Skarby w suchej Wiśle. Szukamy ich w kaloszach

Archeologia – nauka, której celem jest odtwarzanie społeczno-kulturowej przeszłości człowieka na podstawie znajdujących się w ziemi, na ziemi lub w wodzie źródeł archeologicznych, czyli materialnych pozostałości działań ludzkich.
Awatar użytkownika
Artur Rogóż
Administrator
Posty: 4711
Rejestracja: 24 maja 2010, 04:01
Kontakt:

Skarby w suchej Wiśle. Szukamy ich w kaloszach

Post autor: Artur Rogóż » 13 wrz 2012, 05:38

Artykuł GW:
Obrazek
Chodzenie środkiem Wisły jest klawe. Ale znajdowanie w niej skarbów sprzed 350 lat to frajda, że hej!
Bez stroju płetwonurka ani nawet gumiaków. Trochę bardziej "roboczo", ale jednak - wyruszam na poszukiwania skarbów w Wiśle! Najpierw przybrzeżne chaszcze, potem kamienie. Woda zaskakująco ciepła. Jej widoczność to ok. 5-7 cm, czyli tyle, co nic. Trochę glonów i mnóstwo śliskich kamieni, cegieł, prętów, gruzu. W takich warunkach trudno byłoby samodzielnie znaleźć cokolwiek na dnie Wisły. Jej poziom jest jednak rekordowo niski - niecałe 60 cm. Rzeka okazała się zatem łaskawa i sama ukazała skarby. Prawdziwe!
Skąd się wzięły w Wiśle? Historia zaczyna się w 1655 r., gdy Szwedzi grabili wszystko, co wpadło im w ręce i miało jakąkolwiek wartość. Złupili zarówno biblioteki, kościoły, jak i zamki. Zabierali monety, pojedyncze małe przedmioty, ale także ogromne rzeźby i detale architektoniczne. Ładowali je następnie na szkuty płynące do Gdańska, a stamtąd już bezpośrednio do Szwecji. Z informacji historycznych wiadomo, że kilka z takich przeciążonych łodzi rozbiło się gdzieś na Wiśle. Nad ich wydobyciem od kilku lat pracuje zespół naukowców, historyków i płetwonurków pod kierownictwem dr. Huberta Kowalskiego z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego.
"Głupio witać XVII-wieczne znaleziska w trampkach"

Śliskie kamienie i wartki nurt trochę utrudniają mi dotarcie do tych cennych znalezisk. Woda jest dość płytka, przeważnie sięga łydek. Zdarzają się jednak nagłe zagłębienia, nawet na 1,5 m. Trzeba zachować ostrożność - powtarzam sobie, trzymając aparat najwyżej, jak się da. Ale zanim dołączę do zespołu dr. Kowalskiego, pracującego nad oznakowaniem i mierzeniem skarbów, przewracam się dwukrotnie.

Kilkadziesiąt metrów od brzegu w końcu mym oczom ukazują się te marmurowe cuda. Kilka rzeźb lub fragmentów architektonicznych leży sobie na odkrytym gruncie jakby nigdy nic. Trochę mi głupio witać XVII-wieczne znaleziska w trampkach, dresowych spodenkach i koszulce. Robią ogromne wrażenie! Z pewnością znacznie większe, niż gdybym widziała je w gablocie, z eleganckim oświetleniem i muzealną ciszą. Są na wyciągnięcie ręki, oświetlone słońcem, z panoramą Warszawy w tle. Muł z Wisły doskonale je zakonserwował.

W zeszłym roku zespołowi dr. Kowalskiego udało się wyłowić aż 5,5 tony znalezisk z XVII wieku, np. fragmenty z przebudowy Zamku Królewskiego z 1602 roku. Obecny, niski poziom Wisły z jednej strony pomaga naukowcom, ponieważ cenne przedmioty są widoczne gołym okiem. Jednocześnie jednak na niekorzyść działa słońce, wysuszając przedmioty i uniemożliwiając dotarcie na miejsce łodzi z dźwigiem. Dlatego na wydobycie znalezisk trzeba będzie poczekać, aż poziom Wisły się podniesie. Teraz pilnują ich zespół badawczy oraz policja rzeczna.

I pomyśleć, że właśnie stoję w miejscu, w którym 350 lat temu rozbiła się jedna z łodzi ze szwedzkimi łupami! W przypływie archeologicznych emocji rozglądam się, mając nadzieję na samodzielne znalezienie jakiegoś skarbu. Niestety, jedyne, co odkopuję z dna, to stary, zardzewiały czajnik. Jego zatopienie datuję na przełom XX i XXI wieku. Ale może za kilkaset lat też będzie coś wart?

ODPOWIEDZ

Wróć do „Archeologia Polski”