Z Zasłucza do Wrocławia

Artykuły historyczne napisane przez użytkowników historiapolski.eu oraz z zaprzyjaźnionych stron.
Niniejszy katalog zawiera artykuły naukowe i popularnonaukowe publikowane w naszym serwisie. Trafiają do niego na bieżąco wszystkie nowe artykuły, zawiera również sukcesywnie uzupełnianą bazę starszych tekstów. POLECAMY!
Awatar użytkownika
Warka
Posty: 1577
Rejestracja: 16 paź 2010, 03:38

Z Zasłucza do Wrocławia

Post autor: Warka » 25 maja 2013, 03:52

Oprócz „Bomby” z oddziału zapamiętałem jeszcze dowódcę plutonu, „Misia” Wincentego Paszkowskiego. Gdy był już w dywizji, w trakcie walk w Lasach Mosurskich urwało mu nogi. Nie chcąc sprawiać kłopotu swoją osobą, zastrzelił się.
- Obawy mieszkańców Zasłucza, sądzących, że UPA po wyjściu oddziału „Bomby” wszystkich wymorduje, na szczęście się nie sprawdziły - wspomina Henryk Słowiński. - Oddział wymaszerował dwudziestego któregoś grudnia, a w początkach stycznia 1944 r. na Zasłucze wkroczyła Armia Czerwona. Wtedy nacjonaliści ukraińscy dosłownie rozpłynęli się w oczach. Bali się on i strasznie Sowietów i natychmiast zdemobilizowali swoje oddziały, przechodząc do głębokiej konspiracji. Sowieci tymczasem ogłosili natychmiast mobilizację i wszyscy Polacy w wieku poborowym pojechali do ośrodka armijnego formowania w Sumach, gdzie były tworzone kolejne jednostki I Armii Wojska Polskiego. Ukraińcy ani myśleli oczywiście wstępować do Armii Czerwonej. Ponownie poszli do lasu i utworzyli oddziały UPA. Opanowały one całkowicie teren, doprowadzając szybko do tego, że żaden sowiecki urzędnik bez eskorty nie mógł pojechać na wieś. Sowieci początkowo całkowicie tolerowali działalność UPA. Liczyli, że uda im się pozyskać ludność ukraińską tylko z tego tytułu, że ją wyzwolili.

NKWD-ziści nie wierzyli

- Na Zasłuczu wszystkie organy władzy lokowali we wsiach polskich, a nie ukraińskich. Nie znaczy to wcale, że nabrali do Polaków zaufania. Enkawudziści nie chcieli wierzyć, że Ukraińcy wyrzynali Polaków tylko dlatego, że są Polakami. Wzywali Polaków na przesłuchania i oskarżali ich o działalność wrogą Związkowi Radzieckiemu. Każdy, kto był wzywany na posterunek, od razu dowiadywał się, że jest szpiegiem i zaraz zostanie aresztowany. Dla Polaków były to z pewnością trudne rozmowy. Wielu pewnie zastanawiało się, czy warto było z Sowietami na Zasłuczu współpracować. Sam się nad tym wiele razy zastanawiałem. Uważam, że wówczas najzwyczajniej innego wyjścia nie było. Współpraca z partyzantką sowiecką była korzystna dla nas i dla niej. Bez wsparcia partyzantki sowieckiej ludność polska na Zasłuczu mogłaby zostać wymordowana przez UPA. Dzięki polskim wioskom partyzanci sowieccy mieli z kolei zaopatrzenie w żywność. Ci znów odwdzięczali się bronią, którą wspomagali siłę naszej samoobrony. Otrzymywali bowiem dostawy broni z głębi ZSRR, przerzucane drogą lotniczą. Na Polesiu były wielkie partyzanckie lądowiska, na których odbierali oni zrzuty lub transporty, wyładowywane z samolotów. Jak taki transport miał nadejść, to sowieccy partyzanci zbierali furmanki i konie z całej okolicy i wracali po paru tygodniach.

Wyprawy po broń

- Bywało, że formowali kolumnę składającą się z kilkuset furmanek. Polacy w zamian za te usługi transportowe coś od nich wycyganiali. Bardzo długo kontakty między dowództwem partyzantów sowieckich a naszym były dobre. Dopiero, gdy front zaczął się zbliżać do Zasłucza, Sowieci zaczęli usztywniać swoje stanowisko. Napłynęły do nich pewno instrukcje z Moskwy, nakazujące im przejęcie całkowitej kontroli nad obszarem i podporządkowanie wszystkich oddziałów, stacjonujących na ich terenie. Można mieć do „Bomby” pretensje o to, że tego nie wyczuł i dał się podejść wraz z całym sztabem. I tak jednak Sowieci ograniczyli się do aresztowania oficerów, ale nie rozbroili oddziału. Gdyby usiłowali to zrobić, to byłaby jatka na całego. Wszystkim nam szkoda było „Bomby” i innych oficerów. Ja osobiście „Bombę” szanowałem i uważałem za dobrego przywódcę. Zaimponował mi wtedy przy torach, spod których wycofał nasz oddział uważając, że ich forsowanie skończy się zbyt dużymi stratami. Przejechał później przed wszystkimi pododdziałami i tłumaczył swoją decyzję.

Drugie spotkanie z „Bombą”

- Nie musiał przecież tego robić. Drugi raz spotkałem się z „Bombą”, gdy po walce w Rudni- Lwie zostałem ranny. Cofnąłem się wtedy sam. Na drodze spotkałem „Bombę”. Stał na drodze. Spytał się, czy czegoś nie potrzebuję i czy sam jestem w stanie iść. Odpowiedziałem mu, że tak. Kazał mi dołączyć do oddziału, który wysforował się już do przodu, a w placówce zdać karabin i iść do szpitala. Oczywiście byli też malkontenci, którzy wytykali „Bombie” różne wady. Mówili, że lubi zaglądać do kielicha i że tamto i owamto. Ja jednak uważam, że był on dobrym dowódcą i dla Zasłucza zrobił bardzo dużo. Oprócz „Bomby” z oddziału zapamiętałem jeszcze dowódcę plutonu „Misia” Wincentego Paszkowskiego. Gdy był już w dywizji, w trakcie walk w Lasach Mosurskich urwało mu nogi. Nie chcąc sprawiać kłopotu swoją osobą ...zastrzelił się. O tym rzecz jasna dowiedziałem się już po wojnie. Początkowo mieszkaliśmy z mamą i siostrami w Starej Hucie, ale później przeprowadziliśmy się do Równego. W terenie, jak wspomniałem, na nowo zaczęła działać UPA. Sowieci ją tolerowali i zaczęli zwalczać dopiero po pewnym czasie. Działania UPA zaczęły być bowiem coraz dotkliwiej odczuwalne przez Sowietów. Szalę przechyliło, jak się wydaje, zabójstwo przez UPA młodego i bardzo zdolnego gen. Mikołaja Watutina , dowodzącego frontem. Jeździł on brawurowo między Korcem a Równem przez las i wpadł w zasadzkę. UPA wydało tym na siebie wyrok.

Oczyszczanie lasów

- NKWD przystąpiło do wielkiej akcji oczyszczającej wołyńskie lasy. Ja jesienią 1944 r. przyjechałem do Równego, w którym mieszkała mama z siostrami. Oczywiście nie próżnowałem. Zacząłem chodzić na nowo do sowieckiej szkoły, by nie tracić czasu. W 1945 r. wyjechaliśmy do Polski. Początkowo zamieszkaliśmy na Mazurach, potem przenieśliśmy się na Powiśle do Kwidzyna. Tam zdałem maturę. Później przez cztery lata byłem w Warszawie na studiach. Wybrałem rolnictwo. Pracę magisterską robiłem u takiego profesora, który wówczas, jak się to mówiło, był nieprawomyślny i władze postanowiły przenieść go do Wrocławia. W tamtych czasach profesorów przenoszono do innych ośrodków, ale się ich nie pozbywano. O tym, że należałem do AK nikomu aż do czasów Gierka nie mówiłem. Nikt też specjalnie mnie o to nie pytał. Uznano, ze w czasie wojny byłem za smarkaty, żeby należeć do jakiejś partyzantki. Dopiero, jak zacząłem pracować i musiałem wypełnić ankietę personalną napisałem, że pochodzę z rodziny rolniczej, że mój ojciec miał 10 hektarów ziemi, został aresztowany przez Niemców i zginął. Niektórzy ujawnili się wcześniej, ale później tego żałowali, bo często zaraz po wojnie czy jeszcze w latach pięćdziesiątych byli represjonowani i prześladowani. Jeden z moich kuzynów też został zamęczony przez UB w katowni na Zamku Lubelskim. Dla wielu Wołyniaków, którzy z 27 WDP AK przyszli na Lubelszczyznę, stosunki na niej panujące stanowiły prawdziwy szok. Na Wołyniu Polak to był Polak, wiadomo patriota i katolik. Innych orientacji nie było. Na Lubelszczyźnie byli natomiast Polacy „biali”, „czerwoni”, „zieloni”. Wołyniacy często baranieli, nie wiedzieli, co robić.

Krecia robota

- Wielu poszło do lasu. Za sytuację tą w znacznej mierze odpowiadali Sowieci, którzy tworzyli swoje kadry, by przejmować kontrolę nad zajmowanymi w Polsce terenami. Pamiętam, że jak jeszcze byliśmy w Równem, to Sowieci werbowali Wołyniaków rzekomo do polskiej partyzantki, której oddział miał być przerzucony za linię frontu. Wielu wstąpiło do tego oddziału. Wśród nich był też Władek Hermaszewski, który jednak szybko ten oddział opuścił, bo zorientował się, że jego członkowie nie mają być żadnymi partyzantami, tylko pracownikami aparatu bezpieczeństwa i milicji. Z Równego oddział ten został przerzucony, o ile mnie pamięć nie myli, do Dubna. Z Lipnik kilku mieszkańców pozostało w oddziale, a później, jak się okazało, pracowali w UB i milicji. Jeden zdaje się walczył później z UPA na Podkarpaciu i stracił przy tym nogę. Wracając do moich prywatnych losów, to chciałbym nadmienić, że we Wrocławiu po zrobieniu magisterium zostałem na uczelni, decydując się na karierę naukową. Uczelnia ta przechodziła różne zmiany organizacyjne. Najpierw był to wydział rolniczy na Uniwersytecie i Politechnice, bo wtedy tylko taka uczelnia funkcjonowała w dźwigającym się z ruin Wrocławiu. Później powstałą Wyższa Szkoła Rolnicza, przemianowana z czasem na Akademię Rolniczą, która przed paru laty uzyskała status Uniwersytetu Przyrodniczego.

Ogromny awans

- Baza placówki, jak również ludzie w niej pracujący, którzy się jeszcze trzymają, są oczywiście ci sami. Ja we Wrocławiu w sumie mieszkam już 62 lata. Tu zrobiłem doktorat, habilitację i zostałem profesorem. Najpierw nadzwyczajnym, a później zwyczajnym. Ten ostatni tytuł otrzymałem już rąk prezydenta Lecha Wałęsy w Belwederze. Dla mnie, chłopaka z małej wsi na Wołyniu, był to ogromny awans. O Wołyniu oczywiście nigdy nie zapomniałem i gdy zaistniały do tego odpowiednie możliwości, zaangażowałem się w tworzenie środowiska żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Droga do tego była trudna, ale ostatecznie udało się nam zorganizować wszystkich, którzy się do formacji tej przyznawali i spełnili już kryteria formalne. Utworzyliśmy własny okręg, liczący 120 osób. W tej chwilki środowisko składa się z 40 osób. Z tego jednak autentycznych kombatantów jest 26. Reszta to ich rodziny. Jako środowisko podejmujemy różne kroki na rzecz upamiętnienia działań 27 WDP AK. Dzięki naszym staraniom udało się nam umieścić dwie tablice pamiątkowe. Jedna poświęcona służbie zdrowia dywizji znajduje się w szpitalu wojskowym, a druga ku czci wszystkich Wołyniaków w kościele garnizonowym. W 2012 r. udało się nam też doprowadzić do nadania jednemu z rond komunikacyjnych Wrocławia imię 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK.

Odnawianie cmentarzy

- Obecnie staramy się umieścić tam jeszcze jakiś obelisk, który by informował okolicznych mieszkańców, czym była 27 WDP AK. W świadomości tamtejszych mieszkańców formacja ta nie funkcjonuje. Organizujemy też pielgrzymki na Zasłucze, starając się ratować resztki zachowanych tam jeszcze polskich cmentarzy. W 2009 r. pojechaliśmy do Moczulanki, na cmentarzu której spoczywa też wielu żołnierzy z oddziału „Bomby”. Ogrodziliśmy go, ustawiliśmy krzyż. Oczyściliśmy w miarę możliwości z krzaków i samosiejek. Ustawiliśmy też dwa obeliski, z ponad trzystoma nazwiskami osób, spoczywających na dawnym parafialnym cmentarzu. Krzyże nagrobne, pomniki i mogiły na tym parafialnym cmentarzu już się niestety rozsypały. Podobnie uczyniliśmy podczas kolejnego wyjazdu w Rudni- Potaszni. Chcemy też jakimś obeliskiem upamiętnić dawny cmentarz w Bereznem, na terenie którego znajduje się teraz park. Wszystkie nasze działania są aprobowane przez władze ukraińskie, z którymi je uzgadniamy. Ja osobiście jeżdżę na Ukrainę od 1994 r. i nigdy nie spotkała mnie tam żadna przykrość. Jeżeli coś chce się załatwić, trzeba tam jeździć i rozmawiać.

Krzyż na grobie

- Najlepiej na miejscu, nie oglądając się na uzgodnienia na wysokim szczeblu, które często trwają latami. Działając w ten sposób udało mi się ustawić krzyż na mogile zamordowanych lipniczan. Po samych Lipnikach nie zostało śladu, a mogiłę przypuszczalnie rozorano. W latach siedemdziesiątych na Ukrainie był taki trend antynacjonalistyczny, w ramach którego przypominano zbrodnie nacjonalistów, a na grobach ich ofiar stawiano pomniczki i obeliski. W Lipnikach ekshumowano szczątki ofiar, pochowanych w zbiorowej mogile przy Domu Ludowym i przeniesiono na cmentarz prawosławny w sąsiedniej ukraińskiej wsi. Ustawiono też na nim obelisk z napisem: „Tu pochowane są powtórnie szczątki mieszkańców byłej wsi Lipniki, straconych przez burżuazyjno-nacjonalistycznych Ukraińców”. Na mogile nie było jednak krzyża. Dogadałem się z głową miejscowej Rady Wiejskiej, że to on wykona krzyż z napisem według naszego projektu. Potem dokonaliśmy uroczystego poświęcenia mogiły. Z Równego przyjechał z parafianami ks. Dziekan Władysław Czajka. Miejscowych Ukraińców przyszło też ze dwustu. Pogadałem z nimi, odszukałem znajomych rówieśników.

Czas na Niewirków

- Nie pytałem się kto mordował Polaków w Lipnikach, bo pewnie by mi odpowiedzieli, że nie wiedzą. Dowiedziałem się tylko, że wielu z nich po wojnie siedziało, ale też nie pytałem się za co, bo i po co. Obecnie chcemy się zająć Niewirkowem, w którym kościół i plebania były w 1943 r. miejscem polskiej samoobrony przed napadami UPA. Uczestniczymy w szerszym froncie, starając się mobilizować do tego wszystkich miłośników Wołynia. Celowi temu służy m.in. pielgrzymka do Świątnik k. Sobótki, gdzie po wojnie został przewieziony Cudowny Obraz Matki Bożej Niewirkowskiej. Odbywa się ona przy okazji odpustu, przypadającego w połowie września i jest połączona z Ogólnopolskim Zjazdem Miłośników Ziemi Wołyńskiej. Współpracujemy też z Towarzystwem Miłośników Kultury Kresowej, w ramach którego powstało Koło Zasłuczan. Pod jego szyldem łatwiej realizować szereg działań służących chociażby ożywianiu cmentarzy na Zasłuczu.

Marek A. Koprowski

ODPOWIEDZ

Wróć do „Artykuły historyczne”