Jak banda obdartusów

Artykuły historyczne napisane przez użytkowników historiapolski.eu oraz z zaprzyjaźnionych stron.
Niniejszy katalog zawiera artykuły naukowe i popularnonaukowe publikowane w naszym serwisie. Trafiają do niego na bieżąco wszystkie nowe artykuły, zawiera również sukcesywnie uzupełnianą bazę starszych tekstów. POLECAMY!
Awatar użytkownika
Warka
Posty: 1577
Rejestracja: 16 paź 2010, 03:38

Jak banda obdartusów

Post autor: Warka » 25 maja 2013, 03:58

15 lipca do Kostopola przyszły tzw. grupy pochodowe OUN, zorganizowane przez Stefana Banderę i posuwające się za wojskami niemieckimi, by ustanowić swoją władzę na zajmowanym przez nie terytorium. Ich dowódca przekazał listę proskrypcyjną Polaków i Żydów.
Henryk Słowiński urodził się w 1926 r. w Lipnikach, wsi położonej między Bereznem a Kostopolem na Wołyniu. - Wieś liczyła około stu gospodarstw różnej wielkości - wspomina. - Były takie, które miały 20 hektarów gruntów i takie, które miały ich mniej. Zasadniczą część miejscowości stanowiła ulicówka, do której przylegały kolonie. W okresie międzywojennym istniał bowiem na Wołyniu taki trend, żeby budować gospodarstwa wolnostojące, znajdujące się w centrum swoich gruntów. Praktyka ta z gospodarczego punktu widzenia może była uzasadniona, ale w czasie rzezi wołyńskich okazała się zgubna. Bardzo utrudniała obronę wsi. Moja rodzina posiadała około 10 ha ziemi, co jak na wołyńskie warunki nie stanowiło dużego areału. Jeżeli chodzi o rodziców, to moja mama Zofia pochodziła z Hermaszewskich. Ojciec kosmonauty był bratem mojej mamy. Hermaszewscy osiedlili się podobnie jak rodzina ze strony ojca w końcu XIX wieku na gruntach, które przydzielił swoim pracownikom hrabia Małyński.

Ukraińska szkoła

- Dziadek był gajowym, miał ziemi sporo, ale posiadał też dużo dzieci. Nie mógł więc żadnemu potomkowi dać odpowiedniej ilości ziemi dla założenia dobrze prosperującego gospodarstwa. Przed wojną, ojciec Marek sprzedał ziemię i przeprowadziliśmy się do Kostopola, a później do Chotenki, miejscowości leżącej 5 km od tej miejscowości. Rodzice w Lipnikach nie zdołali się wybudować, mieszkali u brata mojego ojca, który miał młyn. Ten młyn mu się jednak spalił, nie wiadomo czy przez przypadek, czy też ktoś celowo wzniecił pożar. Dziś trudno to ocenić. Po tym pożarze trzech braci, w tym mój ojciec, sprzedali swe ziemie i przestali zajmować się bezpośrednio rolnictwem. Tato pracował cały czas jako instruktor rolniczy, więc mieliśmy z czego żyć. W Chotence mieszkaliśmy u brata mojej mamy. Moje rodzeństwo składało się z trzech sióstr. Do wybuchu wojny, jak wszystkie dzieci, chodziłem do szkoły powszechnej. Zacząłem w Lipnikach, gdzie uczęszczałem do szkoły przez dwa i pół roku. Później rodzice przenieśli mnie do szkoły ukraińskiej w ukraińskiej wsi Hołówne, odległej od Lipnik o 7 km. Miała ona siedem klas i została zbudowana w odrodzonej Polsce. Nasza polska szkoła w Lipnikach, była czteroklasowa i mieściła się w starym jednoizbowym budynku. W III klasie zachorował nauczyciel , który tę szkołę prowadził i rodzice przenieśli mnie do szkoły ukraińskiej, żebym nie tracił roku. Była to, jak pamiętam, nowoczesna placówka, nie ustępująca „tysiąclatkom”, budowanym w Polsce 50 lat później.

Kto był dyskryminowany?

- Takich szkół wzniesiono na Wołyniu wiele. Trzeba o tym mówić i przypominać, bo Ukraińcy płaczą tylko i mówią, jak ich państwo polskie uciskało i wyzyskiwało. Tymczasem było odwrotnie. Polacy w Lipnikach mieli czteroklasową szkołę, a Ukraińcom zbudowano siedmioklasową. Kto tu więc był dyskryminowany? Potem rodzice przenieśli mnie do Bereznego wraz z pozostałym rodzeństwem, a na końcu do Kostopola. Tu ukończyłem szkołę powszechną i we wrześniu 1939 r. miałem z siostrą podjąć naukę w gimnazjum w Kostopolu. Była to nowa placówka dopiero co zorganizowana. Pierwotnie siostra miała iść do gimnazjum w Równem, a ja do siódmej klasy. Rodziców nie było bowiem stać, by dwoje dzieci kształcić poza domem. Gdy jednak władze zorganizowały gimnazjum w Kostopolu, rodzice postanowili, że oboje pójdziemy do gimnazjum. Mówiąc o ówczesnej edukacji trzeba podkreślić wysoki poziom ówczesnych szkół. Kształciły one dobrze. To, że później zostałem profesorem, jest zasługą przede wszystkim wołyńskich nauczycieli, którzy w każdym uczniu starali się pobudzić drzemiące w nim zdolności. Moje i siostry przygotowania do nauki zakłóciły informacje o zbliżającej się wojnie. Jej wybuchu spodziewali się wszyscy i powszechnie się o niej mówiło.

Wojna była blsiko

- Wszyscy jednak wierzyli, że jesteśmy „silni, zwarci, gotowi” i damy Niemcom solidną nauczkę. Już pierwsze dni wojny przyniosły wiele zaskoczeń. W odróżnieniu od I wojny światowej nie toczyła się ona gdzieś daleko, ale szybko objęła cały kraj. Niemcy zbombardowali zarówno Kostopol, jak i Berezne. Ich działania nie miały co prawda charakteru strategicznego, tylko bardziej propagandowe i zastraszające, ale przyniosły sporo szkód. Kostopol miał praktycznie całą zabudowę drewnianą i bomby zapalające zrzucone przez jeden czy dwa samoloty wywoływały pożary, od których spłonęło kilak dzielnic miasteczka. Podobnie rzecz się miała w Bereznem. Uderzenie Sowietów na Polskę było natomiast niespodziewane. Mieliśmy przecież podpisany z ZSRR układ o nieagresji i naiwnie myśleliśmy, że traktaty międzynarodowe obowiązują. Pierwszy patrol sowiecki, jaki zobaczyłem, nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Patrol siedział w ziemniaczanych bruzdach przy cekaemie na kółkach i jadł wykopane surowe ziemniaki... Zwycięska armia prezentowała się wyjątkowo marnie. Później widziałem wkraczanie do Kostopola zwartych oddziałów. Wszyscy porównywali je z naszą armią. Sowieci wyglądali, jak banda obdartusów.

Pojechał na Sybir

- Mój ojciec, jak wybuchła wojna został mianowany wójtem w gminie Kostopol. Gdy przyszli Sowieci, to jeszcze jakieś dwa tygodnie pełnił tę funkcję. Taki był nakaz „wyzwolicieli”. Ojciec poszedł zaraz po wkroczeniu Sowietów do starosty, ale ten powiedział, że to bardzo kulturalni ludzie i kazali polskim władzom nadal pełnić swe obowiązki. Staroscie nawet broń na krótko pozostawili. Ojciec, który mieszkał na Wołyniu z dziada pradziada i znal „ruskich” radził mu, by ja najszybciej uciekał, bo inaczej szybko zostanie wywieziony na białe niedźwiedzie. Nie posłuchał ojca i w najbliższym transporcie pojechał na Sybir. W szkole początkowo nic się nie zmieniło. Reorganizacja placówki na modłę sowiecką nastąpiła po paru tygodniach w październiku 1939 r. Zmieniono ją na dziesięciolatkę, czyli na pełną szkołę średnią. Wprowadzono do niej tylko język ukraiński. Rodzice uznali jednak, że będziemy do niej z siostrą chodzić, bo znaliśmy język ukraiński. Z perspektywy czasu oceniam, że rodzice podjęli dobrą decyzję. Do szkoły tej uczęszczałem za Sowietów, a później za Niemców, dzięki czemu w 1946 r. mogłem zdać maturę, nie mając specjalnych zaległości w nauce. Dla Polaków utrata niepodległości i zmiana władzy była szokiem. Cała administracja została wymieniona. Miejsce polskich urzędników zajęli małomiasteczkowi Żydzi. Polacy stracili pracę i możliwości utrzymania. Sporo urzędników przyjechało z Rosji. Także w naszej szkole było sporo nauczycieli z niej przywiezionych. Ja ich jednak dobrze wspominam. Szczególnie matematyczkę.

Dobrzy nauczyciele

- Znakomicie uczyła swojego przedmiotu. Oczywiście w szkole była prowadzona propaganda antyreligijna, antykościelna i antypolska, ale cała merytoryczna część nauki układała się poprawnie. Jak przyszły wywózki, to już to przeżyliśmy strasznie. Do naszej klasy uczęszczali koledzy, których ojciec był gajowym. Funkcjonariusze NKWD przyszli do szkoły i ich zabrali. Zostali wywiezieni do Kazachstanu z rodzicami. Jak pamiętam rozmowy z domu z tego okresu, to rodzice traktowali zawsze ten czas jako przejściowy. Mówili, że wcześniej czy później Niemcy uderzą na ZSRR i koszmar sowieckiej okupacji szybko się skończy. Ojciec czuł się coraz bardziej niepewny. Bez przerwy wzywano go na różne przesłuchania i chciano udowodnić, ze był osadnikiem wojskowym. To zaś było groźne. Osadników wojskowych wywożono bowiem w pierwszej kolejności. Ojciec miał jednak dokumenty potwierdzające, że mieszkał od dawna na Wołyniu i na nim się urodził. Przed I wojną skończył też za cara szkołę rolniczą i znał dobrze język rosyjski. Jakoś udało mu się wytłumaczyć.

Oparcie w Ukraińcach

- Nie trafił na listę do wywózki. Mógł pracować zgodnie ze swoim wykształceniem w jakimś przedsiębiorstwie rolniczym. Gdy na Wołyń wkroczyli Niemcy, to Polacy nawet się ucieszyli. Nie wiedzieli, że w wyniku ataku Niemców na ZSRR wpadną z deszczu pod rynnę. Niemcy bardzo szybko wkroczyli na Wołyń. W Kostopolu znaleźli się jeszcze w czerwcu. Ja po raz pierwszy Niemców zobaczyłem, jak jakiś patrol zajechał do nas na podwórko i kazał nam się wynosić z domu, bo będzie spał w nim niemiecki oficer. Nasz dom w tej Chotence był położony na końcu wsi na skraju lasu i jakoś Niemcom wpadł w oko. Na szczęście ten oficer spał u nas tylko jedną noc. Jak ja się obudziłem w stodole, w której Niemcy kazali nam spać, to już ich nie było. Nowi okupanci całą swą władzę w mieście oparli na Ukraińcach. Zastępca Gebietskommisara został Ukrainiec, syn felczera i akuszerki, znany już przed wojną z działalności antypolskiej. Ukraińcy zresztą zaraz przystąpili po wkroczeniu Niemców do załatwiania swoich porachunków z Polakami. 15 lipca do Kostopola przyszły tzw. grupy pochodowe OUN, zorganizowane przez Stefana Banderę i posuwające się za wojskami niemieckimi, by ustanowić swoją władzę na zajmowanym przez nie terytorium. Ich dowódca przekazał listę proskrypcyjną Polaków i Żydów.

Niemieckie porządki

- Niemcy na jej podstawie aresztowali, a następnie rozstrzelali 150 osób, wśród nich 50 należących do polskiej elity. Spoczęli oni w dwóch zbiorowych mogiłach na stadionie sportowym. Nie byli to tylko mieszkańcy Kostopola, ale całej okolicy, w tym także kilku mieszkańców Lipnik. Później Niemcy utworzyli getto dla Żydów, ale zanim do niego ich zapędzili na podstawie ukraińskich donosów, rozstrzelali jeszcze kilku Polaków. Niemcy zrobili to, oskarżając ich o nielegalne posiadanie broni. Mordując Polaków Niemcy starali się ich jednocześnie kokietować. Rozgrywali po prostu napięcia między Polakami i Ukraińcami. Ukraińscy policjanci później stale wskazywali Niemcom Polaków, niby to prowadzących działalność konspiracyjną, a głównie takich, u których podczas rewizji można się było obłowić. W końcu 1942 r. ukraińscy policjanci przyszli i do nas. Pewnego dnia wracamy ze szkoły, a na podwórku stają już załadowane różnym dobytkiem wozy, przy których kręcą się ukraińscy policjanci. Gdy przyjechaliśmy na podwórko rowerami, Niemiec, który dowodził tą grupą, zażądał od nas dokumentów. Pokazaliśmy mu z siostrą pozwolenie na posiadanie rowerów. Tych bowiem Polakom nie wolno było mieć. Musieli po wkroczeniu Niemców je zdać. Gdy Niemiec zobaczył moje pozwolenie, coś mu przestało się zgadzać. Nie zgadzało mu się nazwisko na nakazie rewizji.

Trzeba było uciekać

- Od razu się połapał, że coś nie jest tak, ale wszyscy byli już tak obłowieni, ze nie chcieli przerywać rabunku. On sam zebrał masę szydełkowych serwetek, wyrabianych przez siostrę. Niemiec zgarnął je wszystkie na koc i trzymał koło siebie, żeby żaden z Ukraińców mu nie ukradł. Siostra prosiła go, żeby oddał, ale ten nawet słyszeć nie chciał. Ukraińscy policjanci, stojąc przy trzech wozach z naszym dobytkiem, tylko sprawdzali, gdzie jest ich łup i czy kolega czasami im czegoś nie ukradł. Ojca na szczęście nie było, bo też pewnie by go zabrali. Takie zdarzenia były na porządku dziennym. Ojciec uznał, że nie ma na co czekać i trzeba się z Kostopola zabierać. Pewnego ranka wszystko zostawiliśmy i ruszyliśmy w świat. Na przełomie 1942 i 1943 r. zamieszkiwaliśmy u siostry ojca w rodzinnych Lipnikach. Wtedy przyjechała córka siostry ojca mieszkającego w Zasłuczu. Było to już dawne pogranicze polsko-sowieckie na północ od Korca. Ojciec uznał, że tam będzie najbezpieczniej i mnie do swojej siostry odesłał. Teren ten od 1942 r. opanowali partyzanci radzieccy. Niemcy poza wielkimi ekspedycjami nie mieli tam wstępu. Partyzanci sowieccy zlikwidowali ośrodek gminny w Ludwipolu, leżący najbliżej i ustanowili swoją administrację.

Początek rzezi

- Po kilku miesiącach zaczęły się na Wołyniu rzezie ludności polskiej. Moje rodzinne Lipniki, które miały zabudowę drewnianą, zniknęły z powierzchni ziemi w ciągu jednej nocy. Dramat tej miejscowości znam doskonale przede wszystkim dlatego, że mieszkali tam członkowie mojej rodziny, a mój ojciec stanął na czele samoobrony tamtejszej ludności. Ponadto jako środowisko wrocławskie żołnierzy 27 WDP AK spisywaliśmy relacje lipniczan, którzy uratowali się z tragedii i przygotowaliśmy opracowanie całego zdarzenia. Samoobrona w Lipnikach powstała już w końcu 1942 r. W naszych stronach mordy Polaków zaczęły się bowiem stosunkowo wcześnie. Były one pojedyncze, ale jednak dawały Polakom do zrozumienia, czego się mogą po swoich ukraińskich sąsiadach spodziewać. Organizowanie samoobrony w okolicach Lipnik nie było łatwe. Część Polaków żyła w rozproszeniu. Wielu zawarło też związki małżeńskie z partnerami ukraińskimi, którzy w ogóle nie czuli się zagrożeni. Dopiero najbliższe miesiące pokazały, jak bardzo byli naiwni. Samoobronie brakowało też broni i to stanowiło jej główną bolączkę. Lipniczanie zdołali zgromadzić tylko kilka karabinów, pistoletów i strzelb myśliwskich. Władysław Hermaszewski, starszy brat kosmonauty i mój kuzyn, mający wtedy 15 lat, zaskoczył wioskową starszyznę i przyniósł na jej zebranie ręczny karabin maszynowy z kompletem magazynków i pięć karabinów. Sobie ponadto zostawił rewolwer Nogaut i dwa granaty. Broń tę ukradł wcześniej z zakładu rusznikarskiego, mieszczącego się w piwnicy kolegi w Bereznem. Niemcy przetrzymywali tam uszkodzoną broń posowiecką, którą rusznikarz remontował dla potrzeb ukraińskiej policji.

Cdn.

Marek A. Koprowski

ODPOWIEDZ

Wróć do „Artykuły historyczne”