O sprawiedliwą ocenę powstań narodowych

Polska przez 123 lata była pod zaborami. W ciągu tych dziesięcioleci Polacy niejednokrotnie chwytali broń przeciwko zaborcom. Te zrywy nazywane są powstaniami narodowowyzwoleńczymi.
historia Polski
Posty: 110
Rejestracja: 15 kwie 2014, 04:37

O sprawiedliwą ocenę powstań narodowych

Post autor: historia Polski » 09 maja 2014, 19:52

Stereotypowy pogląd na temat endecji każe widzieć w niej ruch występujący przeciwko idei powstania narodowego. Wielu wskazuje, że narodowcy krytykowali powstania i stawiali na pracę organiczną, jako bardziej rozważną i owocniejszą metodę pracy dla narodu. Jak w przypadku wielu stereotypów związanych z ruchem narodowym, także i ten jest w dużej mierze błędny i wymaga dziś rewizji.

Oczywiście faktem jest, że narodowcy krytykowali słabe przygotowanie kolejnych zrywów narodowych, wskazywali na szafowanie polską krwią przez ich dowódców, a także na będące następstwem powstań destruktywne dla polskości represje, jakie spadały na nas po każdym z nich. W konsekwencji wielu z nich stwierdzało, że powstania XIX wieku należy uznać za szkodliwe. W tym kierunku szły poglądy samego Romana Dmowskiego, który w tej (jak i w wielu innych) sprawie był w stanie uczynić swoje stanowisko dominującym w całym ruchu. Studiując jednak dzieje obozu narodowego ciężko nie dojrzeć znaczących wyjątków od takiego rozumowania.



Sama endecja wyrosła przecież ze środowisk powstania gloryfikujących czy wręcz biorących w nichaktywny udział. W 1863 roku przyszły założyciel Ligi Polskiej Zygmunt Miłkowski organizował oddział powstańczy, mający przedrzeć się na Podole w celu nawiązania walki z Rosjanami. Był wielkim admiratorem tradycji insurekcyjnej. Jego „Rzecz o obronie czynnej i skarbie narodowym”, książka która wlała w znużone pozytywistyczną atmosferą młode pokolenie lat 80-tych XIX wieku nowego ducha, jest przecież utrzymana właśnie w tej tradycji (choć autor postuluje racjonalizację działań patriotów). Wbrew innemu popularnemu stereotypowi, ruch narodowy nie narodził się przecież z idei pozytywizmu, któremu zawdzięczał głównie metodę działania. Swoje ideowe korzenie miał raczej z opozycji wobec tego kierunku, w latach popowstaniowych sprowadzającego wysiłki inteligencji do samych tylko działań legalnych, krótkowzrocznych, wykluczających dążenie do niepodległości. I młodzi narodowcy budując nowy ruch byli wskazaniom Miłkowskiego wierni. Szeroko zakrojona akcja patriotycznej, też przecież nielegalnej, konspiracyjnej edukacji ludu opierała się w dużej mierze na kultywowaniu wzorców powstańczych. Chłopom polskim przypominano o Racławicach, gdzie prosty lud swoimi kosami zwyciężył Moskali. Sama postać Jana Kilińskiego, przywódcy powstania kościuszkowskiego w Warszawie, którego pomnik możemy podziwiać do dziś na Podwalu staromiejskim, została podniesiona do rangi symbolu właśnie w wyniku działań narodowców. W 1894 roku, w 100-lecie wybuchu insurekcji, w dawnej stolicy młodzi nacjonaliści zorganizowali kilkusetosobowy przemarsz zakończony pacyfikacją go przez carskie władze i represjami na uczestnikach.



Przychylny do tradycji powstańczej stosunek miał jeden z ojców-założycieli ruchu narodowego Zygmunt Balicki. Mając krytyczny pogląd na wiele towarzyszących zbrojnym zrywom politycznych decyzji stwierdzał, że „powstanie było wystąpieniem całego narodu w obronie swego bytu, a przeto — błędną czy nie, z punktu widzenia polityki — nie mogło być z tej tradycji skreślone bez podkopania jej ciągłości”. Poświęcenie powstańców miało być jednym z mitów, na których budowano tożsamość nowoczesnego narodu polskiego. Ideał „żołnierza-obywatela”, jaki głosił Balicki miał odwoływać się właśnie do tradycji powstańczej. Balicki gardził biernością i lojalizmem wobec zaborcy, a walkę zbrojną uznawał za czynnik dający narodowi moralne prawo do istnienia.



Potrzeba oddawania hołdu powstańcom nie budziła u narodowców wątpliwości. Jak pisze Rafał Dobrowolski, „w opanowanych przez działaczy endeckich poszczególnych gniazdach Towarzystw Gimnastycznych „Sokoła” w dobie zaborów, a następnie już w niepodległej Polsce rokrocznie uroczyście obchodzono rocznice listopadowego i styczniowego zrywu. Młode Sokolęta opiekowały się miejscami pamięci i pielęgnowały groby powstańców”. Czy nie przypomina to działań dzisiejszych narodowców na rzecz upamiętniania powstańców warszawskich czy żołnierzy konspiracji antykomunistycznej?



W dziele „Wczoraj i jutro” jeden z głównych ideologów młodego pokolenia nacjonalistów Jan Mosdorf pisał: „[...] sąd krytyczny o insurekcji kościuszkowskiej opiera się na nieporozumieniu. Nietrudno zapewne skrytykować jej nieświetne przygotowanie, mierność talentów wojskowych Kościuszki, nie docenienie wrogości Prus, wreszcie spory wewnętrzne – ale pamiętać trzeba zarazem, że po hańbie pierwszego i drugiego rozbioru ocalenie godności narodu było więcej warte, niż owa karykatura państwa bez Wielkopolski, bez całej prawie Małopolski, bez Prus i dostępu do Bałtyku, bez Ukrainy i dostępu do Morza Czarnego z ambasadorem – rezydentem rosyjskim w stolicy. Pamiętać trzeba również, że wielkanocny wybuch warszawski był pierwszym od czasów Sobieskiego poważnym zwycięstwem militarnym nad regularnym wojskiem wroga, a manifest połaniecki – przy całej swej bladości – pierwszą próbą reformy stosunków włościańskich. Z insurekcji narodziły się Legiony Dąbrowskiego, a bez Legionów nie byłoby kwestii polskiej w dobie napoleońskiej”.



Kolejne powstania Mosdorf ocenia w podobnym duchu. Jeśli Polska miała istnieć, musiała walczyć i nie zmieni tego fakt, że każda następna insurekcja była źle przygotowana, prowokowana przez czynniki zewnętrzne i romantyzm polityczny. Powstania świadczą według Mosdorfa o odradzaniu się narodu Polskiego. Dodajmy, że były to poglądy popularne w kręgach ONR-owskich. W publicystyce RNR zdarzały się nawet nawiązania do działań bojowych PPS z czasów rewolucji 1905 roku. Do tej spuścizny chcieli odwoływać się niektórzy falangiści, odmawiając jednocześnie praw powoływania się na nią ówczesnym socjalistom, niegodnym tej tradycji.



Jak nietrudno się domyślić, okres II wojny światowej wskrzesił tradycje dawnych powstań i grupy zbrojne obozu narodowego nie były pod tym względem wielkim wyjątkiem. Należy oczywiście poczynić zastrzeżenie, że priorytetem dla narodowców była tzw. „ekonomia krwi”, dążenie do biologicznego przetrwania i minimalizacji strat narodu polskiego. Z tego względu negatywnie ocenili oni decyzję o wybuchu powstania warszawskiego. Nie zmienia to jednak faktu bogatego czerpania przez nich właśnie z tradycji powstańczej. Nieprzypadkowo mottem jednego z głównych pism NSZ-u były wersy autorstwa polskiego jakobina z czasów insurekcji 1794 roku Jakuba Jasińskiego: „Nie dbaj o to żeś w ciężkie kajdany się dostał / Gdy Lud rzekł: Chce wolnym być! Zawsze wolnym został”. O tę wolność narodowcy walczyli w czasie powstania antykomunistycznego jeszcze w latach 50-tych.



Deprecjonowanie roli powstań narodowych przybiera czasem formy kuriozalne. Sąi tacy (na szczęście nieliczni), którzy dla zasady kwestionują sens zbrojnego powstania przeciw obcej władzy. Nie przeszkadza im tu nawet fakt złego przygotowania zrywu – problemem dla nich jest sam opór przeciw zaborcy z bronią w ręku. Ich idee, do głębi lojalistyczne i konserwatywne w najgorszym tego słowa znaczeniu, niejeden chętnie skleiłby z polską ideą narodową. Jest to kolejny dowód na to jak skrzywione efekty może dać opaczne rozumienie myśli Dmowskiego. Ciężko doprawdy stwierdzić co wyznawcy takich tez powiedzieliby o zwycięskich zrywach z naszej historii. Bo wbrew powszechnie utartemu przekonaniu mieliśmy ich sporo. Od niepamiętnych, piastowskich czasów lud polski prowadził z powodzeniem wojnę szarpaną z każdym niemieckim najazdem, który przekroczył Odrę. Działania oddziałów Czarnieckiego w czasie Potopu miały z pewnością charakter powstańczy, co podkreślał już (notabene wróg tradycji insurekcyjnej) Jędrzej Giertych. Powstanie w Wielkopolsce wygraliśmy nie tylko w 1919 roku, ale i w 1806, kiedy region ten wyzwolił się od Prusaków, by wejść w skład powstającego Księstwa Warszawskiego. Opór Orląt Lwowskich przeciw Ukraińcom też przecież miał charakter powstańczy. Niewielkie powstanie sejneńskie z 1919 roku, zorganizowane przez piłsudczykowską POW również przecież odniosło sukces. Doktrynerstwo widzące w samej idei powstania coś złego jest co najmniej równie szkodliwe jak to, które każe powstania niezależnie od warunków wywoływać. Na oba nurty w obrębie myślącego realnie o polityce obozu nie powinno być miejsca.



Nie jest tu naszą intencją deprecjonowanie tego co pisali klasycy endecji o negatywnych skutkach powstań. Potężne uszczuplenie naszego stanu posiadania na Kresach, do których prowadziły carskie wywłaszczenia czy też stany marazmu, w jakich zapadało polskie społeczeństwo po każdym z przegranych zbrojnych zrywów są faktami, których nikt rozumny nie może ignorować. Z pewnością lepiej by było gdyby nasze powstania nie wybuchały w roku 1830 i 1863, ale w 1848, w czasie Wiosny Ludów, bądź 1853, kiedy Rosja toczyła ciężkie zmagania na Krymie z Anglią, Francją i Turcją. Istniały wówczas realne szanse powodzenia. Brzemienne w skutkach decyzje obciążają osoby odpowiedzialne za zły dobór momentu do zrywu. Nie można zresztą i tu stawiać na jednym poziomie wszystkich dowódców. Powstania, oprócz poświęcenia tysięcy szeregowych żołnierzy, to także doniosłe dziejowo narodowotwórcze gesty Kościuszki, geniusz wojenny (tak klasyfikował sprawy sam Clausewitz) Prądzyńskiego czy heroiczna droga Traugutta.



Powstania narodowe są chwalebną, integralną częścią naszej historii. Każde z powstań wyzwalało ogromne pokłady bohaterstwa i dawało inspirację kolejnym pokoleniom. Tworzyło mit, którym żyły następne generacje polskich patriotów. Na tym micie, bo przecież nie importowanym z Zachodu wzorcu liberalnego pozytywisty kształtowało się pokolenie pierwszych narodowych demokratów. Tak jak przedwojenni narodowcy, również i winniśmy ten fakt docenić. Przecież także wynoszeni przez nas na sztandary żołnierze wyklęci przynależą do tej tradycji. Ich opór również był beznadziejny, ich nadzieje płonne. Nawet, nieco chyba jednak naciągane, tezy o rezygnacji przez ich opór z pomysłów kolektywizacji rolnictwa w PRL nie zmieniają przecież faktu, że był to zryw bliźniaczo podobny do powstania styczniowego. Kwiat polskiej młodzieży wciągany w 1863 r. do rosyjskiej armii na okres 25 lat (mało kto wracał z takiej „służby”) czekał los często nie różny przecież od tego, który zgotowały ujawniającym się wyklętym władze komunistyczne. Czcimy dziś pamięć żołnierzy NSZ, WiN, NZW i innych formacji ze względu na sam fakt heroicznego oporu przeciwko okupacji. Podobnie jest z powstańcami warszawskimi. Ich kult wzmacnia naszą ideę również dziś, tak samo jak przez cały XIX wiek kult powstańców kościuszkowskich, listopadowych i styczniowych budował patriotyzm ówczesnych Polaków. Ofiary powstań, mimo że przegranych, nie idą dzięki temu na marne.



Jakub Siemiątkowski

Artykuł ukazał się w tygodniku „Polska Niepodległa” 28.04.2014

ODPOWIEDZ

Wróć do „Powstania”