Polska ramię w ramię z III Rzeszą? Nierealistyczni realiści

Zamieszczony katalog zawiera książki z dziedziny historii Polski. Jest to swoisty przewodnik po literaturze poświęconej historii naszego państwa. Katalog jest podzielony na kategorie, aby usprawnić wyszukanie konkretnej pozycji.
Awatar użytkownika
karateka
Posty: 161
Rejestracja: 13 mar 2011, 05:42

Polska ramię w ramię z III Rzeszą? Nierealistyczni realiści

Post autor: karateka » 11 lis 2012, 20:27

Wiosną i latem 1939 roku, w wydawanych własnym sumptem memoriałach do rządu RP jeden z najbardziej znanych polskich pisarzy i publicystów politycznych Władysław Studnicki namawiał ministra Józefa Becka do przyjęcia żądań niemieckich dotyczących „uregulowania statusu Wolnego Miasta Gdańska” (tzn. zgody Polski na jego aneksję do Rzeszy) oraz przeprowadzenia eksterytorialnego połączenia przez polskie Pomorze, między Prusami Wschodnimi a Rzeszą.

Studnicki miał całkowitą rację, gdy przewidywał w rzeczonych memoriałach, że w razie „twardego” stanowiska Polski wobec niemieckich żądań i oczekiwania Warszawy na pomoc polityczną i wojskową z Zachodu, doczekamy się w zamian radykalnego wzmocnienia pozycji Związku Sowieckiego, bowiem zachodnie demokracje zapłacą za udział Moskwy w wojnie przeciw Hitlerowi naszymi kresami wschodnimi (a de facto, połową terytorium państwa polskiego).

Na Studnickiego spadły represje w związku z oskarżeniem go przez władze o „sianie defetyzmu”. Ale przecież miał rację. Jego analiza i projekcja biegów wypadków politycznych była logiczna i spójna. Była realistyczna. Podobnie jak miał rację w latach 1860-1862 inny polityk realistyczny, margrabia Aleksander Wielopolski. Miał rację, że Polacy realnie więcej zyskują otrzymując krok za krokiem koncesje ze strony Rosjan (polonizacja administracji w Kongresówce, otwarcie Szkoły Głównej w Warszawie). Mieli rację tzw. aktywiści w latach 1915-1918 uważając, że pod niemiecką okupacją Polacy zyskują realne zdobycze (przymknięcie oczu przez generała-gubernatora Beselera na spolszczenie niższych szczebli administracji i sądownictwa, przywrócenie polskiego uniwersytetu w Warszawie, zgoda władz niemieckich na manifestacje patriotyczne Polaków w stolicy w rocznice uchwalenia Konstytucji 3 Maja). To mocarstwa centralne po raz pierwszy w czasie I wojny światowej zaczęły głośno mówić o konieczności restauracji państwa polskiego (w wiecznym „sojuszu” z Berlinem i Wiedniem).

Wszyscy oni mieli rację. Tyle, że będąc realistami, nie uwzględniali jednego, bardzo realnego czynnika – polskiego społeczeństwa. A konkretniej, nastrojów w nim dominujących. Realista Wielopolski nie potrafił uwzględnić w swoich kalkulacjach nastrojów wywołanych toczącą się właściwie od porażki w wojnie krymskiej „rewolucji moralnej” wśród Polaków zaboru rosyjskiego. A swoją klęskę w tym względzie opisał znaną formułą: „dla Polaków można zrobić wiele, z Polakami – nic”. „Aktywiści” w latach I wojny światowej nie dostrzegli, że Polacy nie mają zamiaru z wdzięcznością „kwitować” ustępstwa Niemców, masowo wstępując do organizowanego przez nich na ziemiach polskich kontyngentu mięsa armatniego pod nazwą „polnische Wehrmacht”.

Ten sam czynnik przeoczył w swoich logicznych kalkulacjach Studnicki. Nie dostrzega go również Piotr Zychowicz, autor omawianej w prasie i Internecie kolejnej książki z cyklu: „a gdyby Polaka nie była uparta”. Zdaje się on zupełnie abstrahować od faktu, że rządzący obóz sanacyjny nie mógł pozwolić sobie na przejście do porządku dziennego nad nastrojami i opiniami panującymi w społeczeństwie polskim i jego polityczno-intelektualnych elitach. Tutaj panowała całkowita świadomość, że antypolski zwrot w polityce Hitlera nie jest jakąś aberracją od przyjętego wcześniej, zupełnie innego kursu; aberracją zawinioną całkowicie przez głupią nieustępliwość Becka. Raczej odwrotnie, żywa była pamięć o antypolskiej polityce demokratycznej Republiki Weimarskiej (Rapallo, Locarno, sowiecko-niemiecki traktat z 1926 roku – wszystko firmowane przez pokojowego noblistę Gustava Stresemanna) i w związku z tym przekonanie, że Hitler nie jest tutaj żadnym wyjątkiem, ale raczej kontynuatorem Weimaru.

Polacy nie byli narodem poddanym totalitarnej obróbce od ponad dwudziestu lat, tak jak narody ZSRS, którym sowiecka propaganda tłumaczyła w latach 1939-1941, dlaczego „faszystowskie Niemcy” z dnia na dzień z wroga stały się przyjacielem Kraju Rad. Trudno wyobrazić sobie, aby rząd sanacyjny łatwo przekonał Wielkopolan, mieszkańców Pomorza i Górnego Śląska czy nawet dawnej Kongresówki (pamiętających dobrze niemieckie rekwizycje z lat Wielkiej Wojny), że „teraz nam trzeba z Niemcami”.

Przy napięciu wyobraźni do granic ostateczności taki ruch można by było wyobrazić sobie tylko w formule „rządu jedności narodowej”, którą to formułę proponowały wiosną 1939 roku kierownictwu obozu rządzącego w Polsce stronnictwa opozycyjne (od lewicy po prawicę). Ale nawet, gdyby taki rząd powstał – to z pewnością na proniemiecki zwrot nie zgodziłaby się endecja, bodaj najsilniejsze stronnictwo polityczne w kraju (jeśli siłę mierzyć sympatiami w społeczeństwie, a nie sprawowaniem władzy). Nie można prowadzić realnej polityki polskiej bez Polaków.

Podobnie, jak realnej polityki nie buduje się na słowach, gdzieś niezobowiązująco wypowiedzianych. Piotr Zychowicz jako jeden z argumentów na poparcie jego tezy o słuszności koncepcji „paktu Ribbentrop-Beck” wskazuje na to, że politycy III Rzeszy w rozmowach z polskimi dyplomatami wskazywali na możliwość ekspansji Polski w kierunku Morza Czarnego.

Słowa a realna polityka. Mistrz realnego spojrzenia na politykę Jacques Bainville – na którym uczyli się i Cat-Mackiewicz i Adolf Bocheński – mawiał, że „historia jest laboratorium polityki”. No więc, na zakończenie jeden przykład z tego laboratorium o tym, jak wiele znaczą słowa w realnej polityce.

Wiosną 1862 roku przybył do Paryża nowy pruski poseł. Nad Sekwaną uchodził za frankofila. Poseł Napoleona III w Petersburgu pisał o nim, że „polityka jego jest zdecydowanie francuska”. Po przybyciu do Paryża nowy pruski poseł nie krył swojego przekonania, że polityka wynaradawiania jest absurdalna, a różnorodność narodowościowa jest dla państw raczej błogosławieństwem niż klęską. Jak dla Francji czymś dobrym jest posiadanie Alzacji z niemieckojęzyczną ludnością, podobnie dla Prus posiadanie Poznańskiego z większością polską jest czymś korzystnym. Tego słuchały francuskie salony.

Nowy poseł pruski nazywał się Otto von Bismarck.

Grzegorz Kucharczyk

ODPOWIEDZ

Wróć do „Książki historyczne”