Zmierzch kongresowych złudzeń i Noc Listopadowa

Polska przez 123 lata była pod zaborami. W ciągu tych dziesięcioleci Polacy niejednokrotnie chwytali broń przeciwko zaborcom. Te zrywy nazywane są powstaniami narodowowyzwoleńczymi.
Awatar użytkownika
stach
Posty: 518
Rejestracja: 19 cze 2010, 03:48

Zmierzch kongresowych złudzeń i Noc Listopadowa

Post autor: stach » 14 gru 2012, 19:40

Wkroczyliśmy nareszcie na Nowy Świat. Była to część miasta zamieszkana najwięcej przez wyższych oficerów i urzędników moskiewskich. Weszliśmy, jakby w pustkę, jakby w atmosferę grobu.


(…) domy pozamykane, okiennice podobnież. Na próżno wołamy: „do broni”, bijemy w drzwi i okiennice kolbami karabinów. Żaden głos, żaden ruch życia nie odpowiada – relacjonował marsz podchorążych i cywilnych spiskowców z Łazienek do centrum Warszawy poeta Seweryn Goszczyński. Aby wyjaśnić, co spowodowało, że liczący około stu siedemdziesięciu ludzi oddział łomotał kolbami w drzwi domów, trwożąc ich niezbyt skłonnych do rewolucyjnych porywów mieszkańców, należy odwołać się do całego ciągu wydarzeń, który rozpoczął się w kilka lat po ustanowieniu Królestwa Polskiego z Aleksandrem I na tronie.




Pierwszy okres istnienia utworzonego na kongresie wiedeńskim państwa upłynął pod znakiem nadziei Polaków wiązanych z rządami Aleksandra I. Samodzierżawny car, który na tronie polskim zasiadał jako konstytucyjny władca, potrafił zyskać ciepłe uczucia Polaków nadaniem liberalnej konstytucji, czy obietnicami przyłączenia do Królestwa ziem zaboru rosyjskiego. Konstytucja na stole, bat pod stołem – cierpko charakteryzował ową sytuację jeden z obserwatorów. Z biegiem czasu, władca coraz gorzej czuł się w zaprojektowanym dla Królestwa systemie politycznym. Gwarantowane przez konstytucję swobody obywatelskie ograniczano, zaś rosnące utrudnienia działalności legalnej opozycji i coraz większa aktywność tajnej policji stanowiły dla wielu dowód, że, konstytucja i bat zamieniły się miejscami.

W tych warunkach, także pod wpływem dochodzących z różnych krajów Europy wieści o działalności tajnych organizacji, stawiających sobie za cel wywalczenie swobód narodowych lub obywatelskich, coraz więcej zwolenników zyskiwała działalność konspiracyjna. Jedną z pierwszych tajnych organizacji było założone przez majora Waleriana Łukasińskiego Wolnomularstwo Narodowe. W 1821 r. zastąpiło je lepiej zakonspirowane Towarzystwo Patriotyczne. Obejmująca swym zasięgiem trzy zabory, organizacja stawiała sobie za cel obronę konstytucyjnych swobód Królestwa Polskiego i przygotowanie do zjednoczenia ziem polskich. Mimo aresztowania części założycieli, Towarzystwo działało pod nowym kierownictwem do 1826 r., kiedy to podczas śledztwa w sprawie powstania dekabrystów w Rosji władze rosyjskie uzyskały informacje o istnieniu konspiracji w Królestwie. Przywódcy Towarzystwa Patriotycznego stanęli przed złożonym z członków senatu sądem sejmowym, który, ku niezadowoleniu nowego władcy, Mikołaja I, oczyścił ich z zarzutu zdrady stanu wymierzając niskie wyroki za niedozwoloną przynależność do tajnych organizacji.

Po zakończeniu procesu, atmosfera w kraju pozostała napięta. Niewiele zmieniła w tej mierze, uznawana za próbę poprawy stosunków z Polakami, decyzja Mikołaja I o – odkładanej dotąd – koronacji królewskiej w Warszawie. W stolicy działała wówczas jeszcze jedna tajna organizacja – istniejące od grudnia 1828 r. sprzysiężenie w Szkole Podchorążych Piechoty. Na jego czele stał trzydziestojednoletni podporucznik Piotr Wysocki. Oprócz podchorążych i młodszych oficerów należała do niego również grupa cywilów – studentów, młodych literatów i urzędników. We wrześniu 1830 r. sprzysiężenie liczyło około 200 członków. Stawiało sobie za cel już nie walkę o utrzymanie narodowych swobód zagwarantowanych przez kongres wiedeński, lecz niepodległość Polski. Drogą do niej miało być antyrosyjskie powstanie w Królestwie. Po opanowaniu stolicy, władzę wojskową i cywilną zamierzano złożyć w ręce doświadczonych, generałów i cieszących się zaufaniem mężów stanu. Z działalnością sprzysiężenia wiąże się dość tajemniczy tzw. spisek koronacyjny, niedoszła do skutku próba zamachu na życie Mikołaja I podczas jego pobytu na uroczystości w Warszawie w 1829 r.

Jesienią 1830 r. atmosfera, zdaniem spiskowców, dojrzała do czynu. Do Polski napłynęły najpierw wieści o znoszących kongresowy porządek wydarzeniach we Francji i w Belgii –zakończonej obaleniem Burbonów rewolucji lipcowej i wybuchu powstania przeciw władzy dynastii orańskiej. W listopadzie w prasie pojawiły się informacje na temat zarządzenia Mikołaja I o postawieniu w stan gotowości armii rosyjskiej i polskiej. Zamiar użycia wojsk polskich do tłumienia powstania Belgów wywołał wzburzenie opinii publicznej, której sympatie lokowały się po stronie powstańców. Do sprzysiężonych dotarły również przecieki o ujawnieniu spisku i ostrzeżenia przed przygotowywanymi przez policję aresztowaniami jego uczestników. W nastroju rewolucyjnego wrzenia i w poczuciu rosnącego zagrożenia zniszczeniem konspiracyjnych struktur, przywódcy sprzysiężenia podjęli decyzję o rozpoczęciu powstania wieczorem 29 XI 1830 r.

W Warszawie stacjonowało wówczas około 6 tys. żołnierzy rosyjskich. Siły polskie liczyły około 10 tys. żołnierzy. Konspiratorzy utrzymywali jednak kontakty jedynie z częścią polskich oddziałów, nie wszystkie z nich wiedziały zatem o przygotowywanym powstaniu. Uderzenie zaplanowano w trzech rejonach miasta. W okolicach Belwederu i Łazienek podchorążowie i cywilni spiskowcy wsparci przez kilka kompanii piechoty z wtajemniczonych pułków mieli otoczyć i zmusić do kapitulacji stacjonujące w okolicy pułki rosyjskiej kawalerii. Wydzielona grupa sprzysiężonych miała uderzyć na rezydencję w. ks. Konstantego w Belwederze. Wyeliminowanie carskiego brata i wodza naczelnego polskiej armii miało ogromne znaczenie dla powodzenia dalszej walki, skrupuły Wysockiego, wynikające z oficerskiego poczucia honoru i wymogów nakładanych przez wojskową przysięgę spowodowały jednak, że do grupy, której celem miało być dokonanie zamachu na wielkiego księcia, wyznaczył on cywilów – zaangażowanych w spisek akademików. W centrum miasta oddziały powstańcze pod komendą ppor. Józefa Zaliwskiego miały uniemożliwić wejście do walki rosyjskiego pułku piechoty gwardii wołyńskiej i opanować Arsenał. Odrębna grupa spiskowców miała za zadanie opanować mosty i Pragę oraz rozbroić pułk piechoty gwardii litewskiej.

Istotną dla powodzenia planu koordynację działań umożliwić miał powstańcom dobrze widoczny w całym mieście sygnał – dym z podpalonego browaru na Solcu. Już w pierwszych minutach powstania omal nie doprowadził on jednak do tragicznych w skutkach nieporozumień. Sprawna akcja straży pożarnej sprawiła, że pojawiły się wątpliwości, czy sygnał został zauważony przez grupy powstańców w odległych częściach miasta. Mogło to postawić pod znakiem zapytania szanse powodzenia akcji. Wysocki podjął jednak ryzyko dając rozkaz do rozpoczęcia działań. Około godz. 18.00 grupa dwudziestu dwóch akademików prowadzona przez dwóch podchorążych wtargnęła do Belwederu: pobiegliśmy pędem, z łoskotem, którego łatwo można się domyślić. Dół i pierwsze piętro — i nigdzie księcia. Zniknął nam — pustka zupełna (...) – wspominał Goszczyński. Po kilku minutach poszukiwań oddział wycofał się, by uniknąć spotkania z zaalarmowaną przez służbę Konstantego rosyjską kawalerią. Wielki książę ocalał chroniąc się w ostatniej chwili na strychu pałacu, gdzie zamachowcom nie udało się go odnaleźć. Z opresji uwolnił go nadciągający szwadron rosyjskich kirasjerów.

W chwili, gdy bagnety akademików rozburzyły posłanie, na którym przed chwilą spoczywał Konstanty, Wysocki podrywał do działania Szkołę Podchorążych: Polacy! wybiła godzina zemsty. Dziś umrzeć albo zwyciężyć potrzeba! Idźmy, a piersi nasze niech będą Termopilami dla wrogów! Na tę mowę i z dala grzmiący głos: „do broni! do broni!”, młodzież porwała karabiny, nabiła je i pędem błyskawicy poskoczyła za dowódcą. Oddział zaatakował koszary rosyjskich ułanów. Nie uzyskawszy oczekiwanej pomocy polskiego batalionu strzelców, został jednak odparty przez nadciągające posiłki rosyjskiej kawalerii. Obawiając się odcięcia, Wysocki nakazał marsz do centrum miasta. Wśród utarczek z oddziałami rosyjskiej kawalerii, podchorążowie i towarzysząca im grupa „belwederczyków” maszerując ul. Wiejską dotarli około 20.30 do Plac Trzech Krzyży i do Nowego Światu. Nadzieje na wywołanie patriotycznego zapału mieszkańców okazały się płonne: Jakby nic się nie stało – jakby nic stać się nie miało, tak głucha, tak przerażająca cichość ogarnęła te okolice – gorączkował się po latach Maurycy Mochnacki. Jakby sen zaklęty ogarnął wszystkich, a my jedni, żyjący, samotni na tym cmentarzu – wspominał Goszczyński dodając, że Duch powstańców nie upadł, ale rozdrażnienie doszło do wysokiego stopnia. Odtąd biada temu, kto się z nimi zetrze.

Ofiarą ich gniewu i rozczarowania padło wkrótce kilku napotkanych po drodze generałów, którzy próbowali skłonić podchorążych do powrotu do koszar lub odmówili udziału w walce uważając powstanie za nierozsądny, sprzeczny z wojskową przysięgą wierności, wybryk rozgorączkowanej młodzieży. Z tego samego względu od wystąpienia przeciw Konstantemu powstrzymała się część nieco zdezorientowanych rozwojem wydarzeń dowódców polskich pułków niewtajemniczonych w plany powstania. Objęcia dowództwa nad powstaniem odmówił, uważany za wojskowy i militarny autorytet, generał Józef Chłopicki. W dramatycznych okolicznościach nocy z 29 na 30 XI 1830 r. z rąk zrozpaczonych podchorążych zginęło sześciu generałów, wśród nich, powszechnie lubiany i przewidywany nawet na jednego z wodzów powstania, Stanisław Potocki.




W czasie, gdy podchorążowie maszerowali Nowym Światem, Krakowskim Przedmieściem i Senatorską w stronę Arsenału, powstanie znalazło się w impasie. Oddziałom powstańczym w śródmieściu nie udało się zaskoczyć pułku wołyńskiego i gwardii litewskiej w ich koszarach. Po stronie powstania opowiedziało się do tego momentu 18 kompanii piechoty. Niemal tyle samo oddziałów polskiej piechoty stało w tym momencie po stronie Konstantego. Dowódcy pozostałych zachowali bierność czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Dla obu stron kluczowe znaczenie miało opanowania Arsenału wraz ze znajdującymi się w nim zapasami broni, prochu i amunicji. Jako pierwsze dotarły doń wtajemniczone w spisek dwie kompanie polskiej piechoty. Około godziny 20.00 na pomoc im ruszył, pociągnięty przez należących do sprzysiężenia oficerów, 4 pułk piechoty liniowej. Za nimi ruszyły grupy zamieszkujących Stare i Nowe Miasto rzemieślników i wyrobników zaalarmowanych wezwaniami: Bracia! Spieszcie do Arsenału po broń, bo Moskale naszych rżną!. Czwartacy i towarzysząca im grupa do pięćset rozmaitego narodu przybyli pod Arsenał i zdążyli pobrać broń tuż przed pierwszym atakiem gwardii wołyńskiej. Po godzinie walk, na placu znajdowała się już, według jednej z relacji, chmara nieprzeliczona ludu wraz z żołnierzami ścierającymi się z rosyjską piechotą. Grupy uzbrojonych cywilów rozlały się po mieście. Nie prezentowały one wprawdzie szczególnej wartości bojowej, ich obecność wzmagała jednak poczucie zagrożenia w oddziałach wiernych Konstantemu. W znacznym stopniu zadecydowało to o dalszym przebiegu wydarzeń. Wielki książę Konstanty dysponował nadal siłami, które mogły przywrócić mu panowanie nad miastem. Wieść o wsparciu oddziałów powstańczych przez gromady uzbrojonego ludu wyraźnie odebrała mu ochotę do walki: Panowie, ani jednego wystrzału! – rozkazał swym generałom. Po rewolucji w Paryżu i Brukseli, perspektywa walk przeciw zrewoltowanym mieszczanom wydawała mu się ryzykowna. Niedawne doświadczenia nie zachęcały do podejmowania walk w zrewoltowanym mieście: Było tego [t.j. sił wiernych Konstantemu] stanowczo za mało, aby wejść do ludnego miasta, którego hasłem powstańczym było: Rosjanie rżną naszych! – tłumaczył potem Mikołajowi I.





O świcie 30 listopada powstańcy panowali nad całym śródmieściem. Z murów ratusza witał przechodniów transparent ze słowami „Ody do młodości”: Witaj, jutrzenko swobody, zbawienia za tobą słońce!. W samym gmachu obradowała już Rada Administracyjna, legalny rząd Królestwa, poszerzona o kilka znanych osobistości, która w pierwszej odezwie wezwał rodaków do… porządku i spokojności. Powstanie przetrwało krytyczne godziny. Jego dalsze losy złożono w ręce, mocno zaskoczonych tym faktem, generałów i polityków.

dr hab. Jarosław Czubaty
Instytut Historyczny
Uniwersytetu Warszawskiego

ODPOWIEDZ

Wróć do „Powstania”