Żakowski o dziedzictwie I RP: "Rozprawić się z tym"

Artykuły historyczne napisane przez użytkowników historiapolski.eu oraz z zaprzyjaźnionych stron.
Niniejszy katalog zawiera artykuły naukowe i popularnonaukowe publikowane w naszym serwisie. Trafiają do niego na bieżąco wszystkie nowe artykuły, zawiera również sukcesywnie uzupełnianą bazę starszych tekstów. POLECAMY!
historia Polski
Posty: 110
Rejestracja: 15 kwie 2014, 04:37

Żakowski o dziedzictwie I RP: "Rozprawić się z tym"

Post autor: historia Polski » 26 kwie 2014, 03:42

Dziedzictwo dawnych czasów, I i II Rzeczpospolitej, staje się coraz większą inspiracją dla wielu aktywnych społecznie i politycznie Polaków - szczególnie młodych, pełnych energii i zapału. Dotyczy to również rosnącego zafascynowania rodzimymi ideami i tradycjami republikańskimi. Podnoszone przy tym problemy natury społecznej, szczególnie sposób ich przedstawiania i dyskutowania, tworzą również przestrzeń do dialogu ze środowiskami kładącymi szczególny nacisk na kwestie społeczne. Czy dotyczy to również środowiska „lewicy laickiej”? I tak, i nie, o czym świadczą dwa artykuły, które pojawiły się ostatnio na łamach „Gazety Wyborczej”. Pierwszym jest wywiad red. Grzegorza Sroczyńskiego z prof. Andrzejem Lederem z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, drugim zaś felieton red. Jacka Żakowskiego będący zarazem komentarzem do tego pierwszego. Zawarto w nich, szczególnie w rozmowie z prof. Lederem, kilka ciekawych, wartych przemyślenia wątków, które jednak podano w dość osobliwym, ale charakterystycznym „sosie”. Ten ostatni jest wart uwagi co najmniej w tym samym stopniu co reszta.

Powtórka z historii

Punktem wyjścia jest teza głosząca, że źródłem wielu dzisiejszych wypaczeń w życiu społecznym jest system „niewolnictwa” chłopów z okresu I Rzeczpospolitej, który niejako przeżywał się aż do II Wojny Światowej. „Koniecznością i sprawiedliwością dziejową” powinno być jak najszybsze rozliczenie się z tym dziedzictwem. Dobrą okazję Jacek Żakowski dostrzega w przypadającej w tym roku 150. rocznicy zniesienia pańszczyzny w Królestwie Polskim. Brak jakiejkolwiek inicjatywy sejmu w tym zakresie jest dla niego oburzający.

Cóż, szkoda, że red. Żakowski nie zwrócił uwagi na to, iż ukaz cara nie był pierwszą inicjatywą w tym zakresie. W polskiej myśli politycznej kwestia włościańska pojawiła się już XVI wieku. Poruszali ją m.in. Andrzej F. Modrzewski oraz Andrzej Wolan. Jednak dopiero na początku XVIII wieku zaczęto na ten temat pisać więcej i bardziej radykalnie. Zdecydowanie wypowiadał się tu pijar, ks. Stanisław Konarski, a także król Stanisław Leszczyński. Później na temat uwłaszczenia i nadania wolności osobistej pisano i częściej, i więcej, a czasem znacznie radykalniej (swoją drogą, redaktor Żakowski posługuje się tymi pojęciami nad wyraz dowolnie). Ciekawostką jest, że prym wiedli w tym względzie przedstawiciele Kościoła (m.in. Wincenty Skrzetuski, Antoni Popławski, Michał Karpowicz, Stanisław Staszic, Hugo Kołłątaj), który zdaniem Żakowskiego miał być najbardziej zainteresowany utrzymaniem w Polsce „niewolnictwa” (sam ten termin w odniesieniu sytuacji z okresu I RP ma jednak więcej wspólnego z językiem publicystyki, w tym ówczesnej, niż faktyczną sytuacją). Szkoda, że nie wspomniał o tym, że w dobrach kościelnych, podobnie jak królewskich, wymiar pańszczyzny i innych obciążeń był bez wątpienia mniejszy niż w dobrach prywatnych, ale z drugiej strony – jeżeli punktem wyjścia dla formułowania myśli jest paradygmat walki klasowej, to trudno żeby zwracał uwagę na tak „nieistotne niuanse”. Poza tym, wypadałoby napomknąć, że „światli obcokrajowcy” w swoich krajach niespecjalnie spieszyli się ze znoszeniem pańszczyzny. Faktycznie miało to miejsce dopiero w ciągu pierwszej połowy XIX wieku (np. w Prusach definitywnie w 1850 roku). Przy okazji mamy tu pewną niekonsekwencję – dlaczego red. Żakowski chce uświetnić pamięć ukazu cara rosyjskiego z 1864 roku, a nie cesarza austriackiego z 1848 roku?

Wcześniej o uwłaszczeniu oraz ograniczaniu pańszczyzny była mowa w artykule IV Konstytucji 3 Maja (1792 r.) oraz w Uniwersale Połanieckim (1794 r.), nie wspominając już o Zbiorze Praw Andrzeja Zamoyskiego (1778 r.) oraz o tym, że lokalnie działania w tym zakresie podejmowano na długo przed I rozbiorem Polski. Z resztą, w pewnym stopniu przekonania te podzielała również część członków obrońców „starego republikanizmu” w dobie Sejmu Wielkiego (np. Adam Rzewuski, który dostrzegając w tym wiele zalet sam zaczął reformy w swoich dobrach). Ponadto, akt carski Aleksandra II nie był spowodowany „progresywizmem” Rosji i chęcią poprawy losu mieszkańców Królestwa Polskiego, lecz czystym pragmatyzmem. W końcu o uwłaszczeniu mówiło się już na etapie przygotowań do powstania styczniowego. Co więcej, zostało ono zadekretowane już na samym początku walk i miało na celu uzyskanie dla walczących poparcia wśród chłopów. Problem polegał na tym, że Rząd Narodowy nie miał ani tak silnej władzy, ani legitymacji i możliwości do wprowadzenia tej idei w życie. Car zwyczajnie przelicytował stawkę, czym w zasadzie pogrzebał szanse powodzenia polskiego zrywu niepodległościowego . Oczywiście przy tej okazji realizując plan zniszczenia elementarnej polskości i godności także w chłopskich chatach, gdyż zmiana ta wcale nie oznaczała natychmiastowej poprawy losu; mało tego: w pewnych przypadkach oznaczała upadek w nędzę.

Żakowski określa chłopów mianem rodaków dla polskich elit – należy docenić to, że w chłopach z połowy XIX wieku dostrzega świadomych politycznie i narodowo Polaków, choć obawiam się, że mogę tu nadinterpretować jego słowa. Niestety, nie miało to wówczas wiele wspólnego z rzeczywistością. Walka powstańcza nie mogła spotkać się z szerszym zrozumieniem właśnie z uwagi na brak świadomości politycznej włościan. Ów brak porozumienia był istotnym błędem dowództwa powstańczego (czy polskiej szlachty i jej podejścia do kwestii społeczno-politycznych w ogóle) i uświadomił skalę rozdźwięku między „obywatelami” (szlachtą) a „nie-obywatelami” (zasadniczo chłopami). Paradoksalnie, w ten tragiczny sposób do ogólnej świadomości dotarło, że kluczem do powodzenia sprawy polskiej była praca organiczna i stworzenie z obojętnych politycznie i narodowo włościan Polaków. Podjęcie tego wysiłku, głownie przez narodowców czy ludowców, po 50 latach umożliwiło odrodzenie się Polski i odbudowę kraju.

Charakterystyczne jest to, że red. Żakowski oddziela „dzieło” od „twórcy”. Jak pisze: „[…] początkiem nowej fazy modernizacji powinno być uczczenie przez państwo w tym roku zniesienia pańszczyzny bez względu na to, kto tego dokonał”. Rzeczywiście, tylko że wychodząc z takiego założenia świadomie przekreśla wszelkie wcześniejsze kroki podejmowane w tym kierunku przez samych Polaków. Trudno oprzeć się wrażeniu, że docelowo ma to służyć uwypukleniu tego konkretnego, rzeczywistego wydarzenia, kosztem wcześniejszych. Te ostatnie łatwo przedstawić wówczas jako jakieś „żenujące, spóźnione podrygi staropolskiej kołtunerii”, którą dopiero „zagranica” musiała nauczyć „cywilizacji”. I to jak skutecznie nauczyła!

Inna rzecz w tym, że trudno w przypadku XIX-wiecznych chłopów mówić o jakiejś długiej tradycji brania udziału w walce zbrojnej, tym bardziej w obronie ojczyzny (wyjąwszy pewne epizody, jak np. insurekcja kościuszkowska). Ta była domeną obywateli Rzeczpospolitej – to przede wszystkim oni przelewali krew za wolność, nie chłopi. Pojawiające się komentarze stwierdzające, że szlachta mogła „bawić się w powstania”, bo w tym czasie „zapieprzało” na nią ponad 80% społeczeństwa świadczą nie tyle o „wrażliwości socjalnej”, co raczej o całkowitym niezrozumieniu sprawy czy wręcz ignorancji. Pomijając już kwestie znajomości idei republikańskiego obywatelstwa, czynnego i aktywnego, na którym opierała się Rzeczpospolita Obojga Narodów, a której istotnym elementem była przez lata jej bezwzględna obrona przed zagrożeniem zewnętrznym.

Nowe zagrożenie – stare metody

Głosy J. Żakowskiego oraz A. Ledera pokazują jednak jeszcze jeden wątek - bardzo istotny, choć ukryty między wierszami, nie wyrażany wprost. Otóż trudno oprzeć się wrażeniu, że lewica zaczyna dostrzegać odradzające się w Polsce środowiska odwołujące się do tradycji republikańskiej, szczególnie polskiej, „sarmackiej”. Co więcej, widzi je jako potencjalne, a zarazem realne zagrożenie, które należy zdusić w samym zarodku. Stąd sugestywne paralele, mające wytworzyć i utrwalić wrażenie, że jest to kolejne przywoływanie „demonów przeszłości”. Tak samo, jak wcześniej pisano np. o tradycji narodowej, która miała być „obciążona dziedzicznie”, tak i teraz celem jest „wyłożenie ciemnogrodowi”, że przez takie odwoływanie się do przeszłości przodkowie 90% dzisiejszych Polaków przewracają się w grobach. No bo jak to? Potomkowie „ciemiężonego ludu” chcą odwoływać się do staropolskiej ciemnoty, która ich dziadów rozpijała, wyzyskiwała i batożyła kiedy chciała? Która dorobiła się na niewolniczej pracy antenatów? „Czy wyście powariowali? Czy wam nie wstyd?”. Mamy więc do czynienia z początkami kolejnej odsłony największej w III RP akcji edukacyjnej, określanej mianem „pedagogiki wstydu”. Dlatego z tym dziedzictwem I RP wg wspomnianych autorów, w imię „budowy nowoczesnego państwa i dobrego społeczeństwa trzeba się rozprawić”. Z kolei samo szlachectwo, a jednocześnie odwoływanie się do jego etosu, powinno stać się nie powodem do dumy lecz ciężarem, czy wręcz przyczyną wstydu.

Może to oczywistość, ale trudno posądzać polski neo-republikanizm o postulowanie powrotu do relacji rodem z XVIII-wiecznego folwarku. Należy przy tym przyznać rację, że niejako odtworzeniem takiej relacji w sensie socjalno-opiekuńczym jest obecne „państwo opiekuńcze”, które zastąpiło pod pewnymi względami „panów szlachtę”. Ci ostatni, z mocy ówczesnych stosunków społecznych, mieli również pewne bezpośrednie zobowiązania względem włościan, np. wydawania zboża w razie nieurodzaju czy rekompensowanie strat bydła.

Inspiracja i przestroga

Polska tradycja republikańska to poza inspiracją także przestroga. Trudno bowiem nie zgodzić się z częścią wniosków formułowanych tak przez prof. Ledera jak i red. Żakowskiego: część dzisiejszych relacji, głównie pracowniczych, można rzeczywiście wywodzić ze stosunków, powiedzmy oględnie, „post-folwarcznych”. Różnica polega m.in. na podejściu do genezy tego problemu i sposobie jego opisu. Owszem, niewątpliwie na sytuację ma wpływ archaiczna struktura społeczna, której reformy nie podjęto u progu XVIII wieku. Nie można jednak koncentrować się tylko i wyłącznie na tym aspekcie problemu. To samo dotyczy także czasów późniejszych: XIX i 1. połowy XX wieku. O ile po powstaniu styczniowym i w II RP to etos szlachecki był wzorem, o tyle w okresie PRL prym wiódł chamski cwaniak, „fornal”, o którym sporo pisał R. Ziemkiewicz. To ten rodzaj polityki doprowadził do stworzenia „nowego folwarku”, w którym nie nastąpiło porozumienie i „równanie w górę”, tylko zamiana ról. Relacje pozostały te same, z tym że w role „panów” wcielili się ochoczo „chamy”. I tak to nie cnota zajęła miejsce prostactwa, lecz odwrotnie. To jednak jest bezpośrednim dziedzictwem władzy, nota bene ludowej, nie zaś XVIII-wiecznych szlachciców.

W takim kontekście, powinniśmy jednak upamiętniać tych, którzy z różnych powodów jako pierwsi przecierali pewne szlaki pod względem społecznym: od Modrzewskiego i Wolana, poprzez Olizarowskiego, Leszczyńskiego i Konarskiego po Zamoyskiego, Staszica, Kołłątaja, Kościuszkę, a także Traugutta. Tych, którzy faktycznie chcieli uwłaszczenia i zniesienia pańszczyzny by Rzeczpospolitą podnieść, a nie by ją trwale i skutecznie pogrążyć.

Marek Trojan

ODPOWIEDZ

Wróć do „Artykuły historyczne”