Zacisze koło Zabłudowa. Całą wieś wywieziono na Sybir

Wiedza o lokalnych wydarzeniach, bohaterach, całej przeszłości regionu i jego miejscu w wydarzeniach o szerszym zasięgu terytorialnym. Powstanie miasta, historia miast, lokacje i akty lokacyjne. Wiedza o społeczności lokalnej, złożoności struktury społecznej i kulturowej różnorodności.
Awatar użytkownika
ziomeka
Posty: 462
Rejestracja: 01 cze 2010, 03:37

Zacisze koło Zabłudowa. Całą wieś wywieziono na Sybir

Post autor: ziomeka » 12 maja 2013, 02:08

Prawie każda rodzina z naszej wsi zostawiła kogoś na Syberii. 10 lutego 1940 roku wywieziono z Zacisza koło Zabłudowa 82 osoby, wszystkich mieszkańców. 17 nie wróciło. Zmarła tam z głodu też moja siostra – w 73 rocznicę deportacji Polaków przez NKWD Jacek Szczepański wspomina tamte tragiczne wydarzenia. To była zemsta za Piłsudskiego.

Zacisze koło Zabłudowa było osadą założoną przez żołnierzy, którzy służyli w legionach Piłsudskiego. Za udział w wojnie 1920 roku 15 z nich otrzymało tam właśnie ziemię, każdy po osiem hektarów. Wśród nich był mój ojciec Zygmunt Szczepański. W 1918 roku rozbrajał Niemców, a w 1920 roku z grupą kolegów wstąpił ochotniczo do wojska i bronił Warszawy. Po maturze w liceum przy Kościelnej skończył również szkołę rolniczą w Krzyżewie, wykształcenie rolnicze było jednym z warunków, by stać się osadnikiem – opowiada Jacek Szczepański.

Zacisze szybko zyskało dobrą opinię w okolicy jako zespół dobrych rolników, których stawiano za wzór nowoczesnego gospodarowania. Przyjeżdżały tu wycieczki z gminy, by podpatrywać stosowane nowinki. Osadnikom dobrze się wiodło. Byliśmy szczęśliwą rodziną. Miałem troje rodzeństwa, dwóch braci i siostrę. Ojciec sobie świetnie radził. Dokupił jeszcze 4,5 hektara ziemi. Mama zajmowała się domem. Pamiętam przyjęcia, gdy w goście do ojca przyjeżdżali koledzy z 42 pułku piechoty.

Aż przyszedł 1939 rok, wojna. Ojciec oczywiście poszedł na front, brał czynny udział w kampanii wrześniowej. Z 42 pułkiem piechoty wyruszył przez Grodno do Wilna, gdzie koncentrowano wojska polskie do obrony tego miasta. Po wkroczeniu wojsk sowieckich pułk poddał się, a żołnierzy wzięto do niewoli. Ojciec opowiadał, że po złożeniu broni dowódca sowiecki kazał wystąpić z szeregu oficerom. Wystąpiło trzynastu, mój ojciec też. Wywieziono ich do Kozielska. Ojca uratowały przed rozstrzelaniem spracowane ręce, bo po tym poznawano czy ktoś nie burżuj. Wrócił do domu. Ale niedługo cieszyliśmy się tym, że jesteśmy razem.

10 lutego 1940 roku wojska rosyjskie okrążyły Zacisze, o drugiej w nocy usłyszeliśmy walenie w drzwi. Miałem wówczas 10 lat i pamiętam jak dziś. Major wyciągnął pistolet i krzyknął do ojca: ruki wwierch. Żołnierze rozbiegli się po mieszkaniu, wywracali wszystko, szukali broni. Ojciec powiedział, że broń złożył pod Wilnem i pokazał dokument zwolnienia z niewoli w Kozielsku. Major żachnął się i wyszedł zły. Ale niebawem przyszli inni z nakazem przesiedlenia. Siedziałem z bratem w łóżku i trzęśliśmy się ze strachu. Enkawudziści kazali mamie pakować w worki ubrania i i jedzenie oraz piły i siekiery. Pomagał jej młodszy oficer, leningradczyk i widać dobry człowiek był, bo podpowiadał, by brała dużo ciepłej odzieży i żywności. Daleko pojedziecie - mówił - a tam zimno. Ojciec chciał uciekać, ale mama powiedziała, że skoro mamy ginąć, to razem.


Okazało się, że taki sam los spotkał naszych sąsiadów. Deportacja Zacisza była przygotowana wcześniej, jako osada piłsudczyków, sporządzono wykazy nazwisk, a dzień wcześniej kazano sołtysowi przygotować sanie z końmi i woźniców. Wywieziono 82 osoby, tylko dwóch mieszkańców zostało, bo przypadkowo akurat wtedy ich nie było w domu. Jak opowiadali potem ludzie z okolicy, przez kilka dni słychać było ryk krów w oborach. Z opuszczonych gospodarstw Sowieci utworzyli kołchoz, a do naszych domów wprowadzili się robotnicy z majątków.

Tymczasem nas stłoczonych w ciasnych, zimnych wagonach wieziono na wschód, w głąb Związku Radzieckiego. Do naszego składu po drodze przyłączono inne wagony, w sumie było 240 wagonów. Przez 41 dni tej męczeńskiej drogi wypuszczano nas tylko po gorącą wodę i za potrzebą.

Po postoju ryglowano drzwi i jechaliśmy dalej. Pamiętam mijaliśmy Świerdłowsk na Urlau, Tomsk, Nowosybirsk , Krasnojarsk, potem Tajszet i Irkuck - długo jechaliśmy przez tajgę do końca torów. Na stacji Kwitok- Szeloptep kazali wysiadać. Załadowali wszystkich na arby - drewniane wozy zaprzężone w konie lub krowy. Był już marzec, a tam minus 40 C, pełno śniegu. Umieszczono nas w łagrach po więźniach rosyjskich (tzw. Białych), każdą rodzinę w osobnej kajucie. Kajut było 150, baraków 20 i sporo budynków jednorodzinnych, w których mieszkała obsługa obozu.

Starszym na drugi dzień kazano iść do roboty w tajdze przy ścinaniu drzew - po to właśnie kazali zabierać piły i skiekiery. Młodsi wozili drzewo do tartaku. Ciężka była to praca, a do jedzenia dawali najczęściej kapuśniak z pływającymi karaluchami i pluskwami oraz pajdę chleba.

Jesienią część rodzin przewieziono do Złotej Góry, Kwitoka, Nizna i Górnej Udacznej. Tam domy były nieco lepsze, ale za to mróz dokuczliwszy , bo około - 56 st. C. Po pewnym czasie dowieziono z Małkini, Grodna, Wileńszczyzny, Lwowa i Rzeszowa nowych zesłańców.

Najgorszy był ciągły brak jedzenia. Przez dwa lata nie jedliśmy ziemniaków, nasze pożywienie stanowiła lebioda i pokrzywy. Mężczyźni pracujący w tajdze i w tartaku z niedożywienia dostawali kurzej ślepoty, kiedy wracali po robocie, to szli gęsiego trzymając się jeden drugiego, prowadził ten, który jeszcze cokolwiek widział. Czasami przewodnikami były dzieci. Wszyscy bez wyjątku musieliśmy pracować.

Stalin powiedział: kto nie rabotajet, nie kuszajet. Ja z braćmi pracowaliśmy przy sianokosach. Latem żywiliśmy się szyszkami z cedry, czeremchą, grzybami, jagodami. Ale co to za jedzenie, ludzie puchli i umierali z głodu oraz od ukąszeń meszki, przed którą nie chroniły siatki i smarowanie ciała dziegciem.
Gdy zaczęła się tworzyć I dywizja im. Tadeusza Kościuszki, ojciec tak jak w 1920 roku poszedł na ochotnika do wojska. Powiedział, że musimy sobie poradzić sami, bo on musi walczyć o wolną Polskę. Miałem wówczas 12 lat, jeden brat 9, a drugi 13, siostra 16.

W marcu 1942 roku, po wyjściu gen. Andersa z Rosji znów zabrali nam polskie dokumenty, oddali dopiero po interwencji gen. Sikorskiego. Osiedliliśmy się w sowchozie Krasnyj Majak w rejonie Kanska. Zaczęła nadchodzić pomoc z Anglii i z Ameryki: buty, odzież , koce. Mama szyła, siostra doiła 16 krów i karmiła je. Ja z bratem Gienkiem chodziłem 30 km do szkoły do Filimatowa, głód wciąż dokuczał, a mróz i zimno jeszcze gorzej. Gdy ojciec przysłał pieniądze, kupiliśmy wojłoki i kalosze, dzięki czemu nie marzły nam już nogi i nie musieliśmy owijać ich papierem by uchronić przed odmrożeniem. Ojciec po dwóch tygodniach szkolenia w Riazaniu poszedł walczyć pod Lenino. Dowodził kompanią chemiczną w stopniu chorążego. W sowchozie, gdzie później zamieszkaliśmy, było już łatwiej żyć niż w tajdze, choć i tam były ogromne lasy pełne meszki i dokuczliwych owadów. Żywiliśmy się zamarzniętymi ziemniakami, które znaleźliśmy wiosną w polu, albo ziarnami zbóż wytrzęsionymi ze stogów. Mama suszyła je na płycie, tłukła na miałko i gotowała z tego taką namiastkę zupy, albo robiła kisiel. Między rokiem 1943 a 1945 nastał straszny głód. Nie było niczego do jedzenia. Łapano psy i koty, sam wybierałem srokom jaja z gniazd. Zjedzono wszystkie skóry bydlęce, które zostawili Rosjanie, gotowano nawet cholewki od butów. Bardzo dużo osób wtedy zmarło. Zmarła też moja malutka siostra Bernadka, która urodziła się na Syberii.

O końcu wojny dowiedziałem się, gdy z bratem szedłem do szkoły. Co to była za radość. Ale trwała krótko. Mimo starań ojca przetrzymano nas jeszcze rok. Byliśmy darmowymi robotnikami dla Stalina.
W maju 1946 roku po 40 dniach chłodnej, głodnej i bardzo męczącej drogi wróciliśmy do Polski.

Przejechaliśmy znowu te 15 tys. kilometrów. Brat Gienek leżał w pociągu na marach, trzęsła nim syberyjska malaria. Dotarliśmy wreszcie do Białegostoku. Mama poszła szukać swojej kuzynki. Siostra Halina pilnowała brata i naszych rzeczy. A ja nie wytrzymałem i poszedłem pieszo 20 km do domu. Drzwi były zamknięte. W drodze do sąsiada spotkałem ojca w mundurze wojskowym z orzełkiem w koronie na czapce. Przeszedł w niej cały szlak bojowy, od Lenino do Berlina. Kiedy przebrałem się w czyste ubrania, ojciec zaprzągł konia i razem z innymi Zaciszakami pojechaliśmy odebrać rodziny, które wróciły z Syberii.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Historia lokalna”