Polacy na Syberii w latach 1939-46

1 września 1939 roku Niemcy haniebnie zaatakowali Polskę. Polacy stanęli do nierównej, heroicznej walki o stawkę większą niż życie - niepodległość. Z "pomocą" Polsce przyszły zachodnie mocarstwa. Efekty tej pomocy odczuwamy do dziś.
Awatar użytkownika
Adambik
Posty: 501
Rejestracja: 24 lis 2010, 22:41

Polacy na Syberii w latach 1939-46

Post autor: Adambik » 21 gru 2012, 19:43

Paweł Stolyarov-Korol
PRZEZ SYBIR DO POLSKI (wersja skrócona)
Ku pamięci Polaków poległych na Sybirze
Sybir-Abakan 2007

Po raz pierwszy w historii publicystyki Rosyjskiej, rosjanin napisał o Sybirakach. Do dziś tę temat jest tematem tabu.
Książka jest wynikiem pracy badawczej wykonanej przez Pawła Stolyarova w 2003-2005 r. przy współpracy z Sybirakami - członkami Związku Sybiraków i Ogólnopolskiej Federacji Stowarzyszeń Sybirackich.
Redakcja jak i autor materiałów wierzą, że publikacja ta służyć będzie pogłębieniu wiedzy współczesnych Rosjan i Polaków o latach, które określały polską obecność w ciągu siedmiu lat na Syberii.
Będziemy bardzo wdzięczni za życzliwe jej przyjęcie przez czytelników.
Wydanie w całości sfinansowane przez senacką Fundację „Pomoc Polakom na Wschodzie”.

Dane Ogólne respondentów

Na podstawie danych można stwierdzić, iż odsetek osób urodzonych na Kresach wynosi 84,7%, w tym - 37,8% pochodzi z rodzin osadników i tylko 33,3% zamieszkiwało Kresy od „dziada, pradziada”. Urodzonych na terenie Polski centralnej lub zachodniej było 15,3%.
Przed zesłaniem 32,4% respondentów uczęszczało do szkoły. Nie zdążyło podjąć nauki 24,3%. Tylko 5,4% ankietowanych zdążyło skończyć szkołę. Średnia wieku respondentów w 1940 roku wyniosła - 9 lat.

Przebieg deportacji

Wszystkie cztery operacje deportacyjne przeprowadzone na ziemiach polskich w latach 1940-1941 przebiegały według podobnego schematu. Wynikało to z centralnego uregulowania ogólnych zasad postępowania i wydania przez NKWD drobiazgowo opracowanych instrukcji deportacyjnych (Za: Głowacki A.: Sowieci wobec Polaków na ziemiach wschodnich II Rzeczpospolitej 1939-1941, Wyd. UŁ, Łódź 1998, s. 320-322; Instrukcja RKL ZSRR z 29.XII.39 r.). W każdym powiecie były zorganizowane sztaby deportacyjne składające się z 3-5 funkcjonariuszy NKWD, a bezpośrednimi wykonawcami były grupy operacyjne. Na ogół składały się z oficera i towarzyszących mu żołnierzy NKWD oraz z miejscowych milicjantów i reprezentantów lokalnych władz.
Grupy operacyjne przeprowadzające wysiedlenie zjawiały się na ogół w nocy lub bardzo wczesnym rankiem. Mieszkańcom komunikowano decyzję o wysiedleniu, co potwierdza 13,5% badanych, a następnie przeprowadzana była rewizja uzasadniana poszukiwaniem broni (tak twierdzi 18% ankietowanych). Rewizji nierzadko towarzyszyły akty rabunku przedmiotów wartościowych (opinia 6,3% badanych). Rewizja trwała dość długo i kończyła się ogólnym bałaganem: „Rozrzucali wszystko co było w mieszkaniu” twierdzi 25,2% Sybiraków. W innym przypadku miała miejsce następująca sytuacja: „zrobił rewizję ale tylko dla pozoru, gdyż tylko otwierał szafy i zamykał, a w trakcie tego odezwał się – Sobirajtieś, przesiedlamy was do innej obłasti”. Czasem pytano dokąd dana rodzina chce jechać, do Niemiec, czy do Rosji, a innym razem obiecywano, że jadą do tatusia. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Płacząca i nie wykonująca rozkazów (ze strachu i przerażenia) dziatwa ubierała się w pięć minut. Po przeprowadzonej rewizji wysiedlanym wyznaczano pewien czas na spakowanie się (Osoby wysiedlone, według instrukcji z 17.I.1940 r., mogły wziąć ze sobą: „odzież, bieliznę, obuwie, pościel, nakrycia stołowe, naczynia, kuchenne, wiadra, żywność (miesięczny zapas na rodzinę), drobne narzędzia gospodarcze i rzemieślnicze, pieniądze, kosztowności oraz kufer do zapakowania rzeczy”).
Wbrew instrukcji na ogół na przygotowanie się do podróży pozostawiano około 30 minut (7,2%), a czasem zaledwie 10-20 minut (9,9%). Prawie 18,9% badanych twierdzi, że mieli na spakowanie rzeczy 1 godzinę i więcej, najczęściej zdarzało się to wtedy, gdy trójki operacyjne zajęte były zbieraniem kilku rodzin jednocześnie.
Co i w jakich ilościach pozwalano deportowanym zabrać ze sobą, zależało w gruncie rzeczy od nastawienia konkretnej grupy operacyjnej. Czasem komunikowano możliwość zabrania bagażu do ustalonej wagi, z reguły jednak zaniżano limit ustalony w odpowiedniej instrukcji (Wszystko to nie powinno przekraczać wagi 500 kg na rodzinę. Na spakowanie tych rzeczy przysługiwać miały 2 godziny. To co wysiedleńcy pozostawili miało zostać protokolarnie przejęte przez lokalne władze. Pozostały sprzęt domowy, odzież, drób miano przekazać komitetom chłopskim z przeznaczeniem dla najbiedniejszych). Zależało to od tego jakim transportem dysponowały grupy operacyjne. Jak twierdzi 4,5% ankietowanych: „Nikt z miejscowych a także pobliskich wsi nie chciał nas odwieźć na stację, dopiero po 3 godzinach enkawudzistom udało się namówić Ukraińca z innego rejonu. Gdy oficer zapytał - Dlaczego was nikt nie chce odwieźć? Padła odpowiedź - Bo nas lubią i szanują”. Najczęściej jednak członkowie grupy operacyjnej po prostu zezwalali lub nie na zabieranie konkretnych przedmiotów: „Namawiali nas do zabrania większej ilości ciepłych rzeczy i pościeli” jak twierdzi 24,3% badanych. Zróżnicowany był też stosunek grup operacyjnych do zabierania żywności: jedne zgodnie z instrukcją wręcz to nakazywały (kazali nam wziąć jedzenia na miesiąc, twierdzi 30,6%), inni ograniczali jej ilość i asortyment, co potwierdza 25,2%. Zdarzało się, iż deportowanym nie pozwalano opuszczać pomieszczenia, w którym ich zgromadzono, co uniemożliwiało zabranie dobytku z innych izb, a nawet przygotowanie zapasu żywności a więc brali to co było pod ręką: „wzięliśmy chleb i trochę kaszy”. Zdarzało się, że pozwolono sąsiadowi podać parę bochenków chleba lub worek sucharów, szynkę. Podobnie było z odzieżą i drobnymi sprzętami: „Gdy oficer wyczytał w papierach, że ojciec jest kowalem kazał spakować narzędzia - Tam ci się przydadzą”. Bywało, że dowodzący oficer po prostu kazał brać tyle, ile uniosą, co potwierdza 26,1% badanych: „Pozwolili wziąć małe tobołki”. Niekiedy funkcjonariusze NKWD doradzali co należy zabrać, a nawet pomagali w pakowaniu dobytku: „Starszy rangą widząc zrozpaczoną mamusię z gromadą dzieci (siedmioro, najmłodsza siostra miała 7 miesięcy, najstarsza 14 lat) dał czas na spakowanie się. Pozwolił pakować się do południa. Żołnierzom nie pozwolił nic brać, dopóki „choziajka” (gospodyni) nie wyjedzie. Pozwolił nam brać wszystko co się zmieści na duże sanie: ubrania, bieliznę, naczynia. Namawiał mamusię, by wzięła maszynę do szycia, i sam przymocował do sań z tyłu obudowę maszyny. Była ona naszą karmicielką na zesłaniu – gdyż wieczorami zarabiała na niej Mama szyjąc i przerabiając ludziom różne rzeczy, najczęściej kufajki i watowane spodnie, gdyż to było jedyne ciepłe okrycie dla mieszkańców Syberii”. W innym przypadku oficer zrzucił maszynę do szycia z sań: „Mama się uparła i powiedziała, że bez maszyny nie pojedzie. Sąsiadki okrążyły żołnierzy, częstowały ich papierosami i namawiały by pozwolili zabrać maszynę, bo jest krawcową i dzięki maszynie zawsze zarobi na kawałek chleba dla dzieci (3 córki). Dopiero po odejściu oficera do innego domu, udało się namówić żołnierzy, którzy niechętnie się zgodzili. Maszyna ratowała nam życie, gdyż była jedyną w promieniu kilkudziesięciu kilometrów”. Najwięcej przejawów życzliwości ze strony oficerów i żołnierzy NKWD zapamiętali deportowani w kwietniu 1940 r. Z drugiej strony miały miejsce znacznie liczniejsze przejawy brutalności, zastraszania, krzyków i poszturchiwań, co potwierdza większość respondentów. Strach, rozpacz, zaskoczenie powstałą sytuacją były istotnymi czynnikami ograniczającymi zdolność do rozsądnego zgromadzenia rzeczywiście potrzebnych rzeczy i maksymalnego wykorzystania wyznaczonych limitów. Najczęściej zabierano pewną ilość żywności, trochę ubrań, pościel, jakieś drobne sprzęty gospodarstwa domowego. Niektórym rodzinom pozwalano zabrać wiele worków, tobołów i kufrów czy koszy z ubraniami, pościelą, żywnością i sprzętem domowym (39,6%). Zabierano nawet maszyny do szycia lub narzędzia rzemieślnicze, które później okazały się skarbem wprost nieocenionym, jak twierdzi 2,7% badanych. Deportowani nie zdawali sobie często sprawy z tego, co może im być potrzebne. Co w niedalekiej już przyszłości będzie stanowić o możliwości przetrwania w odległych miejscach zesłania. Zabierano czasem rzeczy uważane za wartościowe (np. biżuteria), czy wręcz cenne, które później okazywały się nieprzydatne, a nieświadomie pozostawiano przedmioty mogące stworzyć szansę przeżycia (ciepłe rzeczy).
Nielicznym udało się wziąć książki, przedmioty kultu, zdjęcia. Możliwość zabrania tych przedmiotów miało 30,6% badanych. Jak twierdzi 25,2% ankietowanych, mimo czynionych prób zabrania ich ze sobą to się nie udało, ponieważ żołnierze wyrywali wszystko z rąk.
Miały również miejsce przypadki, kiedy rodzina nie posiadała specjalnie wielu rzeczy, ponieważ przyjechała w odwiedziny (na wakacje) do krewnych, ojca. Wśród ankietowanych takich rodzin było 3,6%. Zdarzało się, że przyłączano do rodzin deportowanych ich krewnych i znajomych, którzy przypadkiem byli obecni przy aresztowaniu (babcia, dziadek, ciocia) - 9%.

Warunki, w jakich odbywała się deportacja

Wysiedlanych dowożono saniami, furmankami lub samochodami bezpośrednio na stacje kolejowe. Transporty deportacyjne składały się z wagonów towarowych. Zanim wyruszyły w drogę, formowane były na bocznicach kolejowych przez kilka dni. Ich przystosowanie do przewozu ludzi polegało na zbudowaniu piętrowych prycz po obu stronach od wejścia, wstawieniu żelaznego piecyka i wycięciu dziury (albo brak owej) mającej spełniać rolę ubikacji. Większość badanych wspomina tą podróż tak: „Hałas, płacz i zimno – to nas powitało w pomroce wagonu”.
W jednym transporcie jechało od kilkuset do ponad dwóch tysięcy osób.
Relacje zesłańców wskazują, iż liczba osób w wagonach z reguły przekraczała normy ustanowione instrukcją deportacyjną (dla tego iż starano się nie rozdzielać rodzin, a były one dosyć liczne), ale była też mocno zróżnicowana: najczęściej wynosiła 30-40 osób, na co wskazuje 29,7% badanych, niekiedy nawet 60 osób – 4,5%: „Ścisk i zaduch – Tak nas upchali, że drzwi z ledwością się zamykały. W wagonie było tak ciasno, że ja miałem tyle miejsca aby z podkurczonymi nogami siedzieć na nogach sąsiada”, ale z drugiej strony w niektórych wagonach jechało tylko po 20-30 osób, co potwierdza 36,9%: „Pociąg ruszył wśród krzyków, płaczu, modlitw, pieśni patriotycznych. Całe miasteczko i krewni aresztowanych z pobliskich wsi przyszli by nas pożegnać, niektórych na zawsze”.
Bardzo zróżnicowane było także zaopatrzenie w żywność w czasie deportacji. Z reguły ciepłe posiłki wydawano dopiero po przekroczeniu dawnej granicy polsko-radzieckiej (Smoleńsk), co potwierdza 63% osób badanych. W jednych transportach czyniono to w miarę regularnie, codziennie – 27%, w innych tylko sporadycznie, raz na kilka dni – 18%, czasem dwa razy w ciągu całej podróży 22,5%. Jak twierdzi 4,5% ankietowanych: „Nie otrzymywaliśmy w czasie podróży ani posiłków ani wody”. Meni tych, którzy otrzymywali posiłki stanowił chleb, zupa - o trudnym do ustalenia składzie, kasza, do tego niewielkie porcje chleba, sporadycznie.
Jeden z ankietowanych tak wspomina ten moment: „Po drodze nawet w kilku miejscach dawano chleb, ale nie byliśmy do takiego chleba przyzwyczajeni i jedliśmy swój, z zapasów, a ten dostarczany służył do wymiany z ludźmi na stacjach, a raczej miejscach zatrzymywania się, na wodę i inne rzeczy. We wspomnieniach wielu Polaków pisze o tym chlebie złożonym głównie z otrąb, ale sądzę, że to przesada; po prostu nie znaliśmy już pieczywa robionego z mąki tak prymitywnie mielonej. Chociaż myślę, że chleb dawany przed wojną w wojsku, tak zwany „komiśniak”, bardzo ten radziecki chleb przypominał; z tym, że w Polsce więcej używa się na chleb mąki żytniej, a tam głównie pszennej”.
Jak twierdzi większość ankietowanych, z tych którzy cokolwiek dostawali do jedzenia, przysługiwało im zwykle: jedno wiadro zupy i jedno wiadro „kipiatku” (wrzątek) na wagon. Największym problemem dla deportowanych było jednak nie zaopatrzenie w żywność, lecz w wodę: „Nie mieliśmy w wagonie ani wiadra ani większego naczynia – tylko kilka szklanek, wychodziło po pół szklanki na osobę”. Tylko 27% ankietowanych twierdzi, że w trakcie postojów konwój zezwalała na pobieranie wody (z reguły po 2 wiadra na wagon).
Kolejnym problemem nękającym wysiedlanych w toku dwóch pierwszych deportacji było zimno. Zima 1940 r. była wyjątkowo mroźna: w czasie wysiedlania temperatura spadała do 40 stopni poniżej zera i silne mrozy utrzymywały się przez cały okres transportu, co potwierdza 30% badanych.
Natomiast wysiedleńcy dwóch ostatnich wywózek doświadczyli okropnych upałów i przy ciągłym deficycie wody podróż stawała się koszmarem. Trudne do wytrzymania było nagrzane powietrze w wagonie, którego nie sposób było przewietrzyć, ponieważ wagon miał tylko dwa małe zakratowane okienka.
W tak nieludzkich warunkach podróż trwała do 2-4 tygodni (42,3%), od 6 tygodni do 3 miesięcy (27,9%). Wszystko zależało od tego, jak długo pociąg stał na stacjach oraz na jaką odległość zsyłano ludność polską. W nielicznych wypadkach zesłańcy mieli do najbliższej stacji piętnaście kilometrów, ale bywały przypadki, że stacje oddalone były o kilkaset kilometrów od osady, co wydłużało czas podróży o miesiąc. Im dalej od stacji kolejowych wysiedlano ludzi tym gorsze warunki panowały dookoła.
„Koniec torów, Pawłodar, wyładowujemy się, furmanki wiozą nas na plac ogrodzony „murem” z gliny, jak ze wschodnich baśni. Pierwsze spotkanie z wszami. Po dwóch dniach ładują nas na ciężarówki i wiozą przez step, gdzieś coraz dalej. Jasiu, gdzie my jesteśmy? Wydaje mi się, że w Azji, mówi Jasio, a ci skośnoocy i te niby zakonnice, to chyba Kazachowie w swoich ludowych strojach. Jeżeli tak, to powinno tu być ciepło. Po co brałem łyżwy? (później – łyżwy poszły za kartofle). Jest jakaś wieś, chaty z gliny, ziemianki, tylko nieliczne domy drewniane, a na nich jakieś szyldy. Wysypujemy się na jakimś dziedzińcu, pilnują nas milicjanci i młodzi ludzie z czerwonymi opaskami – to komsomolcy. Noc pod gołym niebem, strasznie zimno - co to za Kazachstan? Usypiam w jakichś ciuchach”. W momencie przyjazdu transportów deportacyjnych do stacji docelowej następowała kontynuacja podróży. Zesłańców dowożono do miejsc przeznaczenia drezynami, ciężarówkami, zaprzęgami konnymi, wołami, wielbłądami, saniami, reniferami, również psimi zaprzęgami, statkami towarowymi, barkami, kutrami, łodziami a nawet tratwami. Zdarzały się przypadki, gdy po zesłańców nikt nie przyjeżdżał, wyładowywano ich wraz z dobytkiem i pozostawiano samym sobie na środku drogi czy placu: „Mieszkaliśmy 6 miesięcy w tych samych wagonach, w których nas przywieziono”. Ci ostatni mieli i tak znacznie więcej szczęścia od tych, którzy zostali wysadzeni dosłownie na ulicę: „Czekaliśmy przez 3 dni pod gołym niebem, aż wreszcie ktoś po nas przyjedzie. Jedna osoba zamarzła a ja rozchorowałam się i trafiłam do szpitala”. „Wielkanoc, siedzimy na tobołkach, pod gołym niebem, zimno. Przyszła sędziwa Rosjanka, dała każdemu po jajku coś mówi, nic nie rozumiemy. Dopiero po jakimś czasie doszło do nas o co chodziło tej Rosjance. Zupełnie zapomniani i zatraceni”. Miejscowe władze w Kazachstanie nie były przygotowane na taki napływ ludności: „Po kilku dniach powieziono nas dalej...”.
Wszyscy ci, którzy trafili na Sybir, byli traktowani jak niewolnicy, w większości wypadków byli kierowani prosto do tajgi, do obozów pracy, gdzie czekała na nich wycieńczająca praca w lesie. Zdani byli wyłącznie na łaskę naczelnika.

Miejsce zesłania i warunki zakwaterowania

Bardzo ważnym czynnikiem warunkującym przetrwanie na zesłaniu było odpowiednie zakwaterowanie. W zależności od tego, gdzie trafili zesłańcy, zależały warunki zamieszkania.
Obywatele polscy deportowani w głąb Związku Radzieckiego w lutym i w czerwcu 1940 r. (45% ankietowanych) uzyskali status specjalnych przesiedleńców, w większości trafili oni do specjalnych osad na Syberii (specposiołki) pozostających pod bezpośrednim zarządem NKWD. Największa część deportowanych w lutym trafiła na północ Rosji europejskiej, do obwodu archangielskiego i Komi ASRR (w sumie 27% respondentów).
Inne obszary, dokąd skierowano znaczne ilości polskich zesłańców, to północno uralskie obwody: mokotowski i swierdłowski oraz Kraj Krasnojarski i obwód omski na Syberii. Jak wynika z ankiet najwięcej do Kazachstanu zsyłano w kwietniu 1940 i lipcu 1945 r. Rozmieszczenie to wiązało się bezpośrednio z zamiarami wykorzystania zesłańców jako niewolniczej siły roboczej na terenach stosunkowo słabo rozwiniętych gospodarczo, o niesprzyjających warunkach przyrodniczych, gdzie trudno było pozyskać pracowników wolnonajemnych. Brak ludności miejscowej podkreśla 45% badanych: „Nie utrzymywaliśmy kontaktów z miejscową ludnością, bo takiej nie było”.
Zesłańców lokowano najczęściej w osiedlach składających się z kilku lub kilkunastu baraków. Typowy barak składał się z jednego lub paru dużych pomieszczeń, rzadziej były to budynki podzielone na odrębne izby. Budynki wznoszono z drewna, zazwyczaj sosnowego: okorowane pnie łączono na zrąb, całość przykrywano dwuspadowym dachem podbitym deskami, a wewnątrz stawiano z desek lub cieńszych pni ściany działowe. Szpary wypełnione były przeważnie mchem, który, będąc niezłym materiałem izolacyjnym, stawał się jednak równocześnie dogodnym miejscem dla nieprzeliczonych pluskiew, karaluchów i wszy. Zresztą o różnego rodzaju robactwie wspomina 100% ankietowanych: „Nauczycielka w szkole nie mogła zrozumieć, że u nas w Polsce nie ma odwszalń”. W tamtych czasach funkcjonowało powiedzenie: „Smutno mi Boże, gdy się spać położę, a pluskwy nad mym łóżkiem ciągną się łańcuszkiem. I gdy pomyślę, że któraś ugryźć mnie może, smutno mi Boże”. W barakach składających się z dużych sal zbiorowych montowane były dwupoziomowe prycze. Do ogrzewania służył piec najczęściej umieszczony pośrodku sali lub 2 piece usytuowane na końcach baraku. Mimo tego, że w piecach palono na okrągło był szron na ścianach baraku.
Tak zwani zesłani administracyjnie (w kwietniu 1940 r.) trafiali do rosyjskich bądź kazachskich wiosek przy kołchozach, gdzie dużą rolę odgrywały lokalne sytuacje w wioskach, osadach czy też przedsiębiorstwach zatrudniających Polaków. W tym wypadku zesłańcy na ogół kwaterowani byli zbiorowo w różnego rodzaju barakach, ziemiankach, szopach, stajniach, wagonach towarowych, klubach, chlewach, lepiankach, szałasach, namiotach – 58,5%. Tylko nieliczni a było ich 24,3%, mieli oddzielne mieszkanie lub mieszkanie „przy gospodarzu”. Tylko 6,3% poradziło sobie z nową sytuacją i albo kupiło domki, ziemianki lub wybudowało własne oraz posiadało działki, na których hodowano przeważnie ziemniaki. Dwoje spośród ankietowanych miało nawet krowę.
Większość zesłańców zmieniło przynajmniej raz miejsce pobytu różnych powodów życiowych. Oto co piszą: „W drugim roku naszego pobytu w Kazachstanie Niemcy napadli na Związek Radziecki. Było to ogromne zaskoczenie dla Związku Radzieckiego, ale dla nas element korzystny, gdyż wkrótce zostało podpisane porozumienie pomiędzy Rządem Polskim w Londynie i Związkiem Radzieckim. Polacy uzyskali większą swobodę. Ze statusu „spiecpieriesielenców” staliśmy się wolnymi ludźmi!”
22 czerwca 1941 r. rozpoczęła się wojna niemiecko-radziecka. Wobec bezsilności wojsk sowieckich w walce przed nacierającymi wojskami niemieckimi ZSRR podpisuje pakt o wzajemnej pomocy militarnej z USA i Anglią w pierwszych dniach 1941 roku, a 30 lipca 1941 r. taki pakt podpisuje Stalin z Rządem Polskim na Emigracji w Londynie. 13 września 1941 r. premier Rządu Polskiego gen. Władysław Sikorski uzyskuje zgodę na amnestię dla Polaków w ZSRR. Z łagrów, więzień, tajgi i stepów Kazachstanu podążają Polacy do formującej się Armii Polskiej na terenie ZSRR, zwanej potocznie „Armią Andersa”. Do wojska przedostało się 3,6% ankietowanych. Uwzględniając trudności gospodarcze Związku Radzieckiego, związane z utratą dużej części terytorium, tego najbardziej ważnego pod względem przemysłowym i rolniczym, zaproponowano ewakuację Polaków do Iranu. W ślad za żołnierzami zaczęła ewakuować się ludność cywilna. Oczywiście tylko niewielkiej części Polaków udało się przedostać do Iranu (wśród ankietowanych było takich tylko 6,3%), a później dalej do Palestyny i Egiptu. Do Persji (tak się wtedy nazywał Iran), wyjechały rodziny mieszkające w pobliżu kolei, albo te, które jechały razem ze zwerbowanymi do wojska, ale olbrzymia większość Polaków pozostała nadal na południu.
Wielu wywiezionych Polaków mogło poruszać się swobodnie i przystąpić do poszukiwania i łączenia się ze swoimi rodzinami. Setki tysięcy zesłańców wyruszyło w drogę z Syberii do Kazachstanu lub do Azji Środkowej, bo tam był lepszy klimat. Byli i tacy, którzy zostali tam przeniesieni na mocy rozkazów NKWD – 13,5%.
W 1944 roku część zesłańców przeniesiono na Ukrainę. Przenoszono raczej tych, którzy znaleźli się na tzw. listach ewidencyjnych czyli planowanych na ewentualny powrót do Polski.

Wyżywienie

Drugim ważnym dla zesłańców problemem było wyżywienie. Wszyscy ankietowani zgodnie twierdzą, iż odczuwali dotkliwy głód przez 6 lat pobytu na zesłaniu. Jak twierdzi 26% ankietowanych: „Jedliśmy wszystko to co było możliwe do zjedzenia”. Jadłospis ankietowanych zawierał: dziko rosnące w stepie i w lesie rośliny jadalne oraz zboża (pszenica, makuchy, owies). Jedzono lebiodę i pokrzywy oraz trawy gotując z nich zupy. Zbierano także dziki czosnek, różne grzyby, owoce dzikiej róży i dzikiej wiśni, szczaw, orzechy cedrowe. Uprawiano cebulę, kapustę, ziemniaki. Latem w dużych ilościach gromadzono maliny, czarną porzeczkę, dzikie truskawki, żurawinę, borówki, grzyby itd. Wiosną w okolicach porośniętych brzeziną zbierano sok brzozowy.
Zbierano z pól to co zostało tam po właściwych zbiorach: „Kombajn nie zbierał tych najmniej wyrośniętych i można było jeszcze na wiosnę ręcznie zebrać trochę kłosków, zwykle już z porośniętym ziarnem. Pszenica w Kazachstanie nie wyglądała tak jak u nas; była niewyrośnięta, bo siana była rzadko”.
Zdarzało się, że łupem ludzi, którym widmo śmierci głodowej zaglądało w oczy, stawały się psy i koty, wrony, wróble, jeże, susły, ptasie jaja, zdechłe konie i bydło (to stawało się zresztą przyczyną wielu chorób a czasem kończyło się wręcz tragicznie, około 2% wśród ankietowanych w ten sposób straciło bliskich).
Przydziały chleba wahały się od 300 g do 500 g. na osobę. Tam, gdzie był chleb, była i zupa lub kasza, co najmniej raz dziennie. Wśród zup wymieniane są takie, jak zupa z pokrzyw i lebiody, bałanda (gotowana mąka), ziemniaczana, z suszonej albo słonej ryby. Nieliczni mogli pozwolić sobie na mleko, lub mięso a było takich tylko 4,5%. Prawie 3% respondentów nic nie jadło przez kilka dni. Jedna osoba z pośród ankietowanych po śmierci rodziców pracowała w chlewie przy świniach: „Jadłam to co świnie”.

Praca

Sposoby, w jakie „zdobywało” się konieczną do przetrwania żywność, były różne. W większości odpowiedzi na pierwszym miejscu jest praca. Pracowało 54,9% ankietowanych. Mimo, że wśród ankietowanych 41,4% stanowiły dzieci do lat 10, musieli pracować prawie 15,3% z nich. Dzieci zmuszano do pracy w bardzo prosty sposób: „Kto nie rabotajet tot nie je” (Kto nie pracuje ten nie je), po prostu odbierano im przydziały żywnościowe, a tego, co zarabiali rodzice, nie starczało na całą rodzinę, pracowali więc wszyscy. Pracowali albo „zdobywali” jedzenie. Sybiracy niechętnie przyznają się, że musieli kraść: „Nigdy nie kradliśmy u ludzi tylko u państwa”. byli i tacy którzy musieli żebrać: „Poszedłem żebrać o kawałek chleba, wyciągałem ręce. Kilka osób zlitowało się nade mną. Sami byli biedni ale litowali się”. Zesłańcy wykonywali przeróżne prace. Jeżeli byli zesłani do tajgi, ścinali drzewa, rąbali, piłowali, korowali drzewo, odcinali gałęzie, pracowali również przy spławie bali, zbierali żywicę. Tak wyglądała praca dziecka w jednym z kołchozów na Syberii: „Antek był pastuchem. Zarządca żądał od Antka coraz więcej mleka. Było potrzebne na front, dla żołnierzy. W czasie upałów krowy gryzione przez gzy gziły się, nie pasły, nie chciały dawać mleka. Ktoś doniósł, że to wina pastucha Antka, że krowy nie chcą „mleczyć” według planu. Kazano mu paść krowy nocą, te chciały spać. Więc je budził, szarpał za rogi, ciągnął za ogony. Ale to nic nie dawało. Zarządca wezwał Antka do raportu. Powiedział mu, że on 14-letni chłopak jest „wrieditielem”, czyli sabotażystą. Że to z jego winy krowy się gżą, że być może jego ojciec, kułak i zdrajca wysadza gdzieś w Polsce pociągi sowieckie. Dlatego Antek nie jest godzien chodzić po rosyjskiej ziemi. Mówiąc to, patrzył wyzywająco na chłopaka i bawił się pistoletem”.
Prace w Kazachstanie ze względu na tereny rolnicze były ściśle związane z wykonywaniem wszelkich robót polowych. W sumie 90% ankietowanych wykonywało takie prace, jak: orka, sianokosy, prace ogrodnicze, wypas bydła. Ale byli i tacy (19,8%), którzy zdobyli zawód kończąc kursy: mechaników i traktorzystów, montera linii telefonicznych, pielęgniarek, wykonujące prace przy produkcji cegieł, naprawie dróg, przy kolei. Jak wspomina jedna z ankietowanych: „Organizowaliśmy spółdzielnię i robiliśmy skarpety z wełny. Część wełny dało się ukraść, z niej robiliśmy spodnie, spódnice, czapki. Miejscowi nie posiadali takich umiejętności, dlatego przynosili nam swoją wełnę, z której robiłyśmy różne rzeczy”. Wśród zesłańców byli i tacy, którzy zarabiali na chleb wróżbą: „Mama była całkowicie bezradna i nic nie umiała poza tym że bardzo dobrze wróżyła. Przyjeżdżali do niej na wróżbę nawet z pobliskich wsi”. Niektóre kobiety pracowały jako krawcowe i odniosły w tej dziedzinie sukcesy, to znaczy – nie głodowały. „Siostra nasza, Halina, najstarsza z nas (14 lat), poszła na kurs sanitariuszek - Miedsiestra zapasa - czyli sanitariuszka rezerwy. To pozwoliło jej wkrótce podjąć pracę w służbie zdrowia, gdzie pracowała przez cały czas naszego pobytu na Syberii”.
Nigdzie nie pracowało z uwagi na stan zdrowia, wiek, brak obuwia, a więc na nich spadała odpowiedzialność za utrzymanie domu - 9% osób. Zbierali drewno lub kiziaki (Wysuszony nawóz bydlęcy) na opał, pilnowali młodszego rodzeństwa, żebrali lub kradli.
Zesłańcy błyskawicznie opanowali język zajmując niekiedy nawet kierownicze stanowiska, księgowych.

Życie kulturalne

Około 28,8% respondentów stwierdza zupełny brak życia kulturalnego. Reszta przypomina sobie, że od czasu do czasu coś się działo. Głównie tam gdzie docierała ze swą opieką Ambasada Polska poprzez „Delegatury”, które oprócz organizowania pomocy dla domów dziecka i domów starców organizowały również świetlice, gdzie dawano przedstawienia, czytano wiersze. Do takich świetlic uczęszczało 9% ankietowanych. Niestety działalność Delegatur („Placówki te, powołane jako filie Ambasady Polskiej, funkcjonowały w wielu miastach, w zasadzie w każdym mieście obwodowym. Zajmowały się opieką nad Polakami, nie uprawiały żadnej polityki, nie miały więc charakteru konsulatów. To były placówki wyłącznie opiekuńcze, powołane po to, żeby pomagać ludności polskiej, która znajdowała się w straszliwych warunkach, wyniszczona, wygłodzona, pozbawiona ubrań, obuwia. Przedstawiciele polskich placówek w pewnym momencie też stali się obiektami działań represyjnych, i to jeszcze przed wyjściem armii gen. Władysława Andersa. Był taki moment, kiedy w planowy sposób zaatakowano te placówki i aresztowano grupę ich pracowników i współpracowników. Co prawda potem tych ludzi zwalniano, ale nie wszystkich, a jeszcze później, w okresie paszportyzacji, po raz drugi poddano ich represjom”. Za: Polak B.: O sowieckich represjach wobec Polaków. [W:] „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej” nr 11, 2003, s. 21
), szybko została zlikwidowana przez władze. Niektórzy z ankietowanych przypominają sobie, że w obozie funkcjonował chór polski. W niektórych domach tam gdzie to było możliwe obchodzono wspólnie święta religijne. Śpiewano kolędy i pieśni patriotyczne.
Jak wspomina jedna z Sybiraczek: „Po Wielkanocy 1944 roku nasze panie: Julia Wronowa, pani Walczuk i pani Tomaszewska postanowiły uzyskać zgodę miejscowych władz na przygotowanie akademii z wyeksponowaniem akcentów patriotycznych. To, co wydawało się niemożliwym, stało się możliwe. Świetlica szkolna „pękała w szwach”. Na widowni zasiedli ludzie starsi, młodzież i dzieci. My, wygnańcy, czuliśmy się dumni. Akademię rozpoczęliśmy polskim hymnem, następnie był polonez, mazur, krakowiak, piosenki wojskowe i harcerskie, wiersze, a na koniec śpiewaliśmy „Boże coś Polskę”. Jeszcze dziś, po tylu latach płaczę na wspomnienie tego co się działo. Aplauz, nieskończenie długie brawa, wiwatowanie, płacz i śmiech. Podobny sukces osiągnęliśmy podczas Bożego Narodzenia. Myślę, że na tę „pobłażliwość” w stosunku do naszego programu wpływ miało tworzenie się Armii Polskiej, powstanie Związku Patriotów Polskich i przykłady naszego patriotyzmu. Niestety, pod względem fizycznym i psychicznym z każdym dniem byliśmy słabsi. Niedożywieni, wyczerpani chorobami i pracą, błagaliśmy Boga o wytrwanie, bo gdzieś na dnie serca tliła się nadzieja, że nastąpią zmiany na lepsze”.
Część ankietowanych twierdzi, że nie mieli możliwości czytać czegokolwiek i nie spotkali się z takimi przypadkami. Większość ankietowanych jednak miała okazję do czytania książek, którymi się wymieniano. Niektóre książki wędrowały nawet po kilkadziesiąt kilometrów. Oprócz literatury polskiej, zazwyczaj pięknej, czytano książeczki do modlitw oraz gazety, książki i czasopisma w języku rosyjskim (rzadko po polsku): „Czytaliśmy Rosjankom listy od ich mężów, bo nie umiały czytać”.
Na ogół ankietowani reagowali szyderczo na pytanie – Jak się bawili będąc na zesłaniu? 50% stanowczo odpowiedziało: „nie było żadnych zabaw albo czasu lub sił”. Tam, gdzie tylko było możliwe (Jeżeli ankietowanie lub wywiad prowadził autor ankiet), autor ankiet zadawał pytanie naprowadzające, lub po jakimś czasie „rozgadany Sybirak” jednak zdradzał, że się bawił, a było takich 91%. Nie były to zabawy wyszukane; w przypadku gdy dziecko nie pracowało lub pilnowało młodszego rodzeństwa, miały miejsce takie zabawy jak: „bawiliśmy się kamyczkami, drewnianymi zabawkami, które zrobił Tata, robiliśmy z gliny lalki, bawiliśmy się na rzece, jeździliśmy na saniach”. „Wyskakiwaliśmy z ziemianki, wpadali na ślizgawkę w samych skarpetkach (obuwia nie było) na chwilkę i z powrotem do ziemianki”. W przypadkach, gdy zesłańcy mieli nieco więcej lat i mieli możliwość bawić się z dorosłymi, zabawy przybierały inny charakter niekiedy o zabarwieniu patriotycznym, a było takich 28,8% (na przykład śpiewano pieśni żartobliwe na temat nieudolności rządu (po pracy). Wszyscy respondenci podkreślają muzykalność Rosjan.
Każdy z ankietowanych potrafił zaśpiewać dwie, trzy zwrotki popularnych w tym okresie piosenek lub czastuszek (Czastuszka – krótka dowcipna rosyjska piosenka ludowa „Priszol Stalin na magilu Lenina i nagami topajet, vstavaj, vstavaj tovarzyszu, bo kamuna lopajet”, „Kogda Lenin umieral, Stalinu nakazywal – hleba mnogo niedavaj, masla niepokazywaj”). Tam gdzie śpiew, tam i tańce. Tańczyło w zespołach 7,2% ankietowanych, a uczestniczyło w tańcach noworocznych 3%. Kilka osób grało w szachy, chowanego i w berka, siatkówkę, piłkę. Parę osób nauczyło się pływać.

Praktyki religijne,nauka szkolna

Nie sposób ocenić, jakie znaczenie dla zesłańców miały praktyki religijne dla zachowania polskości i przetrwania najgorszego. Były otuchą w momentach zwątpienia, a jednocześnie nadzieją na lepsze. Z Kresów niektórzy przywieźli książeczki do nabożeństwa. Życie religijne, z braku duszpasterzy, organizowały kobiety. To one uczyły modlitwy dorastające pokolenie, przypominały ważne religijne święta, wbrew zakazom śpiewały kościelne pieśni, przepisywały teksty modlitw. W domach po kryjomu modlili się o szybki powrót, o zdrowie i o chleb. „Nadzieja była wspierana żarliwą wiarą. Mój Boże, ileż to odmówiłem litanii i różańców! „Modne” były w szerokich kręgach nowenny. Często śpiewaliśmy w naszych lepiankach pieśni religijne, a także na polach sowchozu rozbrzmiewały słowa Serdeczna Matko, Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud”.
Oprócz modlitw dorośli rozmawiali w domu po polsku, co podkreśla 63,9% ankietowanych. W większości rodzin dbano o czystość języka i pilnowano, żeby dzieci mówiły prawidłowo. Rodzice, bojąc się wynarodowienia i wypaczenia pojęć dzieci wychowanych w kulturze chrześcijańskiej, na własną rękę uczyli dzieci języka polskiego, historii, geografii.
Nie zważając na trudne warunki bytowe, prawie 36,9% respondentów uczęszczało do szkoły rosyjskiej lub polskiej (szkoły polskie były rzadkością). „Czas upływał, a dzieciaki cofały się w rozwoju umysłowym, „prymitywnieliśmy”. Po ogłoszeniu amnestii dzielna pani Załuska, wymusiła na NKWD zgodę na założenie czegoś w rodzaju szkółki dla polskich dzieci. Zbierała nas chyba co drugi dzień w dużej sieni jakiejś chaty, dostawaliśmy po misce zacierek (niezapomniany smak), i tam nauczycielka (dla czego nie pamiętam jej nazwiska?) uczyła nas polskiego, rachunków i rosyjskiego. Czuliśmy, że chodzi o dożywienie i język polski, w którym były też przemycane wiadomości z historii w formie opowiadań. Ja przyjeżdżałem ze stepu na koniu na te lekcje, uczyłem się w stepie też na koniu - pracowałem jako „koniuch” (fornal). Jadąc na karym koniu nauczyłem się wiersza „A jak poszedł król na wojnę...”. Tekst był dyktowany przez nauczycielkę z pamięci, a myśmy ten tekst pisali ołówkami między linijkami tekstu jakichś broszur politycznych. Nie było bowiem czystego papieru”.
Na zesłaniu minimum przez 2 miesiące letnie do szkoły uczęszczało 9,9% respondentów. Przez rok i więcej chodziło do szkoły 15,5% ankietowanych.
Szkołę można było również traktować jak pracę ponieważ: „W Pawłodarze dzieci chodzące do szkoły dostawały „pajok” - 300 gramów chleba. Wydaje mi się, że tyleż wynosił pajok dla żon ludzi, którzy służyli w armii”. „Byłem zbyt mały, żeby pracować, i po wakacjach poszedłem do szkoły, ale tu uznano, że z powodu braku znajomości języka nie nadaję się do ich 4. klasy i przeniesiono mnie znów do klasy 3. po raz trzeci w życiu, chociaż nie byłem dzieckiem umysłowo opóźnionym. Mam do dziś świadectwo z tej trzeciej klasy i stopnie mam dobre, tylko z rysunków, śpiewu i wychowania fizycznego - dostateczny. Nie wiem czy to była jakaś złośliwość, czy tego rodzaju praktyka, bo tych przedmiotów w ogóle nie mieliśmy; brakowało nauczyciela”. Otrzymało świadectwa maturalne 3,6%. Trafiło do polskich i radzieckich domów dziecka 3%.

Stosunki z władzą i ludnością miejscową

Stosunki z władzą zależały od tego gdzie zesłańcy trafili. Jeżeli na Sybir, to na ogół większość Sybiraków ma bardzo złe wspomnienia. Na Syberii, zwłaszcza w obozach pracy, gdzie zesłańcy byli ściśle pilnowani a władza miejscowa na ogół składała się z enkawudzistów, ludzi traktowano jako jeden z elementów systemu państwowego, którym można dowolnie manipulować: „Bydło musi być zadbane a ty możesz zdechnąć”. Domagano się wydajności (produkcyjnej) ponad siły. Bywało niekiedy, że władza patrzyła przez palce na próby zesłańców utrzymania się przy życiu i przyzwalano wtedy na wyprawy do pobliskich wsi na wymianę rzeczy na jedzenie, lub nawet zachęcano do takich kontaktów. Ale najczęściej bywało i tak, że tych, którzy musieli w nocy skradać się (by wymienić rzeczy na jedzenie u miejscowej ludności), łapano i karano, czasem bardzo surowo: „Zostałam zbita do nieprzytomności za to, że mówiłam po polsku. Mam te blizny do dzisiaj. Więcej to się nie powtórzyło, pod taką presją i zakazem rozmawiania po polsku szybko uczyliśmy się języka rosyjskiego”. „Enkawudzista przychodził do baraku i strzelał w podłogę, bardzo go się bałam”.
Zesłańców trzymano często w niewiedzy, nie mówiono o kolejnych amnestiach i trzymano ich w łagrze lub na osiedleniu aż do likwidacji łagru i repatriacji Polaków z powrotem do Polski.
Z drugiej strony zdarzały się przypadki życzliwości polegające głównie na wydawaniu odzieży, obuwia, dobudowaniu pomieszczeń. Dostarczano niezbędnych informacji, trzymano się w miarę możliwości rozporządzeń nadchodzących z zewnątrz. Do takich miejsc docierały listy, przekazy pieniężne i paczki od krewnych z Kresów lub Rzeszy. Z takich miejsc łatwo było wyjechać z chwilą ogłoszenia amnestii, władze stwarzały niezbędne warunki dostarczając zesłańców do pobliskich stacji kolejowych. Tak twierdzi 2% ankietowanych.
Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja tych, którzy trafili do Kazachstanu. Rzadko tu byli enkawudziści, a zesłańcy byli zdani na łaskę miejscowych władz (cywilnych), które zachowywały się różnie, rzadko wrogo i niechętnie, częściej przychylnie. Kilka osób spotkało się z współczuciem i wsparciem ze strony władz miejscowych, ponieważ, jak się okazało, byli to potomkowie Polaków ze wcześniejszych deportacji: „Mieszkaliśmy w domu naprzeciwko przewodniczącego kołchozu, jego matka była Polką, która otoczyła nas ciepłem i serdecznością”. „Doktor z miejscowego szpitala dużo nam pomogła, wystawiając fikcyjne zwolnienia zdrowotne. Co uratowało mnie jako nastolatkę od poboru do „Trudarmii” (Armia pracy przymusowej). Jej mąż, był Polakiem”.
Kilku ankietowanych utraciło rodziców z powodów losowych, tymczasowo (gdy matka trafiła do szpitala, więzienia lub była nieobecna w związku z pracą) lub na zawsze (z powodu śmierci). Te dzieci doświadczyły różnych przejawów opieki ze strony miejscowej ludności, zazwyczaj Rosjanek. Kilkoro pomieszkiwało przez kilka miesięcy u dobrych ludzi, czekając aż ich los się rozstrzygnie. Ci, którzy stracili rodziców na zawsze, trafiali do Polskich lub rosyjskich domów dziecka. Niektóre z dzieci życzliwi Rosjanie próbowali nawet adoptować, niekiedy na siłę (prosząc wprost o to przymierającą z głodu matkę i argumentując tym, że samej lub z mniejszą ilością dzieci będzie lżej: „Gdyby nie siostra, która przyjechała za mną i odebrała mnie z wielkim trudem od Rosjan, to bym na zawsze tam zastał. Cały czas mówiła – jest Polakiem i musi wrócić do Polski”.

Powrót do ojczyzny

Większość zesłańców wróciła do Polski dzięki pomocy Związku Patriotów Polskich („4 stycznia 1943 r. Wanda Wasilewska i Alfred Lampę wysiali do rządu sowieckiego petycję o wyrażenie zgody na utworzenie organizacji mającej spełniać rolę reprezentanta Polaków w ZSRR.
1 marca 1943 r. w Moskwie powstał kierowany przez komunistów Komitet Organizacyjny ZPP.
8 kwietnia 1943 r. zwrócono się do rządu sowieckiego z prośbą o wyrażenie zgody na formowanie w ZSRR polskich jednostek wojskowych. Działania te prowadzono bez poinformowania Ambasady RP w Kujbyszewie reprezentującej legalny rząd polski, uznawany przez władze ZSRR - oficjalne zerwanie stosunków dyplomatycznych nastąpiło 26 kwietnia 1943 r.
28 kwietnia 1943 r. w przemówieniu radiowym Wanda Wasilewska zapowiedziała utworzenie w ZSRR polskich oddziałów wojskowych, a 9 maja 1943 r. powołano na stanowisko dowódcy 1. Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki pułkownika Zygmunta Berlinga. Rejon formowania dywizji wyznaczono w Sielcach nad Oką, tam od 14 maja 1943 r. kierowano polskich poborowych. 9 i 10 czerwca 1943 r. odbył się w Moskwie Zjazd ZPP na którym uchwalono Deklarację Ideową, nakreślającą założenia przyszłego, demokratycznego państwa polskiego, wzywającą do walki z Niemcami w sojuszu z ZSRR, poddającą krytyce politykę rządu emigracyjnego w Londynie. Oficjalnym organem prasowym ZPP był tygodnik „Wolna Polska”, wydawany od 1 lipca 1943 r. do 15 sierpnia 1946 r. w nakładzie dochodzącym do 40 tyś. egzemplarzy.
ZPP rozwijał działalność polityczną, wydawniczą, kulturalno-oświatową i opiekuńczą w licznych skupiskach zesłańców polskich. Działalność opiekuńcza była prowadzona głównie w ośrodkach wcześniej zorganizowanych pod patronatem rządu RP na emigracji.
Po przybyciu w maju 1944 r. do Moskwy delegacji Krajowej Rady Narodowej, Zarząd Główny ZPP ogłosił 1 lipca 1944 r. oświadczenie, w którym uznawał zwierzchnictwo KRN nad ZPP i zorganizowanym w ZSRR Wojskiem Polskim.
21 lipca 1944 r. przedstawiciele ZPP oraz delegacji KRN utworzyli Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, a 25 lipca ZPP delegował swoich przedstawicieli do KRN. Od lipca 1944 r. w działalności ZPP zaczęty dominować funkcje opiekuńcze nad ludnością polską w głębi ZSRR. Od połowy 1945 r. do 1946 r. ZPP zajmował się głównie repatriacją Polaków do kraju.
30 lipca 1946 r. Prezydium KRN rozwiązało ZPP w ZSRR, który zaprzestał działalności 10 sierpnia 1946 r.”. Za: Wielka historia Polski, t. 9, Wyd. Kraków 2001; Wielka Encyklopedia Powszechna, Wyd. PWN, Warszawa 1969), na postawie umów i kart repatriacyjnych – 41,4% respondentów. Tylko 23,4% wróciło na własną rękę przy pomocy krewnych lub znajomych. Zaledwie 6,3% ankietowanych wróciło do Polski z Europy Zachodniej (andersowcy).
Większość ankietowanych wróciło do Polski w 1946 r. Wracali zorganizowanymi transportami w takich samych towarowych wagonach, w jakich byli wywiezieni na Syberię, z tą różnicą, że bez konwoju: „Wracaliśmy do domu!!! Głodni, obdarci, zawszeni i chorzy, ale szczęśliwi. Cały pociąg śpiewał z radości”. Wśród ankietowanych znalazły się osoby, które odstawiono do Polski pod konwojem (4,5%). Byli i tacy, którzy najpierw wrócili do stron rodzinnych (Kresy) z zamiarem pozostania, jednak zobaczywszy tylko ruiny kiedyś pięknych domów, zrujnowane gospodarstwa oraz trwający nadal terror na terenach ZSSR, podjęli rychło decyzję wyjazdu do Polski centralnej, która, była jednak dla nich niejako nowym terytorium, a było takich 4,5%: „Jechaliśmy do Polski, jak Żydzi do ziemi obiecanej”.
Większość ankietowanych miało w Polsce centralnej rodzeństwo lub krewnych (59,4%). Dlatego albo wysiadali po drodze na odpowiedniej stacji z transportu, albo, przyjechawszy do miejsca przeznaczenia, po jakimś czasie przemieszczali się bliżej krewnych. Byli i tacy, którzy wylądowali w obecnym miejscu zamieszkania, bo trafili na studia. Najwięcej wśród badanych studiowało na AGH w Krakowie. Wyjaśnić to można tym, że tu na AGH w tamtych czasach otrzymywano stypendium i na różne sposoby wspierano biednych studentów. Kilka osób z pośród ankietowanych uzyskało dyplom z rusycystyki i pracowało w szkołach jako nauczyciele języka rosyjskiego. 39% po uzyskaniu stopnia magistra nie poprzestało na tym i uzyskawszy stopnie doktorskie i profesorskie (9%) pracowało w uczelniach wyższych. Średnie wykształcenie ma 24,3%, politechniczne 6,3%, zawodowe 4,5%. Tylko 2% respondentów nigdzie nie studiowało.
Po opuszczeniu ZSRR niewiele osób z pośród tych, którzy przeżyli zesłanie napisało wspomnienia. W śród respondentów 20,7% napisało wspomnienia z zesłania i opublikowało je. Niestety większość nadal nie chce wspominać tych dramatycznych chwil, 15,3% z nich ma zamiar napisać wspomnienia lub nagrać je na taśmę.

Wspomnienia o Syberii

Wiele osób po latach jest w stanie ocenić swój pobyt na „nieludzkiej ziemi” jako pozytywny: „Tam zrozumieliśmy wartość człowieczeństwa, odkryliśmy tajemnicę współżycia z ludźmi i poznaliśmy co znaczy skarb wolności”. Wśród wspomnień negatywnych dominują takie jak: przenikliwe zimno, szron na ścianach, głód, robactwo, życie poniżej godności, ciężka praca, choroby, nędza. Ale, jak deklaruje większość, a takich jest prawie 90%, najczęściej wspominają śmieszne sytuacje, piękno przyrody, przezroczystą wodę w rzekach, uczciwość, szczerość i otwartość tubylców.
Wielu respondentów dostrzega pewne pozytywne aspekty swego pobytu na Syberii podkreśla, co wyniosło z zesłania. Wymieniają przy tym takie cechy charakteru, jak: wytrwałość, cierpliwość, radość życia, zaradność życiowa, wyrozumiałość, opiekuńczość, poszerzenie się horyzontu myślowego, szacunek dla chleba, hart ducha i ciała, odporność na trudy życiowe, małe wymagania, rozumienie biedy, poszanowanie ludzkich cierpień, życzliwość wobec ludzi, tolerancja wobec innych poglądów, dystans do sytuacji życiowych, brak przywiązania do wartości materialnych, oszczędność.
Do cech ujemnych należą: przesadna oszczędność, nawet oportunizm, bezwzględność w walce o byt, oto wymowne wypowiedzi: „Doceniam wszystko, co mam – bo Tam nie mogłam nawet marzyć o namiastkach najpotrzebniejszych rzeczy”. „Z trudem wyrzucam, to co zbędne lub zużyte”. „Zrozumiałem, jak naród był gnębiony przez tyranów”. „Przeżyliśmy to, co koń nie przeżyje”. „Pobyt na Syberii niewątpliwie wpłynął na moje zdrowie. Wróciłem z bardzo poważną niedowagą; ważyłem 42 kg i byłem bardzo niski. Wypadek w pracy, przecięcie ścięgna Achillesa spowodowało, że trochę kuleję. Muszę stwierdzić obiektywnie, że moje kłopoty ze zdrowiem są związane również moimi własnymi błędami. Zapalenie płuc, które zaciążyło na stanie mojego zdrowia i do dziś mam kłopoty, „zafundowałem” sobie sam; jeszcze przed wojną. Przecięcie ścięgna Achillesa było wypadkiem przy pracy, ale sam zabiegłem nierozsądnie przed mechanizm tnący kosiarki”. „Po Syberii zostały mi również elementy korzystne. Pamiętam, że w roku 1943, w jesieni chodziłem do pracy na bosaka, choć już rankami był szron. Na szczęście i nie wiem czy to ma jakikolwiek związek, do lat obecnych, jestem po siedemdziesiątce, nie cierpię na reumatyzm”.
Niektórzy wyciągnęli takie wnioski: „Za prawdę biją, nie skarżyć się, cicho siedzieć”. „Żeby nie pracować fizyczne, należy zdobyć wykształcenie, zawód”. „Nie narzekam na „ciężką” pracę”. „Nauczono mnie nie stękać przy wysiłku; stękanie było objawem słabości, której trzeba było się wstydzić. Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy pracują dużo ciężej niż ja i dlatego denerwuję mnie narzekanie osób, które właściwie nigdy nie pracowały ciężko, a wydaje im się, że dzieje im się krzywda. Zdaję sobie sprawę, że już nie mam tego zdrowia co kiedyś ale do dziś jestem gotowy na spędzanie czasu w niewygodzie, trudnych warunkach, a nawet podejmować pracę w takich warunkach”. „Do elementów korzystnych należy zaliczyć doskonałe opanowanie języka rosyjskiego. Pod określeniem „doskonałe” należy uznać znajomość języka z jego odmianami, z odniesieniami do literatury, powiedzonek i popularnych pieśni, w tym tak zwanych czastuszek. Oczywiście z latami trochę się zapomina, ale nadal korzystam z każdej okazji żeby się w tym języku doskonalić i wciąż zaskakuję Rosjan swoją znajomością ich języka”.
Troje twierdzą, że deportacja ocaliła im życie, gdyż dzięki niej uniknęli działań wojennych lub okupacji niemieckiej.
24,3% ankietowanych odwiedziło Syberię i Kazachstan (18% chciałoby to zrobić). Są tacy, którzy dołączyli do nielicznych, ale od pewnego czasu organizowanych wycieczek na Syberię. Celem tych pielgrzymek było odwiedzanie grobów bliskich, miejsc zagłady Polaków z zamiarem uwiecznienia tych miejsc poprzez budowę pomników i tablic pamiątkowych oraz nawiązanie kontaktów z Polonią Syberyjską (Tak się składa, że autor pracy jest członkiem Narodowej Organizacji Społecznej „Polonia” w Republice Chakasji w Abakanie. Stowarzyszenie powstało w 1993 roku w ramach realizowanego programu przez Senat RP o nawiązaniu i wspieraniu ruchu polonijnego w Rosji. Pierwsze stowarzyszenie zostało zarejestrowane w 1988 roku (w Moskwie) a jest ich w chwili obecnej 45. W stowarzyszeniach realizowane są następujące programy: nauczanie języku polskiego, kultury polskiej, sztuki. Organizowane są zespoły taneczne i śpiewające).
Większość respondentów stanowczo jednak nie chce odwiedzić tych stron. Wśród przyczyn podają: strach przed tym, że mogą nie wrócić albo też mają niechęć do powracania do tego tematu.

Aktualny tryb życia Sybiraków

Wszyscy ankietowani należą do Związku Sybiraków (Powszechnie znane w społeczeństwie polskim pojęcie „sybirak” pojawiło się w 1928 roku wraz z powstaniem Związku Sybiraków, który po około 50-letniej przerwie spowodowanej wybuchem II wojny światowej i trwającym po niej politycznym niebycie państwowym Polski reaktywowano w 1989 roku. Związek Sybiraków został powołany z inicjatywy obywateli polskich pragnących upamiętnić losy rodaków wygnanych na obszary Syberii w okresie XVIII i XIX oraz na początku XX wieku. Organizacja z założenia skupiała zesłańców i ich potomków, a jej przewodnią ideą było dokumentowanie martyrologii narodu polskiego oraz niesienie pomocy żyjącym ofiarom rosyjskich prześladowań.
W początkowym, przypadającym na czasy II Rzeczypospolitej, okresie swej działalności związek skupiał wyłącznie osoby wywiezione na Syberię. W ten sposób zrodziło się obiegowe „kryterium geograficzne” tradycji sybirackiej. Reaktywowany w czasach III Rzeczypospolitej Związek Sybiraków objął swą opieką także osoby, które w wyniku deportacji stalinowskich lat 40. i 50. XX wieku znalazły się na zesłaniu nie tylko na Syberii i w Kazachstanie, ale też w europejskiej części ZSRR. Od tej pory Sybirakiem zaczęto nazywać obywatela polskiego, który ucierpiał od władz rosyjskich i radzieckich, przyjmując tym samym „kryterium polityczne”). W ramach realizowanych przez związek programów kulturalnych spotykają się na uroczystościach związanych z tematyką Syberyjską 28,8% ankietowanych.
Oprócz tego, Sybiracy mają możliwość spotkań w oddziałach „Klubu Sybiraka” (na przykład w Krakowie: przy kościele Kapucynów oraz w Nowohuckim Centrum Kultury). Na te spotkania uczęszcza 35,1% respondentów. Na owych spotkaniach towarzyskich Sybiracy świętują imieniny i kolejne rocznice, rozmawiają o sprawach bieżących własnych i bliskich. Często omawiają bieżące tematy dotyczące problematyki sybirackiej.
Wśród ankietowanych są osoby piszące wiersze, opowiadania, artykuły w gazetach. Wspominają czasy minione, wymieniają się doświadczeniami nabytymi na zesłaniu. Często wspominają życie przed zesłaniem. Prawie każde spotkanie kończy się w ten sposób, że: „ktoś zanuci popularną w tamtych czasach piosenkę i każdy śpiewa”. Często w rozmowach Sybiracy używają słów i zwrotów w języku rosyjskim (1% słów rosyjskich).
Większość respondentów prowadzi przeciętne życie. Najczęściej Sybiracy czytają: „Gazetę Wyborczą”, „Wprost, „Auto Świat”, „Dziennik Polski”, „Nasz Dziennik”, „Przekrój”, „National Geographic”, „Newsweek”, „Kwartalnik Osadników wojskowych Kresów Wschodnich”, „Wołanie z Wołynia”.
Na ogół wszyscy czytają i mają książki, od kilkudziesięciu do kilkuset egzemplarzy. Są to książki o różnej tematyce poczynając od specjalistycznych naukowych do bestsellerów, również dotyczące historii, polityki, problematyki zesłania, geografii, literaturę akowską, inne.
Najczęściej Sybiracy oglądają ogólnodostępne programy telewizyjne: program 1,2 i 3, TVP, TVN, TV Polonia, Polsat, „National Geographic”, „Discovery”. Najchętniej oglądają: „Wiadomości”, „Teleexpres”, „Panoramę”, „Fakty”, wspomnienia kresowiaków, relacje z uroczystości państwowych i Kościelnych. Filmy przyrodnicze oraz seriale: „Na dobre i na złe”, „M - jak miłość”, „Ostry dyżur”. Nie korzystają na ogół z anten satelitarnych i płatnych kanałów telewizyjnych.
Wśród stacji radiowych wymieniają najczęściej: „Radio Maryja”, Program 1,2 i 3, „Radio Maryja” cieszy się wśród Sybiraków dużą popularnością. Chociaż są i niechętni do tego radia.
Zdecydowania większość Sybiraków to już emeryci i renciści. Z obserwacji i ankiet wynika, że obecnie mają na ogół niezłe warunki bytowe, mają rodziny i w chwili obecnej mieszkają ze współmałżonkami. Tylko niewielu z nich nie założyło rodzin (ze względu na stan zdrowia). Wszyscy mają własne mieszkania (w większości 2 pokojowe), zadbane, na ogół bardzo skromne. Większość posiada sprzęt multimedialny (telewizor, wideo, odtwarzać CD, DVD, radio), kilkoro ma komputer i dostęp do internetu, samochody, ogródki działkowe.
4% ankietowanych Sybiraków prawie nie utrzymuje kontaktów ze sobą (głównie z powodu dolegliwości zdrowotnych lub braku czasu – gdyż aktywnie uczestniczą w życiu rodzinnym i wychowywaniu wnucząt).
Po syberyjskich przejściach zadowoleni są z obecnych warunków bytowania. Narzekają jedynie na pogarszające się zdrowie. Sukcesywnie też odchodzą.
W 1990 r. Związek Sybiraków w Polsce zrzeszał 85 tys. osób. Obecnie żyje już tylko około 45 tys. członków, a 40 tys. odeszło na “Wieczną Wartę”.

Podsumowanie

Wyniki wykazały wielkie podobieństwo losów zesłańców: głód, praca ponad siły w tajdze, w kołchozach i stepie, choroby, brak możliwości edukacji szkolnej. Większość ankietowanych wskazuje, że pomimo tragicznych warunków bytowania, kobiety – matki zdołały wychować dzieci w duchu patriotyzmu i polskości. Ogromną rolę w zachowaniu nadziei na powrót do polski odegrała wiara.
Dla większości pobyt na Syberii, to trudna „szkoła życia”, która ukształtowała ich charakter, zahartowała do walki z sprzecznościami losu.
Na ogół zesłańcy nie żywią niechęci do narodu rosyjskiego, lecz do dziś utrzymała się w nich odraza a często nienawiść do systemu komunistycznego.
Poruszone i omówione problemy, dotyczące losów osób deportowanych wymagają dalszych poszerzonych badań. Niestety wiele cennych informacji zostało zaprzepaszczonych z tego powodu, iż można je było opracowywać dopiero po upływie ponad pół wieku czyli po odzyskaniu wolności w 1989. Osoby, które były deportowane jako dorośli a więc osoby posiadające najwięcej wiedzy i świadomości i które najbardziej były dotknięte represjami już niestety nie żyją a ich wspomnień brak.
Żywię nadzieję, iż będę mógł jeszcze kontynuować badania i poszerzyć je w kolejnych pracach.
Dzięki tej pracy poszerzyłem i pogłębiłem też swoją wiedzę o Syberii, zarówno tej dawnej, jak i współczesnej. Myślę też, że nie tylko ja będę miał z tego pożytek.
Po powrocie do stron rodzinnych (na Syberię) będę mógł z większym zrozumieniem patrzeć na złożone dzieje jej mieszkańców i tej pięknej choć trudnej ziemi. Zatem i z tego powodu pozostaję wdzięczny losowi, że mogłem się znaleźć w Polsce na ziemi moich dziadów.
Przy okazji chciałby wszystkim tym którzy przyczyniły się do powstania tej pracy serdecznie podziękować. Nie sposób Was wszystkich wymienić ale bądźcie pewni że o Was pamiętam i mile wspominam, rodacy.

Paweł Stolyarov – w 1999 roku podjął studia przygotowawcze w Rzeszowie, co pozwoliło mu rozpocząć rok później studia na kierunku Animacja Kultury w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego, które ukończył początkowo z dyplomem licencjata i w 2005r. z dyplomem magistra, co umożliwiło mu podjęcie studiów doktoranckich.
Obecnie przygotowuje się pod opieką prof. dr hab. Tadeusza Aleksandra w Instytucie Pedagogiki na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego do obrony rozprawy doktorskiej na temat polskich Domów Dziecka na Syberii w czasie Drugiej Wojny Światowej.
Jest potomkiem polskich zesłańców politycznych z XIX i XX wieku. Jego pasją są Sybiracy i ich historia, dlatego też prowadzi z nimi liczne spotkania i wywiady, które od 2004r. gromadzi w prywatnym archiwum „KorolArt” w formie nagrań audio wraz z kopiami dokumentów dotyczących losów Sybiraków oraz działalności polskich zesłańców w latach 1939-46 na Syberii (fotografie, listy, sprawozdania, relacje, dzienniki, pamiętniki, wspomnienia). W chwili obecnej dysponuje już około 200 pozycjami audio oraz ponad 10 tysiącami dokumentów archiwalnych. Od 2006r. prowadzi również systematyczne wywiady biograficzne z Sybirakami, ma tych wywiadów około 70-ciu. Od 2007r. wywiady nagrywa także na DVD (na dzień dzisiejszy około 300 godzin wideo).
W archiwum gromadzone również dokumenty dotyczące współczesnego ruchu polonijnego w Rosji (lata 1989-2007). Z tych ogromnych zasobów archiwalnych korzystają autorzy opracowań naukowych i jest to prawdopodobnie największe prywatne archiwum dotyczące tej problematyki na świecie.
Autor aktywnie uczestniczy w licznych projektach polonijnych i konferencjach naukowych. Na swoim koncie ma kilka wystaw, jak również ponad 20 publikacji naukowych oraz artykułów prasowych zarówno po polsku jak i rosyjsku (oraz jedną publikację w języku angielskim), poświęconych problematyce diaspory polskiej na Syberii i w Rosji ogółem.
Od 1997 roku jest członkiem organizacji polonijnej w rodzinnym mieście Abakan na Syberii. Autor i administrator strony internetowej www.rodacy.ru. Przez dwa lata był redaktorem technicznym kwartalnika „Rodacy”, z którym współpracuje obecnie jako stały korespondent, fotografik oraz autor artykułów.
Jego prywatne zainteresowania to fotografika, podróże, literatura historyczna, fantastyka, muzyka jazzowa i klasyczna oraz nowoczesne technologie cyfrowe.

-
Publikacja dofinansowana przez Fundację “Pomoc Polakom na Wschodzie”
Redaktor naukowy: dr S.Leończyk
Skład i łamanie: KorolArt
www.rodacy.ru\syb.htm - tu znajdziesz pełną wersję książki
Nakład: 300 egz.
Wydanie I
© KorolArt 2007

ODPOWIEDZ

Wróć do „II Wojna Światowa ogólnie”