Ze Lwowa przez Kazachstan do Berlina

1 września 1939 roku Niemcy haniebnie zaatakowali Polskę. Polacy stanęli do nierównej, heroicznej walki o stawkę większą niż życie - niepodległość. Z "pomocą" Polsce przyszły zachodnie mocarstwa. Efekty tej pomocy odczuwamy do dziś.
Awatar użytkownika
MaciekWielki
Posty: 172
Rejestracja: 18 mar 2011, 17:39

Ze Lwowa przez Kazachstan do Berlina

Post autor: MaciekWielki » 29 gru 2012, 07:22

Podczas II wojny światowej obaj moi dziadkowie walczyli z niemieckim agresorem, jednak jakże odmienne były ich trudne losy. Dziadek Henryk walczył na froncie zachodnim – był saperem w 1 Dywizji Pancernej gen. Maczka, a dziadek Jan wojował na froncie wschodnim jako żołnierz armii kościuszkowskiej, był kierowcą w stopniu szeregowca. Ich życie w tych latach zostało całkowicie zdeterminowane przez Historię.

- W 1939 roku najpierw weszli do nas Niemcy, nie Rosjanie – opowiadał dziadek Jan, który wtedy, jako 18-latek, mieszkał na wsi Dobrzany pod Lwowem, niedaleko Gródka Jagiellońskiego (dzisiejszy Horodok na Ukrainie). Następnie, kiedy Niemcy podpisali z Rosjanami traktat o przyjaźni i granicy z 28 września 1939 roku, wojska hitlerowskie wycofały się z tych terenów, zabierając poległych. – Co ciekawe, zdarzały się wtedy pod Lwowem nawet potyczki między Rosjanami a Niemcami, bo wojsko radzieckie chciało iść dalej, a Niemcy początkowo nie ustępowali – mówił dziadek. Jednak szybko zrealizowano niemiecko-radzieckie porozumienie i Niemcy się wycofali. Jak tylko weszli Rosjanie, NKWD aresztowało mojego pradziadka Michała, który był zastępcą wójta, a potem sołtysem. Został osadzony w więzieniu w Gródku Jagiellońskim, bo był „wragiem naroda” (wrogiem narodu), mimo że nie należał do żadnej partii w przedwojennej Polsce. Z kolei dziadka władza radziecka aresztowała w kwietniu 1940 roku. – Prikaz (rozkaz) był taki, że jak ojca posadzili, to nas też musieli aresztować – wspominał dziadek Jan. – Nic nam nie powiedzieli, czym zawiniliśmy, NKWD po prostu weszło do domu i kazało się zbierać. Można było wziąć tylko to, co uniosłeś ze sobą. Cała rodzina została załadowana na nasze dwie furmanki: ja, trzech braci, mama Maria i siostra ojca Ewa, która przypadkowo wtedy u nas nocowała. Mama wzięła dwie pierzyny i dwie poduszki oraz jedzenie. Nic więcej nie pozwolili zabrać z sobą. Zostaliśmy załadowani do pociągu. Śmiali się, że wiozą nas na „białe niedźwiedzie” i kłamali, że jedziemy do ojca – opowiadał dziadek.

Dom dziadka przepadł na rzecz skarbu państwa, a cały inwentarz – konie, krowy oraz ziemię zabrano do nowo utworzonego kołchozu. W Dobrzanach niejacy Jabłonowscy mieli dwór, który też został zabrany. Dziedzic Jabłonowski był oficerem i walczył w kampanii wrześniowej. Dziadek nie wiedział, co się stało z nim dalej. Mógł zginąć w Katyniu. Rodzina Jabłonowskiego – żona i córka Hania – też wyjechała stamtąd.

Deportacja do Kazachstanu odbywała się specjalnym, nieplanowanym pociągiem towarowym, który często się zatrzymywał na różnych stacjach. Warunki były obozowe. Pasażerowie spali na piętrowych pryczach umiejscowionych po obu stronach wagonów. W kącie wagonu za zasłoną była prymitywna toaleta. Po około trzech tygodniach zesłańcy dojechali do miasta obwodowego Kustanaj (dziś 240 tys. mieszkańców) w północnym Kazachstanie. Dalej nie było torów. Zostali przewiezieni samochodami około 40-60 km do wioski, i kazali iść, gdzie kto chciał. Nie wskazano im nawet miejsca do spania. Była to wioska, gdzie mieszkało dużo Niemców, którzy osiedlili się tam jeszcze za caratu i utrzymywali się z pracy na roli. Dziadek, jako że był najstarszym z braci, próbował coś zorganizować. Na skraju wsi znalazł starą, opuszczoną ziemiankę. Tam wspólnymi siłami urządzili prycze i zbudowali piec, aby gotować posiłki.

Deportowani byli „spiecpieriesielencami” (specjalnymi przesiedleńcami). Kiedy przyjechali do Kazachstanu, to miejscowa ludność organizowała święto z okazji 1 maja. Zaprosili Polaków, aby pokazać im, jak Rosjanie i Kazachowie wesoło się bawią i jaką wspaniałą cieszą się wolnością pod komunistycznymi rządami.

Zesłańcy zostali zmuszeni do pracy przy zaporze na rzece. W rejonie tym nie budowano studni, a całą wodę czerpano właśnie z rzeki. Kazano im wbijać słupy na głębokość 4 metrów w bardzo twardą ziemię, którą rozbijali specjalnymi toporami, kopać rowy i kanały. Robotnicy nie dostawali za swoją pracę żadnego wynagrodzenia i był przymus pracy, więc praktycznie byli niewolnikami. Później dziadek pracował w kołchozie, gdzie zajmował się zwierzętami: krowami, świniami, końmi. Tam również nie płacono, bo wypłatę dostawali tylko członkowie kołchozu. Za pracę zaliczano tzw. „trudodni” (dniówki obrachunkowe). Na przykład jak wykonało się 200% normy, to miało się zaliczone dwa dni pracy. Następnie przy zbiorze zboża, po odliczeniu kontyngentu na rzecz państwa, ziarna na przyszłoroczne zasiewy, doli dla przewodniczącego, brygadzistów itp., reszta była rozdzielana według zaliczonych „trudodni”. Niewiele tego było – 10, 20, 30 dkg pszenicy na „trudodzień”, a czasami nic nie zostawało.

– Nami kierowało NKWD, które stacjonowało 40 km od wsi, bez ich zgody nie wolno nam było nigdzie się ruszyć – wspominał dziadek Jan. Pewnego dnia dowiedział się, że w innym powiecie, ale w tym samym obwodzie kustanajskim jest sowchoz, gdzie za pracę wypłacano pieniądze. Wraz z Piotrkiem, innym Polakiem, postanowił iść piechotą te 40 km do NKWD, aby pozwolono im przenieść się wraz ze swoimi rodzinami do tamtego powiatu. Maszerowali od wczesnego ranka do pory obiadowej. NKWD wyraziło zgodę i na wiosnę 1941 roku cała rodzina przeniosła się 6 km dalej do innej wsi. Tam dziadek pracował na traktorze. Jego brat Stefan jeździł na kosiarce i urządzenie ucięło mu palec prawej dłoni. Ale w sowchozie chociaż płacono za pracę gotówką. Ponadto dostawało się 60 dkg chleba na pracującego, a 30 dkg dla osoby niepracującej w danej rodzinie. Jak ktoś dobrze pracował, to mógł otrzymać dodatkowo przydział na parę kilogramów mąki, z której robiło się kluski. Mimo to panował tak przerażający głód, że jesienią zbierano nawet ziarna zbóż, pozostawione w polu przez kombajn, które następnie mielono młynkiem domowej roboty. Ciotka przynosiła też w nogawkach spodni ziarno, które wynosiła z magazynów, gdzie pracowała przy jego sortowaniu na nasienie. Z tego pieczono placki i gotowano zupę. Inni ludzie zakładali przydomowe ogródki, gdzie sadzili ziemniaki, warzywa, hodowali krowy, które dawały mleko. Doświadczony głodem, dziadek do końca życia (zmarł w 1999 roku) powtarzał, że nie może się marnować nawet okruszek chleba.

Lata były krótsze, ale cieplejsze niż w Polsce, a zimy były bardzo ciężkie, długie, a temperatura spadała nawet do minus 50 stopni! Aby ogrzać ziemiankę musiała wystarczyć słoma. Mieszkający w tamtym rejonie Polacy nie mieli kontaktu ze światem, nie wiedzieli, co się dzieje, bo ani nie dochodziły gazety, ani nie było radia, ani tym bardziej telewizji. Jednak coś się zmieniało na lepsze, bo jesienią 1942 roku wypuszczono mojego pradziadka Michała z więzienia (prawdopodobnie w związku z podpisanym jeszcze w 1941 roku układem Sikorski-Majski). Przywieziono go do reszty rodziny do Kazachstanu. Pod koniec 1943 roku zesłańcy zaczęli otrzymywać także paczki z UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration – Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy), w których była żywność, ubranie, buty. Kiedy dziadek odbierał po raz kolejny paczkę pomocową 40 km od wsi, gdzie mieszkał, dowiedział się, że stworzyła się polska armia pod dowództwem gen. Władysława Andersa, ale to już było za późno – polscy żołnierze opuścili ZSRR latem 1942 roku. Później pracował także w „trudarmii” (armii pracy).

Dnia 16 marca 1943 roku dziadek Jan został wcielony do Armii Czerwonej. Najpierw przebywał w Moskwie w piechocie, a następnie jego jednostka została wycofana na tyły, gdzie odbywał ćwiczenia wojskowe. Władza radziecka nie dowierzała Polakom i dlatego nie posyłała ich na front do walki z Niemcami. Po roku dziadek dowiedział się, że stworzyła się polska armia w ZSRR pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga. Powiedział dowódcy batalionu, a równocześnie politrukowi (kierownik polityczny – osoba kierująca pracą polityczno-wychowawczą w wojsku radzieckim), że chciałby iść do polskiego wojska. Ten kazał napisać odpowiedni wniosek bezpośrednio do siebie, pomijając dowódcę plutonu i kompanii. Tydzień później politruk wyraził zgodę na prośbę dziadka. Kiedy dowiedział się o tym dowódca kompanii, w której służył dziadek, groził mu za to, że to nie jemu przedstawił swoją prośbę. Jednak nigdy więcej dziadek Jan nie miał z nim kontaktu.

W marcu 1944 roku dziadek pojechał do Sum (dzisiejsza północna Ukraina), gdzie organizowano polską armię. 2 maja został przyjęty w jej szeregi. W związku z tym, że był deficyt kierowców, a dziadek umiał jeździć na traktorze, od razu przydzielono mu amerykańską ciężarówkę – studebaker. Po miesięcznym przeszkoleniu został przerzucony na front. Najpierw służył w 18 pułku przeciwlotniczym, gdzie dowoził walczącym wojskom zenitki – działa przeciwlotnicze na kołach. Miało to miejsce na wschodnich terenach Polski – Chełm, Lublin. Od samego początku były częste, codzienne naloty niemieckich samolotów, najczęściej na kolumny wojska, obiekty militarne, magazyny. Samochody i czołgi zakopywano, żeby ich nie było widać i maskowało się je drzewem i gałęziami. Sami żołnierze zaś chowali się przed atakami samolotów w rowach. Pewnego dnia uderzyła bomba, był mocny podmuch i dziadka przysypała ziemia i błoto. Przez dwa tygodnie ranny, nieprzytomny, oszołomiony leżał w szpitalu polowym. Potem żałował, że nie wziął zaświadczenia o tym wydarzeniu, bo dostałby wyższą emeryturę, ale o tym się wtedy nie myślało. Po tym wypadku wrócił do swojej jednostki. Wraz z armią radziecką przez ponad trzy miesiące stał w Rembertowie i na Pradze w czasie powstania warszawskiego. – Polscy żołnierze chcieli pomóc walczącej Warszawie. Gen. Berling dał nawet rozkaz przedarcia się przez Wisłę, przeprawił się nawet jeden batalion piechoty, ale dowództwo Armii Czerwonej nakazało natychmiastowe wycofanie sił – opowiadał dziadek.



W październiku 1944 roku z 16 zisów sformowano 26 samodzielną kompanię samochodową przy sztabie armii, której zadaniem było dowożenie ropy i benzyny na front dla czołgów i samochodów. Stało się to konieczne, bo Niemcy, wycofując się, pozrywali linie kolejowe. Zakładali do parowozu specjalne haki, które rwały tory wraz z podkładami kolejowymi.

Podczas ofensywy na Warszawę dziadek przejeżdżał przez most pontonowy – budowano takie mosty, ponieważ wszystkie były zniszczone przez wycofujących się Niemców – na drugą stronę Wisły. Nagle zaczął się nalot Luftwaffe. W ostatniej chwili udało się dziadkowi uciec. Schronił się w budynku banku, gdzie na podłodze leżały stosy pieniędzy – przedwojennych polskich złotówek. Niestety, jak przyjrzał się im bliżej, to okazało się, że wszystkie były przedziurkowane.

Innym razem dziadek też musiał uciekać przed niemieckimi strzałami: – Raz byłem w tarapatach. Wiozłem benzynę okopanym w lesie czołgom. Nagle Niemcy zaczęli strzelać pociskami zapalającymi z lasu. Na szczęście udało mi się uciec i nic mi się nie stało. Okazało się, że były to jakieś niedobitki żołnierzy Wehrmachtu, którzy kryli się po stodołach. Następnego dnia rano zostali oni okrążeni i rozbici.

Z Warszawy szlak bojowy wiódł przez Poznań, gdzie polskie wojsko długo stało, a następnie takie miejscowości, jak Deutsch Krone (dzisiejszy Wałcz), Regenwalde (dzisiejsze Resko), Kołobrzeg, forsowanie Odry i na Berlin.

W styczniu 1945 roku dziadek zachorował, przez kilka dni miał gorączkę i ta gorączka uratowała mu prawdopodobnie życie. Jego samochodem jeździł inny żołnierz. Potem dziadek widział ten samochód spalony z zabitym żołnierzem w środku. Inny jego kolega też zginął w ostatnich dniach wojny. Tak pechowo wystrzelił z pancerfausta – niemieckiego działa przeciwczołgowego, że rozerwało jego ciało na strzępy.

Pod koniec wojny jednostka dziadka stacjonowania w Bernau pod Berlinem. Żołnierze zajmowali jedną stronę ulicy willowej, podczas gdy mieszkańców tych domów przesiedlono na stronę przeciwległą. Wtedy dziadek jeździł na zwiady – rozpoznawać przeciwnika. Pewnego dnia kapitan kazał mu wieść się na rekonesans. Zauważyli, że przez front przedostała się niemiecka dywizja pancerna – 16 czołgów. Mimo że Berlin był już okrążony, Niemcy nie chcieli się poddać. W końcu dywizja została rozbita przez polskie wojsko.

Na terenie przedwojennych Niemiec ludzie uciekali przed zbliżającym się frontem. Domy były puste, z pozostawionym jedzeniem i ryczącym inwentarzem. Niemiecki majątek żołnierze traktowali jak łupy wojenne. Zabijali świnie, które następnie były przygotowywane do zjedzenia. Co znamienne, wygłodzeni polscy żołnierze, nieprzyzwyczajeni do jedzenia mięsa, szybko dostawali rozwolnienia.

Po zakończeniu wojny dziadek stał w Berlinie jeszcze przez trzy miesiące. Z Berlina jednostka dziadka wraz ze sztabem armii przyjechała do Katowic, gdzie stali w koszarach. Nie trzeba już było wozić paliwa, więc kompanię samochodową rozwiązano. Dnia 30 sierpnia 1945 roku dziadek został przeniesiony do 2 samodzielnego batalionu samochodowego w Świętochłowicach, gdzie również nie był długo, bo ta jednostka też została zlikwidowana. Wtedy od 3 października 1945 roku jeździł na studebakerze jako kierowca przy sztabie armii, aż do 23 kwietnia 1946 roku, kiedy poszedł do cywila.

Kiedy skończyła się wojna, rodzina mojego dziadka nadal przebywała w Kazachstanie. Jednak rodziny żołnierzy miały pierwszeństwo powrotu z zesłania. Dziadek wysłał im specjalne zaświadczenie. Przyjechali pociągiem do Brześcia. Dziadek otrzymał nawet przydział 10-hektarowego gospodarstwa poniemieckiego w rejonie Zgorzelca, ale zrezygnował z niego. Został w Katowicach. Natomiast reszta rodziny chciała wrócić do Dobrzan. Po kryjomu dali łapówkę, komu trzeba było, i uciekli z pociągu przesiedleńczego, żeby nie jechać na tereny poniemieckie. Okazało się, że stodoły i chlewy były rozebrane, a w domu w Dobrzanach mieszkał kto inny, bo po zarekwirowaniu władza radziecka sprzedała majątek. Pradziadek Michał z powrotem wykupił swój dom i rodzina, już bez Jana, wróciła pod Lwów, gdzie ich potomkowie mieszkają do dzisiaj.

Podziękowanie od Roli-Żymirskiego za forsowanie Odry

Podziękowanie od Stalina za udział w walkach o Kołobrzeg

Podziękowanie od Stalina za udział w walkach o Pomorze Zachodnie

Przydział gospodarstwa na ziemiach odzyskanych

Nadanie orderu za Odrę, Nissę i Bałtyk

* Artykuł ten został opublikowany w nr 2 miesięcznika „Opcja na Prawo” z 2006 r.

ODPOWIEDZ

Wróć do „II Wojna Światowa ogólnie”