Męczennik Maksymilian Kolbe

Obszerny opis dziejów całości życia oraz dokonań wybitnej postaci.
Awatar użytkownika
historyk
Posty: 334
Rejestracja: 19 lis 2010, 20:35

Męczennik Maksymilian Kolbe

Post autor: historyk » 18 maja 2013, 02:41

Siedemnastego lutego 1941 roku około dziewiątej rano na teren Niepokalanowa wjechały dwa samochody. Nie była to kurtuazyjna wizyta. Ludzie, którzy z nich wysiedli, nosili mundury SS. Tylko jeden ubrany był po cywilnemu.
Powiadomiony telefonicznie o ich przybyciu, ojciec Kolbe przez chwilę był zaskoczony. Zaraz jednak powierzył się opiece Niepokalanej. Następnie wyszedł gościom naprzeciw, przywitał się z nimi i zapytał o powód wizyty. Niemcy zaczęli go wypytywać o kształcenie młodych księży, zarzucając mu, iż prowadzi nielegalne seminarium duchowne. Ojciec Maksymilian Maria odparł, że od początku wojny nie przyjęto do klasztoru nikogo nowego.
Czy esesmani słuchali, co mówi? Wystarczył im przecież pretekst. Po wezwaniu jeszcze kilku braci oznajmili zebranym, że są aresztowani, i kazali im wsiadać do auta. Wymieniając nazwisko ojca Kolbego, ubrany po cywilnemu gestapowiec zauważył, iż brzmi ono z niemiecka. Ojciec Maksymilian miał odpowiedzieć, że wprawdzie jego dziadek przyjechał z Niemiec, on jednak urodził się w Polsce i jest Polakiem. Wraz z ojcem Kolbem aresztowano czterech innych braci.
Aresztowanie
Nie dowiemy się nigdy, o czym myślał założyciel Niepokalanowa w chwili, gdy na zawsze opuszczał mury klasztoru. Jedno jest pewne: spodziewał się aresztowania. W noc poprzedzającą zatrzymanie zachowywał się inaczej niż zwykle. Po północy obudził brata Pelagiusza Popławskiego, aby dokończyć rozpoczętą w dzień rozmowę i poprosić go, by pozostał wierny Chrystusowi i Niepokalanej. Około czwartej nad ranem obudził kolejnego zakonnika, brata Rufina Majdana, i przytulił go do serca. Miał na sobie odświętny habit. Wieczorem szesnastego lutego spotkał się z pięcioma braćmi, z którymi pracował jeszcze w Grodnie. Wyjaśniał im w przejrzysty sposób związek pomiędzy Trójcą Świętą a Matka Chrystusa. Wspólnie zjedli ostatni posiłek.
Siedemnastego lutego po południu ojciec Maksymilian znalazł się w więzieniu na Pawiaku.
Doszedłszy do siebie, niepokalanowscy bracia powiadomili władze zakonne o aresztowaniu ojca Kolbego i jego towarzyszy. Prowincjał próbował dowiedzieć się czegoś od władz, jednak nie wyjawiono mu zbyt wiele. Pracująca pod przymusem dla gestapo zakonnica przekazała wszakże straszną wieść: ojciec Kolbe został aresztowany na skutek zdradliwego donosu. Oskarżono go o spiskowanie przeciw władzom okupacyjnym, na co znaleziono ponoć dowody. Obciążające zeznanie dostarczono w końcu prowincjałowi, który wciąż domagał się wyjaśnień. Złożyć je miał były zakonnik z Niepokalanowa, brat Gorgoniusz Rembisz. Został on wydalony z klasztoru na początku wojny. Wrócił do rodzinnego miasteczka, gdzie wkrótce po deportowaniu ojca Kolbego został wezwany na przesłuchanie do gestapo.
Po wojnie były brat Rembisz zeznał, że przesłuchanie dotyczyło antyniemieckich wypowiedzi jego przełożonego. Miał wszystkiemu zaprzeczyć, a następnie podpisał protokół. Mówił wyłącznie po polsku, tymczasem protokół spisano w języku niemieckim. Nie mając pod ręką Judasza, gestapo sfabrykowało go sobie bez jego wiedzy. Ojciec Kolbe nie miał szans na wydostanie się z tej pułapki. Dwudziestego szóstego lutego 1941 roku dwudziestu braci zwróciło się do komendy policji w Warszawie, ofiarowując się w charakterze zakładników w zamian za ojca Kolbego. Ta szlachetna próba była z góry skazana na niepowodzenie. Mogła wręcz przynieść jeszcze gorszy skutek. Celem był ojciec Kolbe, reszta - jedynie pretekstem.
Trzy przyczyny
Postulator w sprawie ojca Maksymiliana wspomina jeszcze trzech innych możliwych powodach aresztowania. Pierwszym były publikacje na łamach „Małego Dziennika”, w których oskarżano Niemcy nazistowskie o prowadzenie hegemonistycznej polityki i prześladowanie katolików. Drugiego wyjaśnienia należałoby szukać w rozwoju sytuacji politycznej. Hitler planował zerwanie paktu Ribbentrop-Mołotow i uderzenie na Związek Radziecki. Polska była dlań teraz ważnym zapleczem. Niemcy nie chcieli tu żadnych kłopotów, więc eliminowali wszystkich, którzy mogliby zachęcać do stawiania oporu. Zdaniem ojca Ricciardiego jest to główna przyczyna aresztowania ojca Kolbego. Wspomina jednak jeszcze o trzeciej możliwości. Otóż władze okupacyjne miały powierzyć zarząd dobrami teresińskimi, na których terenie leżał Niepokalanów, polskiemu kolaborantowi. Ten zamieszkał w klasztorze i sprowadził sobie kochankę. Ojciec Kolbe miał zażądać od niego, by opuścił celę. Zdaniem kilku zakonników z Niepokalanowa ów zarządca nie mógł mu tego darować i przyspieszył jego aresztowanie.
Wydaje się, że to osobowość założyciela Milicji i aura otaczająca jego apostolską działalność prasową były prawdziwym zagrożeniem dla nazistów. Już pierwsze aresztowanie dowiodło, że Niemcy wiedzieli, z kim mają do czynienia. Inwazja na ZSRR czy urażona duma kolaboranta nie odegrały większej roli. Naziści potrzebowali pretekstu i znaleźli go w 1941 roku, fabrykując zeznanie biednego brata Gorgoniusza Rembisza.
W więzieniu na Pawiaku
Pięciu zakonników zamknięto najpierw w dużej celi, w której siedziało już kilkunastu innych więźniów. Ojciec Kolbe był nad wyraz spokojny i starał się pocieszać towarzyszy niedoli. Dwudziestego czwartego lutego wysłał z Pawiaka pierwszą kartkę pocztową. Pisał po niemiecku - zgodnie z rozkazem władz więziennych. Nie mógł informować swych korespon-dentów o stanie zdrowia ani o sytuacji za kratami. Poczta była cenzurowana. W kartce prosił zatem jedynie o ubrania i pieniądze. Trzynastego marca wysłał podobną kartkę do brata Arnolda Wędrowskiego; dziękował w niej za paczki z bielizną i dodawał: „Niech wszyscy Bracia dużo i dobrze się modlą, pilnie pracują i niech się nie martwią, ponieważ bez wiedzy i woli Dobrego Boga i Niepokalanej Dziewicy nic się stać nie może”. Ani słowa o tym, jak się czuje. Tymczasem oddzielono go od innych więźniów i wsadzono do celi razem z niejakim Janem Szegidowiczem - muzułmaninem pochodzenia tatarskiego. Pomimo różnicy wyznania obaj traktowali się z wzajemnym szacunkiem. W marcu przeniesiono ojca Kolbego na oddział piąty do celi numer 103. Tu po kilku dniach został pobity. Na widok zakonnika w habicie, przepasanego sznurem z koronką franciszkańską i krzyżykiem, strażnik więzienny wpadł w szał. Chwycił za krzyż i zaczął nim okładać ojca Maksymiliana. Zapytał: „Czy wierzysz w Chrystusa?” „Tak” - padła odpowiedź. Tym razem strażnik uderzył ojca Kolbego w twarz. Ponowił pytanie i usłyszał tę samą odpowiedź. Jeszcze jeden cios i identyczna spokojna replika. Na koniec strażnik wybiegł wzburzony z celi, ojciec Kolbe zaś pogrążył się w modlitwie. Naoczny świadek sceny, Edward Gniadek, zeznał później, iż próbował pocieszać zakonnika, ten jednak odparł: „Proszę się nie denerwować, pan ma wiele własnych kłopotów, a to, co się stało, nie jest nic takiego, bo to wszystko dla Mateczki Niepokalanej”.
Muzeum więzienia na Pawiaku (fot. Thunderman83/wikipedia.pl)
Jak wyglądały przesłuchania ojca Kolbego? Jakim naciskom psychicznym był poddawany? Nie wiemy. Z kartki datowanej na drugi kwietnia 1941 roku dowiadujemy się, że przebywał w izbie chorych. W kartce z pierwszego maja donosił, że znalazł zatrudnienie w bibliotece, i przypominał: „Dziś zaczyna się piękny miesiąc maj, który jest poświęcony Matce Bożej”. Ostatnią kartkę z Pawiaka zaadresował dwunastego maja do wspólnoty w Niepokalanowie: „Proszę mi przysłać ubranie cywilne. Piszę to z polecenia pana komendanta”. Nawet w więzieniu nie zapomina o tym, co było wielkim celem całego jego życia: „Pozwólmy się wszyscy Niepokalanej coraz doskonalej prowadzić, gdziekolwiek i jakkolwiek Ona nas chce postawić, aby przez dobre spełnianie naszych obowiązków przyczynić się do tego, aby dla Jej miłości wszystkie dusze zostały pozyskane”.
W obozie śmierci
Dwudziestego ósmego maja 1941 roku trzystu dwudziestu więźniów z Pawiaka załadowano do wagonów, które natychmiast zaplombowano. Ściśnięci do granic możliwości w pozbawionym otworów okiennych wagonie, nie wiedzieli, dokąd są przewożeni. W śmiertelnej ciszy rozległ się głos ojca Maksymiliana, który zaintonował pieśń religijną. Wieczorem pociąg dotarł do miejsca przeznaczenia. Esesmani kazali więźniom wysiąść. Całą grupę popędzono dwa kilometry - wśród krzyków, przekleństw i ujadania psów - aż do obozu. Czy więźniowie mieli siłę spojrzeć na słynny, okrutnie ironiczny napis na bramie obozu: Arbeit macht frei?. Na placu apelowym tłumacz obozowy wyczytywał nazwiska, a wywołani musieli biec między ustawionymi w szeregu esesmanami, bici i kopani. Pierwszą noc więźniowie spędzili w ciasnej izbie na bloku, który niebawem miał się stać obozem Auschwitz I. Wedle niektórych świadectw wieść o przybyciu ojca Kolbego szybko rozeszła się wśród więźniów. Jednym dodawała otuchy, innych niepokoiła, był to bowiem znak, że Niemcy nie cofną się przed niczym. I rzeczywiście - nic nie było w stanie ich powstrzymać. Deportowani wiedzieli o tym od samego początku. Zastępca komendanta obozu Karl Fritzsch w „powitalnym” przemówieniu zapowiedział, że jeśli w transporcie są Żydzi, to nie mają prawa przeżyć tu dłużej niż dwa tygodnie. Jeśli są księża - mogą żyć jeden miesiąc.
Numer 16670
Następnego ranka osłupiałych z przerażenia i wyczerpanych więźniów zaprowadzono do łaźni, ogolono i kazano im włożyć pasiaki, do których przyszyty był numer obozowy. Dla swoich katów ojciec Kolbe był odtąd numerem 16670. Następnie, ledwie ubranych i zziębniętych, przydzielono do odpowiednich bloków. Numer 16670 trafił wraz innymi sześciuset więźniami do dwupiętrowego budynku z cegły zwanego blokiem osiemnastym. Komendant obozu miał rację: więźniowie nie przybyli do sanatorium, lecz do obozu pracy. Ojciec Kolbe miał wozić piasek i kamienie.
Trzydziestego pierwszego maja numer 16670 trafił do komanda Babice. Kapo tego komanda, Heinrich Krott, otrzymał rozkaz, by „księży darmozjadów” nauczyć pracować jak należy. W Babicach więźniowie grodzili płot wokół pastwiska, dźwigając gałęzie i belki. Przez dwa pierwsze tygodnie czerwca 1941 roku ojciec Kolbe musiał nosić ogromne bale drogą pełną wertepów, i to jak najszybciej. Za każdym razem, gdy chciał zaczerpnąć tchu, otrzymywał cios, pod którym upadał, krwawiąc. Gdy jakiś współwięzień chciał mu pomóc - odmawiał, tłumacząc, że obaj zostaną pobici, a jemu i tak pomoże Niepokalana.
Brama wejściowa do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz (fot. Logaritmo/wikipedia.pl)
Wśród razów, zimna i wyczerpującej pracy ojciec Kolbe zachowywał spokój i pogodę ducha. Gdy tylko mógł, pomagał towarzyszom niedoli, mówiąc im o Bogu i Niepokalanej, spowiadając i dzieląc się swoją racją żywnościową. Jak pisał André Frossard, „oddawał wtedy własne życie, własne ciało”. Oddanie jedzenia w obozie koncentracyjnym oznaczało zgodę na śmierć.
Wielu współwięźniów zachowało z tego czasu obraz człowieka wychudzonego, z pochyloną głową, o jasnym i spokojnym wzroku, który strażników doprowadzał do wściekłości. Mieczysław Kościelniak poznał ojca Kolbego dwunastego czerwca 1941 roku, w dzień Bożego Ciała. Narysował wcześniej dla niego dwa obrazki, przedstawiające Chrystusa i Maryję, które franciszkanin nosił przy sobie, ryzykując życie. Gdy je gubił, malarz rysował kolejne, szczęśliwy, że może oddać przysługę ojcu Kolbemu. Podczas spotkania kapłan miał mu powiedzieć: „...przecież duszy w nas nie zabito, przecież my, pasiaki, nie jesteśmy czymś innym od naszych prześladowców, godności w nas nie zabito, godności katolika, Polaka”. Pozostając dzieckiem Boga w tym piekle na ziemi, ojciec Kolbe modlił się półgłosem za zmarłych, których wywożono do krematorium.
Przed śmiercią ojciec Kolbe doznał wielu bolesnych i okrutnych upokorzeń. Tuż po przybyciu do obozu musiał wozić taczką żwir. Kapo zauważył, że rozmawia z jednym ze współtowarzyszy niedoli, i natychmiast wyznaczył karę: kazał ojcu Maksymilianowi pchać taczkę ze żwirem i siedzącym na nim więźniem. Na koniec wymierzył obydwu po dziesięć kijów. W Babicach kapo Krott upatrzył sobie ojca Kolbego na ofiarę: sam nakładał mu gałęzie na plecy i nakazywał biegać z tym ciężarem. Gdy więzień upadał, traktował go kopniakami. Podczas przerwy obiadowej kazał zakonnikowi położyć się na kłodzie drzewa, po czym wymierzył mu pięćdziesiąt razów. Ojciec Kolbe przestał się ruszać. Krott zepchnął go w błoto i przykrył stertą gałęzi. Pod koniec dnia towarzysze musieli zanieść pobitego do obozu.
Przedsionek śmierci
Nazajutrz ojciec Kolbe znalazł się w obozowym szpitalu. Twarz miał napuchniętą, siniaki pod oczyma, a do tego wysoką gorączkę. Nie mógł się poruszyć. Nic dziwnego, że w tych nieludzkich warunkach znów dała o sobie znać nieodłączna towarzyszka - gruźlica. Drugiego lipca 1941 roku ojciec Kolbe trafił na prześwietlenie płuc. Wysłano go do bloku dwudziestego, w którym leżeli cierpiący na choroby zakaźne. Więźniów tych, niedożywionych i skrajnie wyczerpanych, nazywano muzułmanami. Był to, innymi słowy, przedsionek śmierci. Lekarze zastanawiali się, czy ojciec Kolbe nie zachorował przypadkiem na tyfus. Pozostał więc na obserwacji, wykorzystując każdą okazję, by wspierać na duchu innych, bliskich śmierci więźniów. Ze swego łoża boleści błogosławił umierających, udzielając im warunkowego rozgrzeszenia. Wieczorami lub nocą do jego pryczy podchodzili ci, którzy mieli na to siłę. Ojciec Kolbe spowiadał ich lub po prostu z nimi rozmawiał. Zapewniał o opiece Maryi, dzielił się resztkami chleba. Dla wszystkich był po prostu „ojczulkiem”. Ksiądz Konrad Szweda, który był wtedy pielęgniarzem na oddziale zakaźnym, zapamiętał, że ojciec Maksymilian potrafił zrezygnować nawet z kubka herbaty. Podczas pobytu w szpitalu – trwającego prawdopodobnie do dwudziestego lipca - bliski śmierci franciszkanin odprawił nawet dwie msze. Mógł tego dokonać dzięki Henrykowi Sienkiewiczowi - więźniowi, który miał kontakt z obsługą cywilną obozu. Sienkiewicz nie tylko dostarczył ojcu Kolbemu około trzydziestu cudownych medali-ków, które ten rozdawał współwięźniom, lecz udało mu się również zdobyć hostię. Franciszkanin mógł więc odprawić mszę dla trzydziestu więźniów. Otoczony ludźmi na wpół umarłymi, w atmosferze najczystszej nienawiści, ojciec Kolbe dochowywał wiary w ideał miłości, powtarzając nieustannie, pomimo utraty sił, że „nienawiść nie jest siłą twórczą. Siłą twórczą jest miłość”.
Większość chorych z bloku dwudziestego trafiała wprost do krematorium. Ojca Kolbego - mimo że nie został wyleczony - wysłano jednak do bloku dla inwalidów. Tym razem była to umieralnia. Umierano w niej powoli: chory nie był leczony i otrzymywał tylko połowę racji żywnościowej. Ojciec Kolbe przebywał tu około tygodnia. Prawdopodobnie w niedzielę dwudziestego siódmego lipca wygłosił swe ostatnie kazanie i udzielił rozgrzeszenia. Nazajutrz raz jeszcze udał się na prześwietlenie płuc, po czym przeniesiono go po raz kolejny, tym razem do bloku czternastego.
Ucieczka
Kilka dni później z bloku, w którym umieszczono ojca Maksymiliana, uciekł więzień. Wcześniej udało się to już dwóm innym, więc teraz strażnicy wpadli w szał. W myśl przepisów obozowych za jednego uciekiniera skazywano na śmierć głodową dziesięciu więźniów. Ucieczkę stwierdzono podczas wieczornego apelu. Zgromadzonych na placu nieszczęśników ogarnął strach: strażnicy biegali w podnieceniu, wyły syreny. Więźniowie stali na baczność do dwudziestej pierwszej, po czym kazano im się rozejść. Rozdano nawet dodatkową rację żywnościową. Wszystkim, z wyjątkiem więźniów z bloku czternastego. Po nocy pełnej obaw głodni, przerażeni ludzie znów stanęli szeregiem na placu. Blok czternasty nie poszedł do pracy. Więźniowie musieli stać na baczność przez cały dzień, z krótką przerwą na zupę. Wielu upadało ze zmęczenia na ziemię. Wtedy wynoszono ich z szeregów. Jak przetrwał to ojciec Kolbe - nie sposób odgadnąć. Pod koniec dnia, gdy pozostałe komanda wróciły już z pracy i stawiły się na wieczorny apel, do więźniów podszedł Schutzhaftlagerführer Karl Fritzsch, zastępca komendanta obozu Auschwitz-Birkenau, Rudolfa Hössa. Jego obecność świadczyła o tym, że zbiega nie znaleziono i niebawem dziesięciu więźniów otrzyma wyrok śmierci.
Karl Fritzsch (Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.5.) Urodzony dziesiątego lipca 1903 roku Karl Fritzsch był gorliwym nazistą. Do partii zapisał się w roku 1930 (numer legitymacji 261135), a potem wstąpił do SS (wpis numer 7287). Dosłużył się stopnia kapitana (SS-Hauptsturmführera), a mimo to był człowiekiem sfrustrowanym. Nie miał wykształcenia, tułał się w poszukiwaniu posady z jednego końca Niemiec na drugi. Auschwitz nie był pierwszym obozem koncentracyjnym, w którym pracował. W latach 1933-1940 zatrudniano go w Dachau. Okazał się wyjątkowym sadystą. Więźniom z bloku czternastego oświadczył krótko, że skoro uciekinier nie wrócił, dziesięciu spośród nich pójdzie na śmierć. Zaczął się przechadzać od szeregu do szeregu, wybierając ofiary. Wskazany więzień występował trzy kroki przed szereg, po czym odchodził na bok. Ci, których Fritzsch pominął, oddychali z ulgą, nie mogąc uwierzyć, że los ich oszczędził. Esesman zaś szedł dalej, napawając się widokiem przerażonych twarzy. Kontynuując wyrafinowaną torturę, dotarł w ten sposób do piątego szeregu. Stanął przed jednym z więźniów, sprawdził stan jego uzębienia, jakby badał konia, i... rozmyślił się. Minął ojca Kolbego i wkrótce wybrał dziesiątą ofiarę. Pozostali odetchnęli, współczując nieszczęsnym towarzyszom niedoli.
Sierżant Franciszek Gajowniczek
Wtem rozległ się szloch. Jeden z więźniów wołał, że osieroci dzieci i żonę. Stanąwszy w obliczu tego co nieuchronne, sierżant wojska polskiego Franciszek Gajowniczek myślał o rodzinie i prosił, by nie skazywano go na śmierć. Czymże były jego łzy i błagania wobec nienawistnej obojętności esesmanów, dla których był jedynie więźniem jak każdy inny, czyli ludzkim ścierwem? Nagle z szeregów wystąpił pochylony mężczyzna i ruszył w kierunku Fritzscha. Kapo kazał mu się zatrzymać, strażnicy wycelowali weń karabiny i nawet zastępca komendanta sięgnął po rewolwer. Więzień spokojnym głosem rzekł, że chce rozmawiać z Schutzhaftlagerführerem. Ruszył dalej i stanął przed oficerem na baczność. Na chwilę role jakby się odwróciły. Oniemiały Fritzsch zapytał, czego chce. Mężczyzna odpowiedział po niemiecku, że ma prośbę. Zakrawa na cud, że za to zuchwalstwo nie został od razu zastrzelony. Fritzsch zaciekawił się i usłyszał słowa, w które trudno mu było uwierzyć. Więzień wskazał ręką na Gajowniczka i powiedział, że chce umrzeć zamiast niego. Spokojnie tłumaczył, że jest stary i chory, że jest księdzem i nikogo nie osieroci, podczas gdy Franciszek ma rodzinę, jest młody i zdrowy.
Co działo się w głowie Karla Fritzscha, oficera zaliczanego do elity esesmanów? Co pomyślał o tym „podczłowieku”? Nie sposób odpowiedzieć. Zapytał jedynie, kim jest ów zuchwały więzień. Numer 16670 odpowiedział: „Jestem kapłanem katolickim”. „Klecha” - miał odrzec Fritzsch. Klecha, czyli zero, ktoś, kto do niczego się nie przyda. Wśród stojących na placu więźniów zapanowała konsternacja. Ojciec Maksymilian dobrowolnie oddawał się w ręce kata. Być może nawet na próżno, bo ten gotów był po prostu dodać go do listy skazanych. Fritzsch jednak się zgodził i ojciec Kolbe zastąpił Franciszka Gajowniczka, który wrócił na swoje miejsce. Sierżant wojska polskiego był tak zaskoczony, że nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Nie znał nawet nazwiska człowieka, który go właśnie ocalił.
Dla dziesięciu skazańców zaczynała się prawdziwa droga przez mękę. Zaprowadzono ich do bloku jedenastego, kazano rozebrać się do naga i zamknięto w piwnicy. Wiedzieli, że nie wyjdą z niej żywi. Esesmani chcieli ich do końca upokorzyć, odzierając ze wszystkiego, nawet z godności.
Jak tulipany...
Świadkiem ich umierania był więzień numer 1192. Bruno Borgowiec złożył zeznanie przed notariuszem tuż po wojnie, w grudniu 1946 roku w Chorzowie. Jako tłumacz meldował władzom obozowym o stanie zdrowia więźniów umieszczonych w bunkrze głodowym. Wybranych skazańców, wedle jego słów, wepchnięto do ciemnej piwnicy, w której stał tylko kubeł na nieczystości. Zamykając drzwi, jeden z Niemców miał powiedzieć: Ihr werdet eingehen wie die Tulpen - „Zwiędniecie jak tulipany”. Rzeczywiście. Pozbawieni jedzenia i wody, mieli wkrótce uschnąć jak niepodlane kwiaty. Strażnicy kontrolowali bunkier codziennie w towarzystwie Borgowca. Początkowo więźniowie krzyczeli z rozpaczy, bluźniąc przeciw Bogu. Później pod wpływem ojca Kolbego zaczęli się modlić i śpiewać pieśni do Matki Najświętszej. Zakonnik dodawał im otuchy, spowiadał i przygotowywał na śmierć. Stojąc lub klęcząc, wpatrywał się pogodnym wzrokiem w dokonujących inspekcji esesmanów. Według kilku świadectw nawet wśród nich znaleźli się mimo wszystko tacy, którzy wyrażali swój podziw dla tego wyjątkowego człowieka. Sami bowiem widzieli, że ojciec Kolbe oddał życie za bliźniego i do końca zachował godność.
Bazylika w Niepokalanowie (fot. Fczarnowski/wikipedia.pl; Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.)
Czternasty sierpnia 1941 roku
Skazani umierali jeden po drugim w strasznych męczarniach. Po dwóch tygodniach pozostało już tylko czterech, wśród nich ojciec Kolbe. Czternastego sierpnia 1941 roku do celi śmierci wszedł kierownik izby chorych Hans Bock, który każdemu z umierających dał zastrzyk z fenolu. Około dwunastej pięćdziesiąt ojciec Kolbe z modlitwą na ustach podał dłoń katowi. Zmarł w pozycji siedzącej, oparty o ścianę, z oczami otwartymi i głową przechyloną na bok. Bruno Borgowiec zapamiętał, że twarz zmarłego promieniała. Ciało złożono do skrzyni i przeniesiono do kostnicy.
Piętnastego sierpnia zwłoki ojca Kolbego i jego towarzyszy z bunkra śmierci spalono. Po zakonniku pozostać miała jedynie smużka dymu.
Tekst jest fragmentem książki Philippe Maxence pt. „Maksymilian Kolbe. Kapłan, dziennikarz, męczennik”

ODPOWIEDZ

Wróć do „Biografie”