Poznań (1146)

Około roku 1000 Polska, zwana jeszcze "państwem gnieźnieńskim", liczyła około miliona mieszkańców, żyjących na 250 tysiącach kilometrów kwadratowych. Niemal 2/3 powierzchni stanowiły nieprzebyte puszcze, a na terenach zamieszkanych gęściej przeważały pola uprawne i łąki. Najgęściej zaludnionymi obszarami były środkowa Wielkopolska, Kujawy, rejony Śląska, okolice Krakowa i Sandomierza oraz tereny przy ujściu Odry.
Awatar użytkownika
Warka
Posty: 1577
Rejestracja: 16 paź 2010, 03:38

Poznań (1146)

Post autor: Warka » 07 sty 2013, 10:45

Według Kadłubka oblężenie Poznania było już drugą fazą wojny domowej między Władysławem a jego braćmi. Zawarty w roku 1145 układ pokojowy nie przyniósł zgody, gdyż senior nadal dążył do jednowładztwa z krzywdą swych młodszych braci.
Władysław II Wygnaniec
Chociaż młodsi bracia przygotowali się jak mogli do obrony grodu, ściągnąwszy doń wiele ludu, oręża i zapasów żywności, to jednak siły Władysława znacznie przewyższały załogę Poznania. Książę senior otoczył gród gęstą siecią wież i ostrokołów, aby nikt z załogi nie mógł wyjść i w ucieczce szukać ratunku. Jego wojska, zasilone przez sprzymierzonych książąt ruskich, dzień i noc przypuszczały szturm do wałów obronnych Poznania. Wykorzystywano wszelkie dostępne wówczas środki techniki oblężniczej, aby jak najszybciej zdobyć owo "gniazdo buntowników". Władysławowi bracia, niewielkie mając nadzieje przetrwania, a przede wszystkim bojąc się wpaść żywcem w ręce rozsierdzonego brata i stać się pastwą jego mściwości, podobnie jak to spotkało Piotra Włostowica, wysłali specjalne poselstwo do obozu Władysława. Prosili go pokornie, aby ukoiwszy swój gniew, nie podnosił na nich oręża po nieprzyjacielsku i prawych dzierżaw im nie wydzierał, aby odstąpił od oblężenia i raczej okazał clę im bratem niźli nieprzyjacielem, a przestając na swym udziale, nie wyganiał z kraju tych, którzy z nim jako bracia z jednego ojca zrodzeni równe do królestwa polskiego mieli prawo. A iżby pomniał na śliskość i niepewność rzeczy ludzkich i szczęścia swego z pomiarkowaniem używał, a po cudze nie sięgał. Władysław jednakże lekceważąco przyjął poselstwo i, nie szczędząc szyderstw, z niczym posłów braci odprawił.

Tymczasem z dnia na dzień sytuacja w grodzie poznańskim jęła się pogarszać. Zginęło już wielu co dzielniejszych rycerzy, na skutek ustawicznych ataków niszczały obwarowania i lada szturm mógł przynieść druzgocącą klęskę. Kurczyły się również w zastraszającym tempie zapasy żywności. Wokół Poznania zaś co noc jaśniały na niebie łuny pożarów, wzniecanych przez grasujące i plądrujące oddziały wojsk seniora i jego sprzymierzeńców.

Wzruszony klęskami swych współziomków arcybiskup gnieźnieński, Jakub ze Żnina, postanowił bez względu na swe bezpieczeństwo udać się do obozu księcia Władysława i w szczerej rozmowie nakłonić go do pokoju. Dla większej powagi ubrał się w swe szaty pontyfikalne i dotarłszy do Poznania, zajechał do namiotu księcia. W słowach bardzo łagodnych prosił Władysława, aby zaniechał oblężenia, pogodził się z młodszymi braćmi i nie prześladował ojczyzny, która go tak wysoko wyniosła. Przypomniał mu, że przecież ojciec ustanowił go opiekunem braci, a nie krzywdzicielem. Władysław dał jednak arcybiskupowi odpowiedź odmowną, oświadczając, że od swych zamysłów nie odstąpi. Wówczas to Jakub ze Żnina rzucił klatwę na seniora i opuścił namiot. Stała się wówczas rzecz znamienna: sługa pchający wózek arcibiskupa (z racji swego podeszłego wieku Jakub ze Żnina poruszał się na specjalnym wózku) zawadził o słup przytrzymuj�cy namiot Władysława i spowodował jego zawalenie. Otoczenie księcia jednak ten zwykły przypadek przyjęło za złą wróżbę na przyszłość i prognostyk bliskiego upadku. Co bliżsi księcia dostojnicy poczęli go namawiać, aby pojednał się z braćmi na "słusznych warunkach przymierza". Ale te rady puścił książę mimo uszu i nadal trwał w swym uporze.

Młodsi bracia, dowiedziawszy się o bezskutecznej mediacji arcybiskupa, postanowili bronić się do ostatka i raczej zginąć niźli zdać się na łaskę i niełaskę tak zatwardziałego brata. Oblężonym dodawała również odwagi nadchodząca pora zimowa, gdyż łatwiej było przetrzymać mrozy w umocnionym grodzie niż w szczerym polu. Sądzili, że wraz z nadejściem zimy Władysław będzie zmuszony zaniechać oblężenia, a po kilku miesiącach sytuacja na pewno ulegnie zmianie, tym bardziej że stronnicy młodszych braci szykowali odsiecz. Jednakże w grodzie zaczynało brakować żywności, co zmuszało oblężonych do czynienia wycieczek. Nękali nimi nieprzyjaciela, zadawali mu klęski, ale w takich wycieczkach topniały również szeregi oblężonych. Postanowiono zatem poniechać tych ryzykownych wypraw nocnych. Ponieważ przez kilka tygodni nie niepokojono wojsk Władysława, w ich szeregi wkradło się rozluźnienie dyscypliny. Sądzono, że załoga poznańskiego grodu jest kompletnie wyczerpana, nie usiłowano więc nawet wystawiać straży, bo i po co, skoro nieprzyjaciel był bezsilny. Sam książę myślał, że od zdobycia grodu dzielą go tylko dni. Wojska Władysława tak liczyły na wygraną, że tu i ówdzie zaczęto już urządzać uczty na poczet rychłego zwycięstwa.

Po nocnych biesiadach ludzie wylegiwali się w swych namiotach i duch bojowy całkowicie osłabł. Kiedy młodsi książęta spostrzegli, jak przeciwnik lekceważy ich siły, a od pojmanych żołnierzy dowiedzieli się o chaosie panującym w Władysławowej armii, postanowili w porozumieniu z oddziałami idącymi na odsiecz dokonać niespodziewanego wypadu. Zebrano zatem co odważniejszych i bardziej doświadczonych w boju rycerzy, pieszych i konnych, uformowano szyki i ruszono ku bramie. W tym momencie wciągnięto na wieżę kościoła św. Mikołaja czerwoną tarczę, widoczną bardzo dobrze w obozie przeciwnika; był to sygnał dla wojsk spieszących z pomocą: nagle rozwarły się bramy poznańskiego grodu i zwarty szyk rycerstwa konnego i pieszego ruszył na obóz. W tym momencie obóz został zaatakowany z drugiej strony przez wojska idące z odsieczą. Zaskoczenie było całkowite zarówno w namiocie księcia, jak i w całym obozie. Stało się to w samo południe, gdy większość żołnierzy spała bądź zajęta była przyrządzaniem strawy. Nim się zorientowano, o co chodzi, wszczął się popłoch w całej armii. Przerażeni byli nie tylko ludzie, ale i konie, które głośnym rżeniem napełniały obozowisko i w popłochu rzucały się to w tę, to w ową stronę.Wielu rycerzy, nie zdążywszy przywdziać zbroi, wsiadało co rychłej na koń i w ucieczce szukało ocalenia. Tymczasem zbrojne hufce z grodu poznańskiego atakowały z całą furią, w pień wycinając Władysławowych ludzi. Tymczasem głownie z obozowych ognisk, rozrzucane mimo woli przez uciekających, zażegły pożar. Sucha słoma i wicina, którą były kryte namioty, stały się łatwą karmą dla ognia i w ciągu kilku minut cały obóz stanął w płomieniach. Tylko nieliczna garstka usiłowała się bronić, ale i ci się rozpryśli, ogarnięci powszechną paniką. Żołnierze młodszych braci puścili się w pogoń za niedobitkami, którzy tak niedawno jeszcze wydawali się niepokonani. Wielu z uciekinierów potonęło w nurtach Warty, Cybiny i Główny, gdzie toczyła się walka, tak że koryta tych rzek wypełniły się ciałami ludzkimi.

Sam książę Władysław uszedł z pola bitwy i samotnie, jak jaki człek pospolity, wrócił do swej stolicy, do Krakowa smutny i z zupełną pustką w sercu. Zwycięscy bracia wielki okazali umiar i wszystkich jeńców Polaków wolno puścili do domów, przez co zyskali tym większy szacunek nawet wśród zagorzałych zwolenników Władysława. Stopniowo poczęli odzyskiwać wszystko to, co im wydarł starszy brat. Bolesław wziął znów w posiadanie Mazowsze, a także ziemię sandomierską, gdyż Henryk nie miał jeszcze w tym czasie wydzielonej dzielnicy. Książęta ruscy w szczupłej liczbie swych wojsk zdołali ujść do Krakowa, a stamtąd, nie ulegając już namowom Władysława, powrócili w swe strony.

Bibliografia
1. Bogdan Snoch, Protoplasta książąt śląskich, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1985
2. Zygmunt Boras, Książęta piastowscy Śląska, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1978
3. Zygmunt Boras, Książęta piastowscy Wielkopolski, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1983


Autor informacji:

Michał Szuster

ODPOWIEDZ

Wróć do „Państwo pierwszych Piastów”