Rzeczpospolita Zasmycka

Artykuły historyczne napisane przez użytkowników historiapolski.eu oraz z zaprzyjaźnionych stron.
Niniejszy katalog zawiera artykuły naukowe i popularnonaukowe publikowane w naszym serwisie. Trafiają do niego na bieżąco wszystkie nowe artykuły, zawiera również sukcesywnie uzupełnianą bazę starszych tekstów. POLECAMY!
Awatar użytkownika
Warka
Posty: 1577
Rejestracja: 16 paź 2010, 03:38

Rzeczpospolita Zasmycka

Post autor: Warka » 25 maja 2013, 04:16

"W obliczu Boga Wszechmogącego , przed trumną tego z was - polskiego żołnierza, który pierwszy oddał życie na polu walki za wolność nas wszystkich, ogłaszam powstanie wolnej i niepodległej Rzeczypospolitej Zasmyckiej”. Gdy skończył swoje przemówienie, z wieży kościelnej rozległ się głos dzwonu.
- Na UB przesłuchiwali mnie bite 53 godziny - wspomina Joanna Zamościńska. - Wiedziałam mniej więc, o co mnie będą pytać. Zanim poszłam na milicję, dzień wcześniej widziałam się z taką panią z 27 WDP AK „Polą” Majewską ze służby łączności. Ją też przesłuchiwali w związku z Magierską. Ona poinformowała mnie, co na UB wiedzą i o co się pytają. Ośmiu tych ubowców po kolei mnie przesłuchiwało. Jeden był trochę bardziej litościwy i pozwolił mi się trochę przespać. Jakieś półtorej godziny przedrzemałam się z głową na biurku. Dało to jednak niewiele, bo i tak padałam nosem na biurko. Dawali mi kawę, żebym nie usnęła. Zachowywali się grzecznie. Jeden, który przesłuchiwał mnie na końcu był taki przystojny, taki wytworny, taki elegancki, robił, co mógł, żebym się przyznała, że współpracowałam z Magierską. - No, co się pani upiera - mówił. - Przecież pani Magierska to zeznała. - Ja wtedy twardo zażądałam konfrontacji z Magierską twierdząc, że ona tego nie mogła zeznać, bo to jest nieprawda.

Konfrontacji nie było

- Żadnej konfrontacji oczywiście nie zorganizowano, bo Magierska nikogo w śledztwie nie wsypała. Okazało się, że znalazł się taki harcerz Czarek, który zeznał, że uczestniczyłam w konspiracji, pomagając Magierskiej. Miałam według do niego jeździć na zgromadzenia młodzieży, brać udział w ogniskach. Jak mi to opowiedział ten ubowiec, to też zażądałam z nim konfrontacji , ale też jej nie zorganizowali. W końcu mnie wypuścili. Prawdopodobnie pomógł mi mimowolnie brat , który po ukończeniu studiów ekonomicznych pracował w dziale kosztów własnych i produkcji Wytwórni Samolotów w Świdniku i miał różnych kumpli i znajomych. Jeden z nich , widząc go bardzo zmartwionego obiecał, że mu pomoże. Miał pogadać z ubekiem, który nadzoruje fabrykę i ten chyba interweniował. Brat, o co miałam do niego później pretensje, jak poszłam na milicję i nie wróciłam, przez całą noc palił w piecu moją biblioteczkę harcerską, którą wyjeżdżając z Lublina do Krakowa zostawiłam mu na przechowanie. Potem w Lublinie odbył się proces obu harcerek. Jedna dostała 8, a druga 10 lat. Na szczęście jednak nie odsiedziały tych wyroków do końca i wcześniej zostały zwolnione. Ten harcerz Czarek, który mnie obciążył, w sądzie wycofał swoje zeznanie i mówił, że się pomylił. Proces odbywał się w sądzie w Lublinie przy ulicy Okopowej. Poszliśmy tam cała grupą i zobaczyliśmy, jak ich wyprowadzają z więźniarki. Magierska i Szewczyk miały skute ręce jedną parą kajdanek. Jak nas zobaczyły, to podniosły do góry skute ręce i zakrzyknęły - Kastor i Polluks. Czarka też przywieźli. Jak mnie zobaczył, to się zmieszał i pewnie dlatego, jak wspomniałam, odwołał obciążające mnie zeznania. Ja wróciłam do Krakowa i nadal pracowałam w PAN-ie. UB się już mnie nie czepiało. W 1954 r. wyszłam za mąż za kolegę z pracy. Potem urodziły się nasze córki - Anna i Danuta. Anna po mojej mamie, a Danuta po Danucie Magierskiej. Do harcerstwa zawsze miałam ogromny sentyment i szacunek.

Wciąż wraca na Wołyń

Na Wołyń Joanna Zamoscińska- Kucałowa zaczęła jeździć, jak tylko zaistniały do tego formalne możliwości. - Byłam tam już kilkadziesiąt razy - wspomina.- Zdarzało się, że jeździłam na Wołyń cztery razy do roku. Głównie do Kowla i do Zasmyk. Uczestniczyłam we wszystkich akcjach organizowanych przez środowisko lubelskie i zamojskie, w których było sporo dawnych żołnierzy z oddziału „Jastrzębia”. Duszą większości z nich był nieodżałowanej pamięci Leon Mariański, kolega z Zasmyk, który w Polsce Ludowej, by zatrzeć za sobą ślady, przyjął nazwisko Karłowicz. Z oddziałem „Jastrzębia” przeszedł on cały szlak bojowy dywizji. Gdy UB zaczęło prześladować żołnierzy AK, zmienił wszystkie swoje dane. W 1948 r. studiując na KUL-u, podjął prace nauczyciela historii, a potem także polonisty w Liceum Pszczelarskim w Pszczelej Woli k/ Lublina. Jak mi opowiadał, miał tam zostać do ukończenia studiów na KUL-u , a został na całe życie. Jego uczniowie, nadrabiający wojenne zaległości, też często byli „chłopcami z lasu”. Szybko znalazł z nami wspólny język. Zasłynął ze swojej społecznikowskiej pasji.

Polsce służył do końca

- Zorganizowany przez niego teatr szkolny, który prowadził aż do przejścia na emeryturę. Wystawił on co roku pełnometrażowy spektakl, a także programy okolicznościowe. Teatr ten zdobył ogromną ilość nagród na przeglądach ruchu artystycznego wszystkich szczebli, od powiatowego do ogólnopolskiego. Leon zaraził też młodzież swojego liceum turystyką. Przewędrował z nią całą Polskę, pokazując piękno ojczyzny. Organizował rajdy wędrowne, wycieczki autokarowe. Uczniowie go uwielbiali. Działał także w Polskim Związku Pszczelarskim i prowadził własną pasiekę, mającą 60 uli. Regularnie pisał też w „Pszczelarstwie”. Skąd on brał na to wszystko czas, nie wiem. Czynił to kosztem swojego wypoczynku i zdrowia. W wolnej Polsce angażował się też w działalność samorządową i regionalistyczną. Był Przewodniczącym Rady Gminy Strzyżewice. Współredagował monografię tej gminy. Pisał wiele o okolicznych wsiach i ich właścicielach. Zaangażował się też ogromnie w działalność wołyńską. Na mojej półce stoi jedenaście książek, które wyszły spod jego pióra. Szczególnie miłe memu sercu są książki: „Zasmyki były naszym domem” i „Jastrzębiacy. Historia oddziału i batalionu por. „Jastrzębia” w 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej”. Leon często u nas bywał, by radzić o naszych ukochanych Zasmykach.

Bardzo ważny cmentarz

- To on nas podrywał i organizował do różnej działalności. Dzięki niemu został uratowany, a następnie odrestaurowany cmentarz parafialny i wojenny w Zasmykach. Dla byłych mieszkańców Zasmyk i „Jastrzębiaków” cmentarz ten jest bardzo ważny. Spoczywają tam nasi towarzysze broni z oddziału „Jastrzębia” i wielu pomordowanych przez Ukraińców Polaków. Pierwszym pochowanym żołnierzem , który na nim spoczął był Stasiu Romankiewicz „Zając”. Pamiętam go doskonale, bo z placu boju pod Gruszówką przyniesiono go do naszego domu, w którym kwaterował „Jastrząb”. Pod Gruszówką gromadziła się banda UPA, która zamierzała wyrżnąć Zasmyki. „Jastrząb” dowiedział się o tym i postanowił dokonać wyprzedzającego uderzenia na banderowców. W nocy w absolutnej ciszy i tajemnicy, dowodzony przez niego oddział wyruszył w kierunku Gruszówki, by o świcie uderzyć na Ukraińców. Ci byli całkowicie zaskoczeni i rozpierzchli się we wszystkie strony nasi chłopcy byli tym nawet zaskoczeni. Spodziewali się oporu, a okazało się, że ci są odważni tylko wtedy, gdy im przychodzi mordować bezbronnych. Na placu boju zostawili kilkunastu zabitych, tabory z amunicją i żywnością. Z naszej strony poległ właśnie Stasiu Romankiewicz, a dwóch innych żołnierzy zostało rannych. Stasia koledzy ułożyli na furze, którą z braku koni sami przyciągnęli do Zasmyk na nasze podwórko. Następnego dnia odbył się jego uroczysty pogrzeb.

Rzeczpospolita Zasmycka

- Pamiętam go doskonale, bo w jego trakcie ks. Michał Żukowski proklamował powstanie „Rzeczypospolitej Zasmyckiej”. Stając przy trumnie Stasia, powiedział on m.in.: „W obliczu Boga Wszechmogącego , przed trumną tego z was - polskiego żołnierza, który pierwszy oddał życie na polu walki za wolność nas wszystkich, ogłaszam powstanie wolnej i niepodległej Rzeczypospolitej Zasmyckiej”. Gdy skończył swoje przemówienie, z wieży kościelnej rozległ się głos dzwonu. Ksiądz Żukowski postanowił wydobyć go z ziemi i zawiesić, by dodać mieszkańcom Zasmyk odwagi. Poprzedni proboszcz ks. Kazimierz Mackiewicz wraz z radą parafialną postanowił go zdjąć i ukryć bojąc się, że zostanie przez Sowietów zarekwirowany. Miał on wrócić na swoje miejsce, gdy Polska odzyska niepodległość. Cała parafia wyczekiwała niewątpliwie jego głosu i choć zabrzmiał on z okazji pogrzebu, to na twarzach zgromadzonych widać było radość. Dla Zasmyk była to bez wątpienia chwila historyczna. Później na cmentarzu w Zasmykach chowano kolejnych poległych partyzantów, a także ofiary ukraińskich mordów. A tych stale przybywało. Ukraińcy stale nas kąsali, chcąc zlikwidować Zasmyki i wymordować zgromadzoną w nich polską ludność z okolicznych wsi. Cmentarz zasmycki to jedna wielka mogiła.

Krajobraz uległ przemianie

Leon Karłowicz po raz pierwszy dotarł do Zasmyk w 1967 r. Do Kowla przyjechał na prywatne zaproszenie, a następnie rowerem wybrał się do Zasmyk. Jak zobaczył to, co po nich zostało, to się załamał. Z dawnej wsi pozostały tylko dwa domy, plebania i szkoła. Pozostałe budynki zniknęły z krajobrazu. Cmentarz był zarośnięty i zdewastowany. Pasły się na nim krowy. Nawet drogi zmieniły kierunek i prowadziły do innych miejscowości. Wtedy nie można było nawet marzyć o odbudowie cmentarza, ale gdy Ukraina zaczęła wybijać się na niepodległość, stało się to możliwe. Oprócz Leona w sprawę bardzo mocno zaangażował się też Tadeusz Persza „Głaz”. W 1992 r. cmentarz został poświecony. Wymaga jednak stałej pielęgnacji i opieki. Na szczęście miłością do Wołynia udało się nam zarazić sporą grupę osób, dzięki czemu możemy mieć nadzieję, że gdy my odejdziemy, to młodsi przejmą od nas pałeczkę. Moje córki też regularnie jeżdżą do Zasmyk, by pracować przy pielęgnacji cmentarza. W Zasmykach staraniem Leona Karłowicza została zbudowana miniatura dawnego kościoła parafialnego. Stanęła ona w miejscu dawnej świątyni. Pełni ona funkcję swoistego pomnika, ale dobrze, że stanął. Ufundowałam w nich tablicę ku czci ks. Michała Żukowskiego, proboszcza parafii w Zasmykach w czasie wojny. Ja sama przywiozłam go do Zasmyk, co ten mi później stale wypominał. Mówił mi - przyjechało po mnie takie małe czarne i mnie zabrało. - Przed wojną był on katechetą w Kowlu, a w czasie wojny biskup Szelążek oddelegował go do naszej parafii.

Ścięła ją seria

- Później w kościółku tym umieściliśmy też inne tablice, poświęcone żołnierzom dywizji. Leon był też organizatorem Kaplicy Męczenników Wołynia i 27 WDP AK w Sanktuarium Maryjnym w Kałkowie-Godowie. Ja, by uczcić pamięć matki w „Rotundzie” w Zamościu, będącym swoistym sanktuarium pamięć polskich męczenników umieściła tablicę z napisem: „Anna Zamościńska zginęła od kuli wroga. Służyła wiernie Bogu, Ojczyźnie i bliźnim. W 65 rocznicę śmierci, córka i rodzina.” Ona też spoczywa na cmentarzu w Zasmykach. Seria karabinu maszynowego ścięła ją na oczach ojca. Jak Niemcy uderzyli na Zasmyki, by je spacyfikować, byli na łące z furą zaprzężoną w konia. Razem natychmiast zawrócili i ruszyli w kierunku wsi. Gdy kule zaczęły gwizdać im koło uszu, ojciec krzyknął wtedy do matki - padnij! - i sam padł na ziemię. Ta jednak nie padła i biegła dalej wyprostowana. I wtedy dostała serię. Gdy ojciec do niej podbiegł, zdążyła tylko powiedzieć – Jezus! Maria! - i już nie żyła. Ja o tym dowiedziałam się wieczorem, gdy razem z oddziałem „Jastrzębia” dotarłam do Zasmyk. Nasze zabudowania były spalone, więc ciało mamy zawieźliśmy do Gruszówki, gdzie zostało umieszczone w takiej komórce. Później włożyliśmy je do trumny zbitej przez kolegów i pochowaliśmy w Zasmykach. Mama miała pogrzeb wojskowy. Oprócz „Jastrzębia” i „Sokoła” przybył na niego także „Kowal”. Choć mama działała na zapleczu oddziału, to jednak jako gospodyni bazy partyzanckiej, odgrywała dużą rolę w funkcjonowaniu nie tylko oddziału „Jastrzębia”, ale całej zamyckiej konspiracji. Przez nasz dom przewalała się masa ludzi. Każdego trzeba było jakoś przyjąć, nakarmić, pomóc w dalszej drodze.

W cieniu męża

Od wielu lat Joanna Zamościńska – Kucałowa jest już na emeryturze. Nadal czynnym zawodowo jest jej mąż prof. Marian Kucała, jeden z najwybitniejszych polskich językoznawców. Pracuje w Polskiej Akademii Umiejętności i niedawno zakończył kilkunastoletnie prace nad „Słownikiem polszczyzny Jana Kochanowskiego”. Jest to trzeci słownik jego autorstwa. Wcześniej napisał „Słownik języka Adama Mickiewicza” oraz „Słownik języka Jana Chryzostoma Paska”. Na jego koncie jest też wiele innych prac naukowych m.in. „Porównawczy słownik trzech wsi małopolskich”, „Czasowniki wielokrotne we współczesnym języku polskim” , „Rodzaj gramatyczny w historii polszczyzny”, „Mały słownik poprawnej polszczyzny” itd. Swoje efekty w znacznej mierze zawdzięcza wsparciu swojej towarzyszki życia, z którą od tylu lat tworzy zgodne stadło.

Marek A. Koprowski

ODPOWIEDZ

Wróć do „Artykuły historyczne”