Polscy lotnicy w Anglii: Pijane prymitywy, gwałciciele i ..?

Wielu spośród tych, którzy uciekli z kraju, werbowało się do armii alianckich, walczących przeciwko III Rzeszy. Z nich oraz Polonii krajów sprzymierzonych powstają oddziały, które reprezentują Polskę na polach bitew całego świata – w obronie Francji, pod Narwikiem, w bitwie o Anglię, pod Tobrukiem, Monte Cassino i wielu innych zakątkach świata.
Awatar użytkownika
Warka
Posty: 1577
Rejestracja: 16 paź 2010, 03:38

Polscy lotnicy w Anglii: Pijane prymitywy, gwałciciele i ..?

Post autor: Warka » 12 maja 2011, 16:06

Polscy lotnicy w Anglii: Pijane prymitywy, gwałciciele i zwierzęta?
Autor: Kamil Janicki (biogram autora) | Data publikacji: 8 kwietnia 2011


Polskie dywizjony myśliwskie i bombowe, które walczyły w II wojnie światowej na brytyjskim niebie, zapisały się w historii naszego kraju złotymi zgłoskami. Nie każdy jednak zapamiętał polskich pilotów jako bohaterów. Zdaniem służącej w sąsiedztwie jednego z dywizjonów Audrey John-Brown z WAAF (Żeńskiej Służby Pomocniczej Lotnictwa) Polacy byli najgorszymi pijakami, szumowinami i gwałcicielami.

Na zaskakujące wspomnienia młodej żołnierki natrafiłem czystym przypadkiem podczas poszukiwania materiałów do swojej książki. To jedna z 47 000 relacji zawartych w bazie wspomnień wojennych opublikowanej w internecie przez BBC. Autorka pisze o Polakach i ich odrażających obyczajach, o ciągłym strachu w jakim żyła ona i jej koleżanki, a także o próbie gwałtu ze strony dwóch polskich żołnierzy, która skończyła się wojskowym śledztwem przeciwko niej samej. Kontrowersyjny fragment wspomnień Audrey John-Brown pozostawiam waszej ocenie, bez dodatkowego komentarza:

Polski dywizjon to były raczej zwierzęta niż ludzie. Nawet nasi koledzy, mężczyźni, z obrzydzeniem utyskiwali na ich obyczaje, a już szczególnie odpowiadający za czystość A.G.M itd. Toalety były straszliwie brudne, ich baraki tak samo, odlewali się przez okna, ale najgorsze dopiero miało nadejść. Kilka [kobiet z] WAAF zostało zaatakowanych i zgwałconych. Żadna nie służyła w sekcji MT [transportu samochodowego], ale to było straszne i dziewczyny bały się gdziekolwiek wychodzić.

Jednak dziewczyny z sekcji MT po prostu musiały [wychodzić]. Nasza sekcja znajdowała się daleko od naszych kwater, a najkrótsza droga wiodła ścieżką przez pole, którą zwykle chodziłyśmy dwójkami itd., ale wiedziałyśmy, że zdarzą się takie momenty, gdy skończymy [służbę] późno i będziemy musiały iść w pojedynkę. Nosiłam w cholewie gumiaka łyżkę do opon i byłam zdecydowana jej użyć jeśli zajdzie taka potrzeba. Niestety rzeczywiście zaszła, kiedy zostałam zaatakowana w drodze powrotnej do kwatery z przedłużonej służby. Tej nocy skończyłam około 21, zamiast 20 i byłam bardzo zmęczona, a musiałam jeszcze dojść z powrotem. Po drodze dwa pijane, polskie prymitywy wyskoczyły na mnie jak spod ziemi i spróbowały szczęścia. Ten będący za mną chwycił mnie, ale rzuciłam się naprzód, wiedząc że jest upity i spróbowałam wytrącić go z równowagi. Pomogłam sobie ciosem z łokcia. Kiedy wyrwałam się do przodu moje prawe ramię wciąż było uwięzione, więc sięgnęłam [do buta] i zdołałam chwycić za łyżkę do opon lewą ręką. Kiedy ten drugi rzucił się na mnie, zamachnęłam się i uderzyłam go w bok głowy. Pierwszy mnie puścił i cofnął się chwiejnym krokiem, ja natomiast rzuciłam się do ucieczki. Naprawdę szybko biegałam w tamtym okresie, nawet w tych gumiakach, a złość tylko dodawała mi skrzydeł.

Bezceremonialnie wparowałam do biura i otwarcie powiedziałam co myślę o tym braku krztyny bezpieczeństwa, o tym, że WAAF-ki nie mogą liczyć na żadną ochronę, że żyją w strachu i z ryzykiem itd. Dali mi kubek herbaty i udałam się do swojego baraku, by położyć się spać. Długo nie pospałam, bo po jakichś dwóch czy trzech godzinach przyszedł sierżant i kazał mi natychmiast zgłosić się do biura administracji.

Nie miałam pojęcia o co w ogóle chodzi, ale o tak późnej porze w pierwszej chwili pomyślałam o domu, ale też o tym co mogło się stać……. Nie.

Drugi pijak dotarł w końcu z powrotem do swojego baraku i zgłosił, że został zaatakowany, a jego przyjaciel jest nieprzytomny. Zostałam przesłuchana, a sierżant z wartowni przekazał im mój raport. Był tam też dowódca mojego dywizjonu, który bardzo mnie wspierał, ale zasady to zasady i odbyło się dochodzenie, w którym musiałam uczestniczyć. To naprawdę było straszne – moje słowo przeciwko ich słowu. A potem okazało się jeszcze, że ten, którego uderzyłam nie żyje. Udławił się własnymi rzygowinami. Polski przedstawiciel prawny albo ktoś taki zapytał, czy nie jest mi wstyd, że zabiłam jednego z naszych żołnierzy. Odpowiedziałam, że NIE. To oni mnie zaatakowali. Potem wtrącił się dowódca dywizjonu i przekazał im długą listę zgwałconych i poranionych WAAF-ek, podkreślając, że miałam prawo się bronić.


W Faldingworth stoi obecnie pomnik upamiętniający odwagę i męstwo lotników z polskiego 300 dywizjonu.
Autorka nie podaje daty ani dokładnego miejsca wydarzeń, ale z kontekstu można wywnioskować, że miały one miejsce w Faldingworth w ostatnich latach wojny. To miejscowość w środkowej Anglii, w hrabstwie Lincolnshire. Przez tamtejszą bazę lotniczą przewinęło się wielu Polaków, szczególnie pod koniec wojny i już po kapitulacji Niemiec. Przede wszystkim była ona siedzibą 300 Dywizjonu Bombowego Ziemi Mazowieckiej. Dzisiaj w wiosce stoi upamiętniający tą jednostkę pomnik.

Źródło:
Fragment wspomnień Audrey John-Brown przytoczyłem we własnym przekładzie. Oryginał można przeczytać na stronach BBC. Stanowi on część publikacji pod tytułem „Four Years In A Lifetime A Lifetime In Four Years by Audrey St. John-Brown Formerly Turner” (cz. 6).

ODPOWIEDZ

Wróć do „Polacy na wojennych frontach”