Ludmiła zabrała dwustu mężczyzn i chłopców

Utrata niepodległości i państwowości Rzeczpospolitej w 1795 roku otworzyła zupełnie nowy rozdział w historii społeczeństwa polskiego. 123 lata zaborów przypadły na burzliwy wiek XIX, w którym Europa i świat wchodziły w erę nowoczesności. Był to czas wielkich przemian zarówno społecznych, jak i gospodarczych i politycznych. Ostatnia fala rewolucji przemysłowej sprawiała, że odchodziły w niepamięć dawne struktury społeczne i ustępowały miejsca nowym, opartym na kapitalistycznych formach gospodarki i coraz szybszego uprzemysłowienia. Po epoce oświecenia i rewolucji wiek XIX był czasem rozwoju idei i ideologii politycznych, które odpowiadały przemianom społecznym i gospodarczym. Rozwój liberalizmu, a następnie socjalizmu, komunizmu i anarchizmu, a także pojawienie się społecznej nauki Kościoła katolickiego zmieniał oblicze polityki. Suwerenność władców, potwierdzana jeszcze na Kongresie Wiedeńskim 1815 roku, ustępowała miejsca idei państwa narodowego. Zmiany zachodziły też w sferze kultury. Polskie społeczeństwo brało udział w tych przemianach, lecz w bardzo specyficznej sytuacji braku własnego państwa i podziału pomiędzy trzy mocarstwa zaborcze. Rozwój społeczny Polski w tym okresie był niespójny, w różnym czasie i w różnej intensywności przychodziły w trzech zaborach zmiany gospodarcze i polityczne.
Awatar użytkownika
historyk
Posty: 334
Rejestracja: 19 lis 2010, 20:35

Ludmiła zabrała dwustu mężczyzn i chłopców

Post autor: historyk » 19 mar 2013, 04:17

W 1881 roku w podziemiach sosnowieckiej kopalni Ludmiła zginęło 200 osób. Była to największa katastrofa w dziejach polskiego górnictwa. Dziś trudno znaleźć informacje na temat tej katastrofy. Wspomnienia o niej zaginęły nawet w pamięci pokoleń. „Pewnego razu wyczerpały się zapasy drzewa. Postanowiono część starej kopalni »zrabować «, to znaczy zabrać stamtąd drzewo, podpierające skałę. Lecz zaledwie pierwsze podpory ruszono, gdy rozległ się straszliwy trzask, skała pękła, zaczęła się walić, a przez otwory rozlała się kurzawka z taką mocą, że po upływie kilkunastu minut odwrót z kopalni był odcięty. Kurzawka zalała chodnik główny, dostała się pochylniami na piętra. Utworzył się ponad nią olbrzymi wir ziemi, na dwieście metrów poruszonej, wir ten sięgnął powierzchni, rozwarła się okropna czeluść, a z niewidzialnych źródeł buchnęła w nią woda i po brzegi wypełniła. Kopalnia wraz z kilkuset robotnikami w jej głębiach zamkniętymi przestała istnieć”.

Intuicja ma czasem w poszukiwaniach pierwszorzędne znaczenie. Na bardzo konkretny, zacytowany wyżej opis katastrofy trafiłem, rzecz jasna przypadkowo, w zbiorze opowiadań Andrzeja Niemojewskiego, zatytułowanym "Listopad". Tomik wydano we Lwowie, w 1896 roku, czyli 15 lat po katastrofie. Przetłumaczony na rosyjski, opublikowany został także przez wydawnictwa: "Novoje slovo" (1897), "Novy Mir" (1899) i "Żizn" (1901). Jedno z opowiadań nosi tytuł "Stara warjatka". To w nim opisano tragedię w kopalni Ludmiła. Autor tak scharakteryzował tytułową bohaterkę: "Dzika, straszna twarz. Wiecznie ściągnięte brwi, ponure spojrzenie. Postać na wpół naga, przyodziania postrzępioną spódnicą barwy błota. To znana, stara warjatka".

Jeszcze przed sześciu laty była młodą, śliczną i szczęśliwą mężatką, która w tydzień po ślubie niosła obiad mężowi pracującemu w kopalni. W upalne lipcowe południe, na jej oczach dokonał się kataklizm. Od tego momentu nie wróciła już do rozumu.

Sosnowieckie realia

W opowiadaniu Niemojewskiego aż kipi od sosnowieckich i górniczych realiów, chociaż nazwa "Sosnowiec" w nim nie pada. Szalona bohaterka codziennie około południa, od lat szybko podąża w stronę Radochy, dzielnicy znanej dziś z funkcjonującego tam więzienia. Mija stary szyb Zygmunta. Chodzi o kopalnię Zygmunt, która w XIX wieku wydobywała węgiel w okolicy współczesnej nam ulicy Ostrogórskiej. "Warjatka" spieszy wzdłuż Przemszy (znów autentyczna nazwa), ku zatopionej kopalni Bożego Błogosławieństwa. Codziennie też w kobiecie odżywa bolesne wspomnienie katastrofy.

I tylko nazwa kopalni podana w opowiadaniu - "Bożego Błogosławieństwa", nie jest prawdziwa.

Skąd się wzięła fikcyjna nazwa kopalni? Przecież wszystkie fakty przytoczone przez Andrzeja Niemojewskiego wskazują jednoznacznie na kopalnię Ludmiła, którą dzięki jego opisowi można dzisiaj umiejscowić na obszarze między ulicami Mikołajczyka i Ostrogórską, niedaleko Radochy i koryta Czarnej Przemszy.

Niemojewski pisał opowiadanie, gdy rany po straszliwym wydarzeniu jeszcze się nie zagoiły. Pamiętajmy, że przyczynę katastrofy opisał bezkompromisowo. Przecież to ktoś z kierownictwa kopalni musiał wydać polecenie rabowania drewna z tamy odgradzającej kopalnię od kurzawki. Tacy ludzie rzadko giną pod ziemią. Zatem zbyt jednoznaczne określenie realiów mogłoby przysporzyć pisarzowi kłopotów zawodowych i zapewne towarzyskich.

Przyczyna katastrofy była dobrze znana ludziom związanym z górnictwem Zagłębia Dąbrowskiego.

„Kopalnia »Bożego Błogosławieństwa « dawała ogromne zyski z powodu łatwości, z jaką węgiel wydobywano. Ale od strony południowo-zachodniej, gdzie znajdował się najcenniejszy pokład, stała tama zakazanego owocu górniczego. Ilekroć naruszano ową tamę, tylekroć pokazywał się najgroźniejszy wróg kopalni, muł zwany »kurzawką «, ponieważ, rozlewając się gwałtownie po chodnikach kopalni, wywołuje przeciąg powietrza, zamieć, kurzawę”.

Kiedy tomik z opowiadaniem "Stara warjatka" ukazał się drukiem, Andrzej Niemojewski pracował i mieszkał w Sosnowcu, w dworku "na Lepiankach", stojącym do dziś przy ulicy Żytniej. Mocno tkwił w tutejszym środowisku górniczym. Zajmował w nim wysoką pozycję. Od 1892 był naczelnikiem sekretariatu Towarzystwa Kopalń i Zakładów Hutniczych, którego siedziba mieściła się w Sosnowcu, naprzeciw współczesnej nam Poczty Głównej. Jak chociażby z tego widać, Niemojewski był bardzo dobrze zorientowany w górniczych sprawach i pisząc swoje opowiadanie nie musiał fantazjować, czy zasięgać, jak ja, opinii fachowców.

Dziecięce rozmiary

Kopalnia Ludmiła została założona w 1863 roku przez hrabiego Renarda. Potem należała do Gwarectwa Hrabia Renard. Przez szyby wydobywcze Möbius i Jan wywieziono z niej w 1873 roku 90 tys. ton węgla z głębokości 80 metrów.

Kilkakrotnie zaczynano odtapiać pokłady zalane przez kurzawkę. Nie powiodły się próby przeprowadzone w latach 1907-1908 i 1924-1925. Udało się to dopiero w 1959 roku, górnikom kopalni Niwka-Modrzejów. Natrafili oni w podziemiach na dobrze zachowane urządzenia i narzędzia oraz elementy ubiorów swych poprzedników sprzed prawie wieku.

Inżynier Stefan Bielecki był przez wiele lat głównym inżynierem mierniczo-geologicznym kopalni Sosnowiec. Dzisiaj na emeryturze jest biegłym sądowym do spraw szkód górniczych. Oglądał kiedyś znaleziska z kopalni Ludmiła. Jak wspomina po latach, zwróciły jego uwagę i zaszokowały dziecięce rozmiary znalezionych pod ziemią drewnianych chodaków.

Jak mówi dr Bogdan Ćwięk, były dyrektor Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego w Bytomiu, w XIX wieku ojcowie zabierali do pracy w podziemiach kopalni swych synów jako pomocników, nawet tych mających po 11 lat. To była robota dla biedoty. Nikt nie prowadził szczegółowej ewidencji pracujących, więc nie wiadomo kto zginął na dole, ile dzieci.

Gluck auf

Obszar Sosnowca, na którym niegdyś funkcjonowała zatopiona kopalnia pokrywają krzewy, drzewa, nieużytki, oczyszczalnia ścieków i zapuszczone posesje zapełnione złomem, strzeżone przez olbrzymie, szczekliwe psiska. Błądząc w tym melanżu krajobrazowym, trafiłem na zapomnianą przez Boga i ludzi uliczkę o nazwie Ludmiła, nawiązującą do niegdysiejszej kolonii mieszkalnej i kopalni. Po osiedlu został zrujnowany dom, pamiętający zapewne czasy katastrofy.

Inżynier Bielecki od lat zajmuje się dziejami zagłębiowskiego górnictwa. Na starej górniczej mapie sporządzonej w 1882 roku, czyli rok po katastrofie, wskazuje mi jak niebezpiecznie i lekkomyślnie blisko koryta Czarnej Przemszy podeszła kopalnia Ludmiła z wydobyciem pokładów węgla, mniej więcej pod dzisiejszą oczyszczalnię ścieków Radocha II. W tych czasach Przemsza nie miała uregulowanego koryta i płynęła meandrami.

Pamiątki, kilka budynków z XIX wieku, można znaleźć także kilkaset metrów od Ludmiły, przy ulicy Mikołajczyka, noszącej niegdyś nazwę "Dębowa", tak jak dzielnica obecna tylko w świadomości starszych sosnowiczan - "Dębowa Góra".

Przy zbiegu ulicy Lipowej (taką nazwę ma do dziś) i Dębowej istniała kolonia robotnicza o egzotycznej dzisiaj nazwie "Gluck auf", oznaczającej niemieckie pozdrowienie górnicze. Można je przetłumaczyć bezpośrednio jako "Szczęśliwego powrotu na górę!", odpowiednik polskiego - Szczęść Boże! Niemiecka nazwa osiedla potwierdza informację podawaną przez sosnowieckiego historyka, Jana Przemszę-Zielińskiego, że mieszkali w nim górnicy sprowadzeni do pracy ze Śląska.

Może także oni znaleźli gwałtowną śmierć w podziemiach pobliskiej Ludmiły? Może owo - Szczęść Boże! - zainspirowało Andrzeja Niemojewskiego do literackiego przemianowania Ludmiły na "Boże Błogoławieństwo"?

W 1897 roku Andrzej Niemojewski wyjechał do Warszawy. Tam zmarł w 1921 roku. W literaturze polskiej zostawił znaczący ślad w postaci cyklu poetyckiego "Polonia irredenta", ukazującego demoniczny pejzaż ludzi i przemysłu Zagłębia Dąbrowskiego końca XIX wieku. W Sosnowcu urodził mu się w 1894 roku syn - Lech Niemojewski, jeden ze znakomitych polskich architektów XX wieku.

Ireneusz Łęczek

ODPOWIEDZ

Wróć do „Gospodarka, kultura i społeczeństwo”