę nacisku tępaków, nie przewyższy dzięki zasadzie liberum veto – jednego zacnego, który ma możliwość zablokowania niedobrej ustawy. Ale czy nie są to tylko piękne słowa, dorabiane do wcale nie takiej znowu „arystotelesowskiej z ducha” praktyki? Oto poseł Siciński, który był klientem, jak mawiał Orzechowski, Zdradziwiłłów (ale czy na pewno działał na polecenie znanego nam Janusza Radziwiłła?) w 1652 nie zgadzając się (tylko?!) na przedłużenie obrad sejmowych. Historycy się spierają czy to był na pewno początek końca, dlatego że był to jedynie sprzeciw wobec prolongaty obrad; znacznie gorzej stało się podczas sejmu koronacyjnego 1669 roku, kiedy to poseł wołyński Adam Olizar zerwał sejm na tydzień przed końcem obrad; potem już się potoczyło, aż do przykładowego sejmu z 1688, który zerwano jeszcze nawet przed wyborem marszałka! Wygodne to było narzędzie do uprawiania polityki; wielkiej zręczności wymagało kierowanie nawą ojczyzny wobec tak mocno zagrażających raf. Zrywano sejmy z dwoma przynajmniej wyświechtanymi w gębach frazesami: „zagrożeniem absolutum dominium” (por. hasło – absolutum dominium) i z koniecznością strzeżenia „Aurea libertas”, złotej wolności naszej. (por. hasło – libertas, libertas - 2, llibertas - 3). Kiedy jednak myślę o liberum veto przed oczyma stoi mi sytuacja z roku 1652, kiedy to poseł Siciński (w zmowie czy nie w zmowie? Filip Kazimierz Obuchowicz w swoim diariuszu wspomina: „były sporsze dudy, które mniejsze nadymały piszczałki”) woła: nie zgadzam się (na przedłużenie obrad) po czym najpierw nie dał się przekonać, a następnie z Warszawy wyjechał i nic już nie dało się zrobić. Decyzja ówczesnego Marszałka, rzeczonego Andrzeja Maksymiliana Fredry, nie była łatwa i paradoksalnie świadczyła, że zasada szlacheckiej, indywidualnej odpowiedzialności za wspólnotę polityczną musi zostać uszanowana. Jeden powiedział nie. Jeden. Nie możemy go przekonać, namówić, zastraszyć, upić, przekupić, zniewolić, zatkać mu ust brudną dłonią, aby nie zaprotestował, skłonić – nic nie możemy uczynić wszelkimi możliwymi środkami politycznymi, jakie kultura polityczna zna od swoich początków. Nie ma go. Więc majestat Rzeczypospolitej musi uszanować sam siebie, musi uszanować swoje złote zasady. Nie da się przecież na kolanie zasad zmienić, dostosować ich do zmienionej sytuacji. Jan Dzięgielewski pisze o tamtej sytuacji następująco: Parlamentarzyści postawieni wobec konieczności wyboru między bezwzględnym uwzględnieniem normy proceduralnej, a przyzwoleniem na odstąpienie od niej w imię ewentualnego zaspokojenia potrzeb państwa, opowiedzieli się za poszanowaniem prawa./…/ wobec rozchwiania systemu wartości istniała potrzeba oparcia się na czymś, co wydawało się jednoznaczne, czyli literze prawa. Jakkolwiek przerwanie w ten sposób prac sejmu uważali za czyn zły… Czyż to nie materiał na prawdziwie staropolski dramat antyczny? Patrzę więc na ten moment ze sporym wzruszeniem, ale może jakbym zaglądał trochę w przepaść, w rozwierającą się głębię nicości. Bo uświadamiam sobie, świadom tej puszki Pandory, tego początku jednak końca, że pewne rzeczy mają na świecie swoją wielką cenę. Ta wielka rzecz to poczucie podmiotowości; poczucie bycia u siebie, na swoim, które było naczelnym poczuciem szlacheckiej przynależności; szlacheckiej res publica. Ale też jest to azard, wystawienie się na ryzyko: podłości, małości czy tylko ludzkich słabości. Bo wystarczy w tym systemie, że miejsce amor patriae zajmie polityczna kalkulacja, wyrachowanie, nikczemność; że wspólnotę pożytku zajmie pożytek wspólnoty, że poprzestawia się wektory. I mamy – katastrofę! Zdaję sobie sprawę, że ten azard, ma cenę wysoką, bardzo wysoką, ale nic nie jest za darmo na tym pięknym świecie. Niestety.

Krzysztof Koehler

Awatar użytkownika
karateka
Posty: 161
Rejestracja: 13 mar 2011, 05:42

Re: Liberum veto. Nic nie jest za darmo na tym pięknym świecie.

Post autor: karateka » 16 mar 2013, 04:44

Consensus omnium – sądzę, że nie wolno mi już odsuwać od siebie zmierzenia się z tematem liberum veto, który to temat w naszym dziedzictwie intelektualnym (może politycznym po trosze) w ogniu gorących wykształca się sporów (w jakimś sensie, mam nadzieję, że uda mi się ów sens wyjaśnić w toku tych tu rozważań, porównywalnym jest on sporem do tego jaki rozgorzał - i gorzeje nieustannie - wokół Powstania Warszawskiego). Chociaż w przypadku liberum veto rozumowanie zapewne podąża bardziej wyrobionymi koleinami (w końcu debata trwa dłużej) i może aż tak wyraźnie – choć o tę konstatację nie będę kopii kruszył – nie ma przełożenia tak wprost na postawy polityczne, stosunek do tradycji itp. Liberum veto było pewną instytucją polityczną (sposobem rozwiązywania sporów politycznych, metodą, parafrazując Wespazjana Kochowskiego, (por. hasło - Kochowski, Wespazjan) „niepodejmującego podejmowania” decyzji), której, nie wiem jak to powiedzieć lepiej, formą pierwotną, niewynaturzoną była zasada Zgody Wszystkich, consensus omnium. Nasi przodkowie hołdowali tej metodzie podejmowania decyzji w swoim życiu politycznym, zapewne z jakichś powodów, które postaram się niniejszym wydedukować. Decyzje w Rzeczypospolitej podejmowano w procesie, jak to nazwał kiedyś profesor Jan Dzięgielewski (por. hasło –miłośnik staropolszczyzny) „ucierania głosów”. Jak twierdzi z kolei Janusz Ekes, Zgodę Wszystkich, rozumiano podwójnie: „Po pierwsze jako zgodę wszystkich ziem Rzeczypospolitej, do której dochodzono w Kole Rycerskim. Po wtóre jako zgodę wszystkich trzech sejmujących stanów.” (por. hasło - absolutum dominium) (czyli króla, sejmu i senatu) (por. hasło - sejm, por. hasło - sejmik) Dodaje też: „W żadnym przypadku nie traktowano jej jako jednomyślności wszystkich obecnych na sejmie dwustu kilkudziesięciu osób – przynajmniej do połowy XVII wieku.” Czemu jednak taki a nie inny był sposób podejmowania decyzji w naszym pięknym państwie (naszym?, ich? – por. hasło – oni-my) Historycy upatrują przyczyn tego procederu w istocie szlacheckiego republikanizmu (por. hasło - res publica): przejmowania na siebie odpowiedzialności za sprawy wspólnotowe (od podjęcia decyzji do jej zastosowania w praktyce) przez poszczególne podmioty polityczne. „Podmioty” te, wybierane do reprezentowania szlachty danej ziemi na sejmiku, obradowały na sejmie walnym odpowiadając za wszystkie decyzje tegoż sejmu wobec tych, którzy ich wybrali. Co więcej: na sejmiku relacyjnym odpytywano pana posła czy spełnił oczekiwania i postulaty tych, którzy go wybrali. Dodatkowo jeszcze, spotkałem się i z taką argumentacją, iż decyzje te były wcielane w życie przez tych, którzy zarówno decydowali na sejmie, jak i wybierali swoich reprezentantów na sejmikach. Przez wszystkich obywateli, (por. hasło - obywatel) zatem, aby nie doprowadzić do podziałów, wojen domowych, obrażania się, jakiegoś rodzaju separatyzmu – wszyscy musieli się dorozumieć w sprawach obowiązujących wszystkich. Inaczej mówiąc, consensus omnium był właściwie wyrazem, instytucją czy manifestacją „równości ustrojowej”(por. hasło - aequalitas) wszelkich „podmiotów politycznych” w państwie. Jedną z kilku instytucjonalnych realizacji wolności szlacheckich. (por. hasło - llibertas, libertas - 2, libertas - 3) Zasada ta miała więc tak samo konsekwencje moralne: uczyła odpowiedzialności politycznej, ale i wiązała naród szlachecki w jedno republikańskie ciało. Trzeba było temperować swoje żądania, odwołując się do idei zasadniczych rzeczpospolitej: bonum communae, amor patriae i cnoty (por. hasło - virtus) jako celu postępowania obywatela. Ale: w 1652, podczas sejmu walnego, za sprawą posła Sicińskiego consensus omnium przekształcił się w liberum veto. Czemu? Czy nie było innych możliwości? Czy nie dało się inaczej? I: czym było naprawdę to liberum veto? Jakie idee napędzały ten intrygujący polityczny proceder? Jakkolwiek wiele atramentu i łez wylano nad ową „zgubną” praktyką, postaram się już niedługo sine ira et studio (na ile to możliwe) zmierzyć się z tymi pytaniami.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Polska króli elekcyjnych ogólnie”