Hermaszewski cudem ocalał z wołyńskiej rzezi

Artykuły historyczne napisane przez użytkowników historiapolski.eu oraz z zaprzyjaźnionych stron.
Niniejszy katalog zawiera artykuły naukowe i popularnonaukowe publikowane w naszym serwisie. Trafiają do niego na bieżąco wszystkie nowe artykuły, zawiera również sukcesywnie uzupełnianą bazę starszych tekstów. POLECAMY!
Awatar użytkownika
Warka
Posty: 1577
Rejestracja: 16 paź 2010, 03:38

Hermaszewski cudem ocalał z wołyńskiej rzezi

Post autor: Warka » 25 maja 2013, 03:57

Ciocia Kamila w zamieszaniu zgubiła kuzyna Mirosława, przyszłego kosmonautę. Uciekała z Mirkiem samotnie po oderwaniu się od głównej grupy. Dopadł ją banderowiec i strzelił do niej z bliska. Straciła wtedy przytomność i upadła. Napastnik myślał, że ją zabił i zostawił. Ona jakoś po pewnej chwili ocknęła się i półprzytomna ruszyła do przodu. Dopiero po pewnym czasie zorientowała się, że nie niesie na rękach półtorarocznego syna. Gdy zaczęła go szukać, natrafiła na grupę lipniczan i w raz z nią dotarła do Zurna. Miała zakrwawioną twarz i rozerwane ucho. O świcie członkowie samoobrony ruszyli w stronę Lipnik. Po drodze znaleźli małe, czarne zawiniątko, w którym był Mirek. Znalazł go brat Władysław. Mimo, ze był to marzec, zima i śnieg, to nie dostał nawet kataru. Śmiałem się po wielu latach, że teraz może latać w kosmos, bo dostał od Boga drugie życie.
- Brak broni wymusił na obrońcach Lipnik określoną strategię - wspomina Henryk Słowiński. - Postanowiono ją oprzeć na pojedynczych umocnionych i ukrytych placówkach, rozmieszczonych tuż przed zabudowaniami wsi, na kierunkach spodziewanego ataku. W tych punktach dyżurowali uzbrojeni w broń palną obrońcy. Oprócz tego we wsi nocą krążyły patrole uzbrojone w widły i siekiery. Dowództwo samoobrony w Lipnikach zakładało też, że uda jej się odeprzeć atak niewielkiej grupy banderowców. Przy ich zmasowanym ataku miała ona osłonić ich odwrót do Zurna, gdzie stacjonował niewielki niemiecki garnizon. Ukraińcy usiłowali rozpoznać siły samoobrony i przysyłali do wsi swoich zwiadowców. Główny atak na wieś nastąpił 25 marca 1943 r. Banderowcy zaatakowali wieś ze wszystkich stron. Z zachowanych relacji wynika, że we wsi powstała panika, a jej zabudowania zaczęły płonąć. Ludzie byli zdezorientowani, nie wiedzieli, gdzie uciekać. Ryk zwierząt mieszał się ze strzałami i okrzykami „smert Lacham”, „ryzat Lachiw”. Na skrajach wsi zaczęła się rzeź. Uzbrojeni obrońcy usiłowali stawić opór uzbrojonej po zęby bandzie.

Ucieczka do Zurnego

Zgodnie z pierwotnym planem mieszkańcy Lipnik ruszyli ławą w kierunku Zurnego. Uzbrojeni członkowie samoobrony ruszyli przodem, żeby przebić się przez banderowską tyralierę. Pomimo, iż Ukraińcy mieli wielokrotna przewagę, małej, ale zdeterminowanej grupie członków samoobrony udało się rozerwać ich pierścień i wyprowadzić około pięciuset ludzi. Pozostali zginęli z rąk banderowców. Część zginęła od kul, a reszta była mordowana przy pomocy różnych narzędzi, głównie wideł i siekier. Niektórzy ludzie spłonęli w zabudowaniach. Banderowcy przez kilka godzin przeczesywali pogorzelisko i dobijali rannych. Niektóre rodziny wyginęły całkowicie. Banderowcy wyrżnęli wszystkich od niemowląt po staruszków. Członkowie samoobrony, którym udało się przeprowadzić zasadniczą grupę mieszkańców Lipnik, zdawali sobie sprawę, że ukraińscy napastnicy dokonują we wsi rzezi, ale było ich zbyt mało, żeby mogli przyjść dożynanym ludziom z pomocą. Ci, którym udało się wyrwać z lipnickiego piekła i dotrzeć do Zurna, też przeżywali dramaty. Rodziny się pogubiły i nie wiedziały, co się dzieje z ich najbliższymi. Ciężkie chwile stały się udziałem m.in. rodziny Hermaszewskich. Ciocia Kamila w zamieszaniu zgubiła kuzyna Mirosława, przyszłego kosmonautę. Uciekała z Mirkiem samotnie po oderwaniu się od głównej grupy.

Strzelił do niej z bliska

Dopadł ją banderowiec i strzelił do niej z bliska. Straciła wtedy przytomność i upadła. Napastnik myślał, że ją zabił i zostawił. Ona jakoś po pewnym czasie ocknęła się i półprzytomna ruszyła do przodu. Dopiero po pewnym czasie zorientowała się, że nie niesie na rękach półtorarocznego syna. Gdy zaczęła go szukać, natrafiła na grupę lipniczan i w raz z nią dotarła do Zurna. Miała zakrwawioną twarz i rozerwane ucho. O świcie członkowie samoobrony ruszyli w stronę Lipnik. Po drodze znaleźli małe, czarne zawiniątko, w którym był Mirek. Znalazł go brat Władysław. Mimo, ze był to marzec, zima i śnieg, to nie dostał nawet kataru. Śmiałem się po wielu latach, że teraz może latać w kosmos, bo dostał od Boga drugie życie. Inne dzieci nie miały takiego szczęścia. Naoczni świadkowie opowiadali, że widzieli jak bandyci wyłapywali małe dzieci w pobliżu płonących zagród i trzymając je za nogi zabijali, uderzając główkami o węgły domów lub żywcem wrzucali do ognia. Widok, jaki członkowie samoobrony zastali w Lipnikach, był koszmarny. Widzieli zmasakrowane ciała starców i kobiet. Zbrodniarze mordowali swe ofiary z największym okrucieństwem. Podrzynali im gardła, rozpruwali brzuchy, rąbali siekierami. Sama wieś się dopalała. Grozy sytuacji dopełniał ryk poparzonych zwierząt, bo niektóre ocalały. Gdy się dobrze rozwidniło, do wsi zaczęli ściągać lipniczanie.

Pastwił się nad nim zwyrodnialec

- Odnajdywali ciała swoich najbliższych i zaczęli znosić je na plac przed spalonym domem ludowym. Kuzyn Władysław Hermaszewski przy topoli nad sadzawką odnalazł ciało dziadka Sylwestra Hermaszewskiego, nad którym długo pastwił się jakiś zwyrodnialec. Siedem razy uderzył go bagnetem w pierś. Dziadek nie uciekał. Ufał, że Ukraińcy nic mu nie zrobią. Zawsze traktował ich bowiem jako swych współziomków z ogromną życzliwością i sympatią. Wspólnie dzielił z nimi dole i niedole. Bywał na weselach, chrzcinach czy pogrzebach Ukraińców. Przyjaźnił się z wieloma, traktował jak braci. Często śpiewał ich pieśni i dumki. Cudem ocalała ciotka Adela Leonkowa Hermaszewska przykryta zakrwawioną pierzyną. Gdy Władek podniósł ją , zobaczył ciotkę tuląca do siebie trójkę zamordowanych na jej oczach dzieci. Jak mi jeszcze po latach opowiadał, wciąż nie mógł zapomnieć widoku twarzy przerażonej do obłędu ciotki. Musiał on być szczególnie wstrząsający. Podobne widoki członkowie samoobrony zobaczyli w rowie melioracyjnym. Schronili się w nim głównie ludzie, którzy nie mieli siły uciekać. Głównie kobiety, starcy i dzieci. Naiwnie liczyli, że napastnicy ich tu nie będą szukać. Ci jednak szybko ich dopadli i wymordowali. Część zginęła od kul, ale większość miała głowy rozrąbane siekierami. W tej krwawej jatce członkowie samoobrony odnaleźli żywą osobę. Była to Ewelina Hajdamowicz z małym dzieckiem przy piersi.

Pochowani we wspólnej mogile

- Kobieta broczyła krwią, cudem przeżyła postrzał w głowę, ale całkowicie utraciła wzrok. Podobno sprawcą zbrodni był znajomy Ukrainiec, który litując się nad nią, jej nie dobił. Od tej pory nic nie widziała, a w pamięci pozostał jej koszmarny obraz przeżytego piekła. Wszystkich pomordowanych pochowano we wspólnej mogile, na której ustawiono wielki krzyż. Nie wszystkie zwłoki ofiar udało się zidentyfikować, bo były zbyt zmasakrowane lub spalone. Rozpoznano tylko 12 osób. Ogółem w napadzie na Lipniki brali udział mieszkańcy wsi: Mokwin, Białka, Jabłonne, Kamionka i Wielkie Pole. W sumie miało ich być około dwóch tysięcy! Lipniki zniknęły z powierzchni ziemi i dziś tej miejscowości nie ma na mapach. Ja, jak wcześniej nadmieniłem, byłem wówczas na Zasłuczu. Współczesnym czytelnikom, mającym niewielką wiedzę o Wołyniu trzeba wyjaśnić, że obszar ten był położony w północno-wschodniej części Wołynia między rzeką Słucz a starą granica polsko- radziecką. Administracyjnie rejon ten do 1939 r. wchodził w skład powiatu kostopolskiego i obejmował swym zasięgiem gminy Ludwipol i Berezne. Okolice te były w większości bagniste i w 80 procentach pokryte lasami. Geograficznie należały one do Polesia Wołyńskiego. Tutejsza ludność była znacznie rozproszona i mieszkała w 30 niewielkich miejscowościach. Najbardziej polskie z nich zamieszkiwali potomkowie polskiej szlachty zagrodowej, osiadłej w tych stronach jeszcze w XVII w. Tak było m.in. w Moczulance, Starej Hucie, Koziarnikach, Lewaczach, Mokrem, Nowej Hucie, Rudni Bobrowskiej, Siwkach i Woronówce. Ludność Zasłucza była też bardzo patriotyczna, do czego w II Rzeczpospolitej przyczynił się swoją działalnością KOP.

Współpracowała z KOP-em

- W strefie przygranicznej, obejmującej przygraniczny pas o szerokości od 15 do 20 km, obowiązywały specjalne przepisy. Mogli tu mieszkać i pracować tylko ludzie lojalni wobec państwa polskiego. Tutejsza ludność współpracowała z żołnierzami KOP-u w ochronie granicy wschodniej. Oficerowie KOP prowadzili wśród tutejszej ludności pracę oświatowo- kulturalną. Zasłucze, jak już mówiłem, w okresie okupacji niemieckiej od 1942 r. zostały opanowane przez partyzantkę sowiecką, dowodzoną przez płk Miedwiediewa. Gdy ja zjawiłem się na Zasłuczu, przybyli w te strony także partyzanci ze zgrupowania kpt. Iwana Szytowa. Partyzanci sowieccy często kwaterowali w polskich wioskach, za co Niemcy w odwecie często je pacyfikowali. Początkowo partyzanci sowieccy kwaterowali w wioskach ukraińskich, ale kończyło się to dla nich tragicznie. W nocy byli przez ukraińskich gospodarzy zarzynani. W marcu 1943 r. zamordowana została grupa partyzantów z oddziału „Kirowa”, wchodzącego w skład zgrupowania Szytowa. Udało się uciec tylko jednemu radzieckiemu partyzantowi. „Kirow” natychmiast wziął odwet i ukraińska wieś Bielczaki poszła z dymem. Podobny los spotkał wieś Łęczyn. Polska ludność na Zasłuczu też zaczęła organizować samoobrony.

Spalonych i mordowanych wsi

- Największa z nich powstała w Starej Hucie. W jej okolice zaczęli ściągać uciekinierzy z palonych i mordowanych wsi, leżących na lewym brzegu Słuczy. Wśród nich byli także mieszkańcy Lipnik, w tym mój ojciec. Uciekinierów przybywało, bo mimo iż rzezie się nasilały, administracja Polskiego Państwa Podziemnego na Wołyniu była bezradna i nie tworzyła oddziałów partyzanckich, które stanęłyby w obronie mordowanych polskich wsi. To, że tylu Polaków zginęło, ponosi ona bez wątpienia część odpowiedzialności. Jak można było liczyć na porozumienie z Ukraińcami, skoro u nas na wschodzie Wołynia rzezie trwały już na potęgę i zaczynały dochodzić w okolice Łucka. UPA z dnia na dzień rosła w siłę, a naszych oddziałów nie było. W efekcie latem 1943 r. UPA nie atakowała polskich skupisk w nocy, tylko czyniła to w biały dzień, działając w sposób masowy i bezkarny. Zasłucze przez UPA było traktowane jako wyzwanie. W czerwcu 1943 r. podjęła próbę likwidacji Starej Huty. Oddziałowi samoobrony przyszedł wtedy z pomocą oddział partyzantki sowieckiej, dowodzony przez starszego lejtnanta Grigorija Sitajłę i atak UPA został odparty. Sytuacja polskiej samoobrony nie była jednak łatwa. Partyzantka sowiecka traktowała Wołyń jako część ZSRR i realizując dyrektywy z Moskwy, starała się podporządkować sobie wszystkie oddziały działające na terenie, który uważała za własny. Sowietom nie podobało się zwłaszcza kierownictwo samoobrony w Starej Hucie.

Przychylny Polakom

- Na jej czele stał bowiem por. Leon Osiecki, który przed wojną był oficerem „dwójki” w Ludwipolu. Wspomagało go kilku przedwojennych polskich podoficerów. Początkowo partyzanci sowieccy chcieli rozbroić samoobronę w Starej Hucie. Gdy ta się temu sprzeciwiła, dowództwo partyzantki sowieckiej wezwało do siebie Osieckiego, który pojechał tam z kilkoma kolegami i niestety już nie wrócił. Został przez Sowietów rozstrzelany. Wraz z nim zginęli: zawiadowca stacji kolei wąskotorowej w Moczulance porucznik rezerwy Leon Siedlecki i furman Wincenty Bagiński. Polacy ze Starej Huty pozbawieni dowództwa utworzyli oddział, który wszedł w skład zgrupowania kpt. Szytowa. Oddział dalej stacjonował w Starej Hucie. Na jego czele stanął starszy lejtnant Grigorij Sitajło, człowiek niezmiernie aktywny i przychylny ludności polskiej. Dzięki jego staraniom oddział został dozbrojony i licząc 150 osób prezentował znaczącą siłę bojową. Jego pierwszoplanowym zadaniem byłą obrona ludności polskiej przed banderowcami na Zasłuczu i utrzymywanie funkcjonowania „partyzanckiego kraju”, nie dopuszczając do odtworzenia w nim niemieckiej administracji. Oddział partyzantki sowieckiej odchodził bowiem pod Łuck, a na Zasłuczu robiło się coraz ciaśniej. Schroniło się w nim bowiem również wielu Żydów. Aktywnie włączyli się oni do działalności partyzanckiej. Wykonywali oni usługi rzemieślnicze. Pod Lewaczami utworzyli wytwórnię siodeł dla kawalerii partyzanckiej, produkcję butów oraz szwalnię mundurów. W sierpniu 1944 r. na Zasłucze przybył oddział partyzancki AK, dowodzony przez porucznika Władysława Kochańskiego „Bombę”, liczący około dwustu ludzi.

Odcięci od Bereznego

Od tej pory to on przez kilka miesięcy rządził na Zasłuczu. Oddział ten przybył z Huty Stepańskiej. „Bomba” dowodził samoobroną w Hucie Stepańskiej i po ewakuacji zgromadzonych w tej miejscowości ludzi w rejon Przebraża, pozostał ze swym oddziałem w terenie i przeszedł na Zasłucze, co wydatnie zwiększyło siły samoobrony. Ja i ojciec też wstąpiliśmy do tego oddziału. Ojciec początkowo był jeszcze w Bereznem, w którym pozostała część samoobrony z Lipnik i ojciec wykonywał tam jeszcze jakieś zadania. Poprzez Berezne, Zasłucze utrzymywało kontakt ze światem. Szybko jednak i ten kontakt został przerwany. Niemcy się z tej miejscowości wycofywali i nie było na co w nich czekać. Panował tam głód, a próby wypraw na żniwa kończyły się tragicznie. Podczas jednej z nich zginął wuj Roman Hermaszewski, ojciec Mirosława i Władysława, uczestnik walk z bolszewikami w latach 1918-1920, działacz młodzieżowy i spółdzielczy. Banderowcy wpadali też do Bereznego , mordując polskich uciekinierów. Polacy, którzy nie zdążyli przedostać się za Słucz, musieli uciekać w innych kierunkach, często przyjmując z konieczności niemiecką ofertę wyjazdu na roboty do Rzeszy, pod eskorta żandarmów niemieckich. Wcześniej grupa Polaków usiłowała przedostać się za Słucz do Starej Huty i po drodze została wymordowana.

Cdn.

Marek A. Koprowski

ODPOWIEDZ

Wróć do „Artykuły historyczne”