Historia o perypetiach łemków podczas "Akcji Wisła"

Za początek Polski Ludowej uznaje się ogłoszenie manifestu PKWN 22 lipca 1944 roku. Od tego czasu rozpoczyna się budowa ustroju opartego na przyjaźni z ZSRR i szybkie przechwytywanie władzy na rzecz działaczy komunistycznych. W roku 1952 państwo zmienia nazwę na Polską Rzeczpospolitą Ludową.
Awatar użytkownika
Kazik36
Posty: 344
Rejestracja: 22 lut 2011, 06:05

Historia o perypetiach łemków podczas "Akcji Wisła"

Post autor: Kazik36 » 07 sty 2013, 10:31

Rozwiązanie problemu ukraińskiego w Polsce

Cisza

Zaraza na nas przyszła o świcie 1 lipca



Rozwiązanie problemu ukraińskiego w Polsce



W ciągu trzech miesięcy 1947 roku, poczynając od

28 kwietnia, na polecenie komunistycznych władz

Polski, siłami wojska, milicji i służb bezpieczeństwa

deportowano około 150 tysięcy Ukraińców z ich

ziem rodzinnych w południowo-wschodniej Polsce, i

osiedlono w rozproszeniu, wydatnie ograniczając

swobody obywatelskie, na zachodzie i północy

kraju. Wojskowej Grupie Operacyjnej "Wisła" (od

której wzięła potoczną nazwę ta próba "rozwiązania

problemu ukraińskiego w Polsce") rozkazano

zlikwidować Ukraińską Armię Powstańczą i

Organizację Nacjonalistów Ukraińskich; deportacje,

pozbawiając podziemie zaplecza, miały być

koniecznym środkiem prowadzącym do tego celu.



Znaczną część polskiej opinii publicznej przekonała

argumentacja i propaganda (choć były one podszyte

nacjonalizmem i ksenofobią) ówczesnych władz

Polski. Ci, którzy do dziś aprobują wysiedlenia,

sądzą, że akcji "Wisła" nie można oceniać w

oderwaniu od takich poprzedzających ją faktów, jak

np. sojusz części politycznych elit ukraińskich, w

nadziei na pomoc w uzyskaniu niepodległości, z III

Rzeszą, i krwawe czystki etniczne, dokonane na

Polakach i Żydach na Wołyniu i w Galicji.

Pragmatycznie dowodzi się, że deportacje były

najskuteczniejszą, przy czym najmniej krwawą

metodą walki ze zbrojnym podziemiem ukraińskim, a

masowe przesiedlenia były zaakceptowanym przez

zachodnich aliantów, zaś np. w odniesieniu do

ludności niemieckiej w Polsce i Czechosłowacji

wręcz przez nich narzuconym, sposobem załatwiania

powojennych problemów etnopolitycznych. W latach

1945 - 46, na mocy porozumienia PKWN ze

Stalinem, i bez sprzeciwu międzynarodowej opinii

publicznej, przesiedlono 800 tysięcy Polaków z

dawnych Kresów Wschodnich na powojenne

terytorium państwowe Polski, zaś z Polski do ZSRR

480 tysięcy Ukraińców.



Ci, którzy kwestionują fakty, przywoływane na

usprawiedliwienie akcji "Wisła", wskazują, że od

początku 1947 roku zmalał zbrojny opór UPA, zaś

liczba strat na domniemanym terenie jej działania

niewiele odbiegała w tym okresie od właściwej dla

powojennych czasów liczby ofiar rozboju i

przemocy w innych regionach kraju. Państwo polskie

nie było wówczas z nikim w stanie wojny, ale do

operacji wymierzonej przeciw ludności cywilnej

skierowała siły wojskowe i środki wojenne. Władze

zastosowały niehumanitarną zasadę

odpowiedzialności zbiorowej: wysiedleniem objęto

tereny, na których nie było wcześniej żadnych

przejawów wpływów UPA, i na których nie

prowadzono następnie żadnych działań zbrojnych,

oraz osoby poza podejrzeniem: starców, chorych i

dzieci. Mieszano kryterium etniczne i religijne,

wysiedlono np. Cyganów wyznania

grekokatolickiego. Bez sądu więziono ludzi w

obozie w Jaworznie. Nie rozpatrywano żadnych

indywidualnych odwołań, ani po ustaniu podanych

oficjalnie przyczyn deportacji nikomu nie pozwalano

na powrót.



Przeciwnie, dążeniem władz było utrwalenie

diaspory Ukraińców (27 lipca 1949 roku na

podstawie dekretu rządowego odebrano im prawo

do pozostawionej własności), a nawet ich

wynarodowienie, przez zakaz sprawowania kultu

religijnego w Kościele katolickim rytu wschodniego

(i konfiskatę cerkwi), zakaz nauczania języka

ojczystego, zakaz zrzeszania i odebranie swobody

poruszania się. Znacznego uszczerbku doznała

materialna i kulturalna spuścizna ukraińska na

wysiedlonych terenach, a na części - w Bieszczadach

- zupełnego i do dziś nieodwracalnego

unicestwienia.



Po 1957 roku cofnięto część ograniczeń.

Przywrócono wolność nauczania i publicznego

posługiwania się językiem ukraińskim, w niewielkim

zakresie swobody obywatelskie, kulturalne i

religijne. Około 20 tysiącom wysiedlonych

pozwolono na powrót w rodzinne strony i udzielono

częściowej rekompensaty za utracone mienie.



Wszystkie restrykcje natury administracyjnej i

politycznej zostały uchylone po 1989 roku.

Odtworzony został ustrój, diecezje i hierarchia

Kościoła bizantyjsko-ukraińskiego. 3 sierpnia 1990

roku Senat RP potępił w specjalnej uchwale

akcję"Wisła", "w której zastosowano - właściwą dla

systemów totalitarnych - zasadę odpowiedzialności

zbiorowej" i obiecał, że "dążyć będzie, by

naprawione zostały - na ile to możliwe - krzywdy

powstałe w wyniku tej akcji".



Organizacje i środowiska polskich Ukraińców wciąż

domagają się dokonania rehabilitacji

pokrzywdzonych i prawnego naprawienia skutków

akcji "Wisła". W 50. jej rocznicę Kongres

Ukraińców w Polsce ponowił te żądania.

Jednocześnie Kongres potępił krzywdy i zbrodnie

zadane Polakom przez Ukraińców i prosił o

wybaczenie. Obietnica Senatu z 1990 roku pozostała

nie spełniona. Nie podjęto nawet próby ustalenia, co

jest możliwe, i co Polacy byliby gotowi

zaakceptować. A.Ka



Czas robi swoje i nawet Osława, nie jest taka jak

dawniej



Cisza







Po wysiedleniach opustoszały cerkwie. Świątynie i

krzyże opuszczone, często dewastowane

niszczały. Dopiero w latach sześćdziesiątych

śmielej odradzały się wspólnoty, wielu unitów

przylgnęło wówczas do oficjalnie istniejącego

prawosławia. W greckokatolickiej - przed wojną -

wsi, po wysiedleniach sytuacja się skomplikowała.

Dziś w szkole w Mokrem uczą religii duchowni

prawosławni, uniccy i katoliccy. To też echo

następstw dramatycznego 1947 roku. FOT.

ZBIGNIEW LENTOWICZ



ZBIGNIEW LENTOWICZ



Wojny, kataklizmy, kapryśny los nie omijały

Mokrego, tych kilkudziesięciu ukraińskich chałup

wciśniętych w przesmyk, przy kolejowym szlaku

do łupkowskiej przełęczy wiodącej na drugą

stronę Karpat. Ludzie po każdej pożodze

podnosili się jednak, odbudowywali strzechy,

znów zieleniły się zagony na gliniastych

stromiznach. Tak było do siódmego maja

czterdziestego siódmego, kiedy na łące wylądował

kukuruźnik. Przybycie samolotu zapamiętał

czteroletni wówczas Orest Kochanowski: z

maszyny wysiadł polski oficer i powiedział do

spędzonej gromady, że Ukraińcy powinni się

zbierać. I nagle, w ciągu paru godzin, kilku

kolejnych dni, świat, który zapamiętała Maria

Kirylejza i kilkunastoletni wtedy Józef Żurat

zapadł się, potem zaś wszystko było już inne niż

dotąd.



We władzy ślepego przypadku



Energiczna Maria Kirylejza w jasnobłękitnej bluzce

sztywnieje, kiedy pada pytanie i w ślad za nim

wracają wycierane z pamięci obrazy, strzępy

niechcianych wspomnień. - Po wysiedleniu połowy

Mokrego, z pozostawionymi w chałupach pozostał

strach. - Człowiek cienia swojego się bał -

pamiętają.



Wydarzyć się przecież mogło wszystko, o ludzkim

losie decydował głupi przypadek. - Ja w Mokrem

zostałam, bo wojskowi zawahali się przy polsko

brzmiącym nazwisku, a matce, Kochanowskiej z

domu, wpisano jakoś wcześniej w paszporcie, że

Polka - dziwi się Maria o włosach przyprószonych

siwizną, długo patrzy przed siebie nieruchomo, tylko

dłonie ani na chwilę nie spoczną spokojnie na stole.



- Inni zostawali, bo potrzebni byli robotnicy w lesie,

robotnicy kolejowi na strategicznym szlaku i ci

zwłaszcza, którzy "robili na tutejszej kopalni nafty

wiertaczem".



W sądnej godzinie, jak kto mógł chronił głowę. Czy

można się dziwić ludziom?



Kiedy wojskowi zaczęli plądrować chałupę

Kochanowskich, babcia siedziała akurat na łóżku.

Wojskowy już od progu uniósł karabin, wymierzył. -

Mama rzuciła się rozpaczliwie, zdążyła tylko złapać

za ręce sięgające do spustu.



Jana Kirylejzę na ziemie północne wywieźli z

sąsiedniej osady, wcześniej jednak na własnej

skórze doznał mocy przypadku. Kiedy raz wojsko

wpadło do wsi, schował się w ciasnej piwniczce.

Przy maszynie do szycia w izbie została siostra,

młoda, piękna dziewczyna, kaleka bez nóg, po

kolejowym wypadku. - Czego płaczesz durna,

zainteresował się jeden z wojskowych. - Brat się

schował przed wami w piwnicy, pewnie go

zabijecie. I wtedy żołnierz rzekł do towarzysza,

przestań tam szukać, idziemy.



Innym razem Jan stał w zagajniku, gdy Zawadkę

Morochowską pacyfikował polski oddział. Jeszcze

słyszy te strzały, krzyk ludzi, trzask palonych

chałup, jakieś wrzaski, ryk domowej zwierzyny. - Że

koń, co go poszedłem zabrać z pastwiska, który

wtedy stał ze mną w krzakach, nie zarżał, cud

prawdziwy!



- Czasem przecież, człowieku, śmierci przypadkiem

na głowę nadepniesz, a masz szczęście - nie stanie

się nic - Jan o tym zawsze może zaświadczyć. Wie

też, że z pamięci, z serca nie da się już wydrzeć

koszmarów. - Z Polakami człowiek jadł z jednej

miski, potem ramię przy ramieniu, w skwarze, kosili

na polach czy łące, a jakiś żal przecież utkwił

głęboko, jak zadra.



Komu bowiem zawinił dziadek, którego od Gierata z

podwórza wypatrzyli wojskowi, jak szedł miedzą,

serią dostał, nie dane mu było dożyć swego.



Zwalistemu Orestowi Kochanowskiemu staje przed

oczami wizerunek ojca, weterana czwartego

białoruskiego frontu, który po ranach odniesionych

pod Bielskiem, wrócił wreszcie do rodzinnej

chałupy. Wojennego, kombatanta przecież, nie

ochronił nawet mundur. Żołnierzom spodobał się

trofiejny, stary, angielski zegarek: odpinaj, kurwa

twoja mać banderowska - usłyszał i nie zdecydował

się ponad miarę przeciągać struny. Frontowe

inwalidztwo nie uchroniło przed wywózką Tkaczy,

bracia ledwie wrócili z wojny, już kazano im w

godzinę spakować się i wyjeżdżać na północ.



- O idzie mały banderowiec, chodźcie no tu

hajdamaki - Orest pamięta dobrze tamte słowa,

klimaty. Widzi też, Polaków, bogatych chłopów

dochodzących do kopalnianej roboty z Kulasznego,

jak oddawali ojcu swoje śniadanie. - Ty masz

jeszcze dwóch bajtli do wykarmienia, weź, nie

przelewa ci się przecież.



"Ni cerkwi, ni dwora"



Mokre już przed wojną było ukraińską wsią, liczącą

ponad sto dymów, z własną kooperatywą, stacją

kolejową, wodnym tartakiem, "ridną szkołą", z

kopalnią nafty, w której dobywano ropę z

kilkudziesięciu odwiertów. O beskidzkiej osadzie,

wciśniętej między wzgórza, odciętej od wielkiego

świata na bojkowsko-łemkowskiem pograniczu

mówiono też, zwłaszcza w sąsiednim zawistnym

Morochowie: "ni cerkwi, ni dwora". Polaków było

tu niewielu, żyli najczęściej w małżeństwach

mieszanych. Pięcioma żydowskimi rodzinami zajęli

się w okupację hitlerowcy. - Potem, kto miał tu broń,

stanowił prawo - pamięta sześćdziesięcioletni dziś

Józef Żurat, kiedyś, "jeszcze w Prusach" nauczyciel

ukraińskiego. Żurat siada na chwilę w swym nowym,



jasnym domu, pod wizerunkami narodowych

bohaterów i włącza w telewizji kijowski program.

Gdy w 32 roku ojciec, Michał, gospodarz na 11

morgach budował na wysokim brzegu Osławy

chałupę, na dachu kładł już czerwoną, tarnowską

dachówkę - odcinała się wyraźnie od tutejszych

strzech.



Wojna przyniosła do Mokrego spustoszenie. - Tu

władza, państwowy urzędnik się nie zapuszczał, o

zmierzchu i w biały dzień przychodził i rabował kto

chciał, mundury nie mówiły niczego, każdy mógł

podać się za kogo tylko mu przyszła ochota. Żurat: -

Wobec grabieży i bezkrólestwa, jedynym oparciem

stała się wkrótce UPA. Przed wywózką na roboty do

Rzeszy, przed mobilizacją do Czerwonej Armii,

przed bandyckim zagrożeniem, polskim podziemiem

i szykanami milicji młodzi z Mokrego i okolicznych

wsi uchodzili do lasu. Żurat nie pamięta, by

banderowcy siłą rekrutowali. - Była u nich surowa

dyscyplina - tak słyszał.



O wspieraniu "naszych partyzantów" niewiele się

dziś w Mokrem chce pamiętać. Przychodził czas,

ludzie dawali kontyngent, nie daj Boże, gdy się

wydało, że ktoś garść ziarna czy słoninę zataił w

jakimś schowku - kręci głową Żurat.



Legenda UPA



Anna Babiak, cudem ocalona z Zawadki

Morochowskiej - spalonej wpierw przez Niemców,

którzy szukali tam tropów radzieckich skoczków,

potem trzykrotnie jeszcze pacyfikowana przez

polskie wojsko - w styczniu, marcu i kwietniu 46 -

nie może się nadziwić nieszczęściu - w Zawadce

przecież ludzie tak strasznie byli grzeczni! Sędziwa

Anna, wsparta ciężko na lasce, przyniesie fotografię

brata, rocznik 1925: - Iwan, to znaczy Jan, który

zginął, dziś jego nazwisko brzmiałoby po polsku

Dobrzański, tak był do każdej roboty składny, taki

dobry, że dziś jeszcze Babiakowej z wielkiego żalu,

łzy się w oczach zakręcą.



W styczniowy, śnieżny dzień, w Zawadce wojsko

zabiło ponad sto osób, nie oszczędzano kobiet i

dzieci. Babiakowa opowie, jak to uciekinierzy pod

wieczór wrócili na pogorzelisko i pod ciałem zabitej

matki odnaleźli żywe jeszcze na wpół zamarznięte,

półroczne dziecko.



Kiedy wojsko przyszło potem zza góry do Mokrego i

matce kazali zrobić jajecznicę - białe, maskujące

kombinezony żołnierzy pełne były krwawych śladów

- pamięta jak dziś Maria Kirylejza. - Zawadka, to

był cichy zakątek, schowany wśród lasów i

banderowcy mogli tam szukać schronienia - Maria

zastanawia się głośno z wyraźnym wahaniem.



Czy oddział UPA stacjonował w samym Mokrem,

nie potrafi powiedzieć Józef Żurat: Wiem tylko, że

jeśli sotnia zjawiała się w okolicy, ustawały zaraz

napady, grabieże. To pod wpływem UPA, tak

niewielu Ukraińców z Mokrego wyjechało na

Ukrainę w czterdziestym piątym, w ramach

pierwszych przesiedleń i wielkiej wymiany

ludności. - UPA atakowała wówczas transporty,

płonęły mosty. Najskuteczniej podziałało jednak na

ludzi słowo pewnego kapitana, idącego z IV Frontem

Ukraińskim czerwonoarmisty, który w domu Żuratów

powtarzał, Michał, rób co tylko chcesz, tylko nie

jedź na Wschód.



Dziś młodszy Żurat, Ukrainiec i polski obywatel

spokojnie tłumaczy cele UPA, woli jednak mówić

bezosobowo: liczono na trzecią wojnę światową i

oczekiwano, że da się zorganizować ten niezależny

kraj na ukraińskich ziemiach etnicznych. O akcji

"Wisła": "tamta władza w tamtym ustroju

zdecydowała się nami zatkać puste poniemieckie

ziemie, by zamknąć usta propagandzie zachodniej". -

Przyjeżdżaliśmy - mówi Żurat - do wyszabrowanych

kompletnie domostw, a ci, którzy osiedlili się tam

wcześniej z lękiem wypatrywali krwawych

Ukraińców, strasznych jakichś hajdamaków,

bandytów z nożami. I nie mogli się potem nadziwić,

że spotykali wreszcie podobnych do nich,

normalnych ludzi, a najczęściej nieszczęśników

wyzutych z majątku, którym z litości trzeba było

czasem podać kubek wody.



Zwycięzcy i zwyciężeni



Po latach dopiero, gdy młodzi zaczęli już uciekać na

zachód, do Ameryki, Kanady, turyści przyjeżdżali na

Mazury i gadali: jeśli wy stąd wyjedziecie, to

Niemcy przyjdą. - Niektórzy nasi - ma dziś żal Żurat

- poszli na łatwiznę, udawali, że są Polakami,

myśleli, że w ten sposób będzie im lepiej, ale

przecież nikt nie ufa dwulicowym, prędzej się

człowiekowi wierzy takiemu, jaki on jest.

Przeszliśmy swoje, taki był ustrój, zwykli ludzie nie

liczyli się wtedy - zamyśla się Żurat. I dodaje z

westchnieniem: tyle, że myśmy z tego wszystkiego

się nacierpieli najwięcej.



Czas odmierzany w Mokrem, w którym znów pada

oblepiający śnieg, a błotnisty nurt Osławy niesie

roztopową falę, dziwnie zaciera cienie i szarości,

wyostrza krzywdy niczym jedyne widoczne i

jaskrawe kontury. Po półwieczu nakazanego

milczenia, instynktownego kamuflażu, ludzie jeszcze

odreagowują.



- Zadry utkwiły głęboko, zwłaszcza wśród

pokolenia, które bezpośrednio naznaczyła historia -

próbuje zrozumieć Danuta Łagódka, dyrektor

tutejszej szkoły, unikalnej w kraju, bowiem

nieprzerwanie od 1957 roku dzieci uczą się tu

również ukraińskiego. Zderzenie z rzeczywistością

wschodniego pogranicza było szokujące dla

Łagódki. Jeszcze do niedawna w pobliskim Zagórzu

czy Sanoku, choć wszyscy się domyślali, kto jest

kim, pochodzenie ukraińskie było tematem tabu.

Łagódka: tu w Mokrem odkąd pamiętam, było

inaczej, tu Ukraińcy zawsze stanowili większość,

mówiło się więc po ukraińsku na przystanku i w

sklepie.



Dystans przybysza z zewnątrz, spoza tego zaklętego

kręgu emocji okazał się jednak na dyrektorskiej

posadzie rzeczą bezcenną: - Bez tego chyba nie da

się tu działać skutecznie - sądzi dyrektorka. W szkole

lekcje religii prowadzi trzech księży: prawosławny,

unicki i katolicki. - Zajęcia celowo

zorganizowaliśmy jednocześnie, w tym samym

czasie, każdy duszpasterz zgarnia po dzwonku swoją

trzódkę i nikt nie ma czasu na pokazywanie palcem

"innego".



Podskórne konflikty, które przecież pulsują w

Mokrem i co jakiś czas znajdują swe ujście, jak ten

ostatni spór dotyczący udostępniania katolikom

nowo wybudowanej cerkwi unickiej, szczęśliwie,

jakby nie dotyczyły dzieci. - Wśród uczniów

pęknięcia nie ma, nie ma napięć na tle burzliwej

przeszłości. To, czego młodzi sami nie

doświadczyli, a o czym jedynie opowiadają rodzice,

pozostaje opowieścią, czymś w rodzaju mrocznej

legendy. - Z ostatniej wojny wszyscy wyszliśmy

okaleczeni i zwycięzcy, i zwyciężeni - myśli pani

dyrektor po tych kilkunastu latach doświadczeń na

południowo-wschodnich kresach Rzeczypospolitej.

Wojna i ją samą, kiedyś przecież musnęła: ojciec

Łagódki trafił do kacetu, lecz rodzina ocalała, dzięki

pomocy znajomej Niemki.



Podsumować i zamknąć



Na korytarzach piętrowej, szarościennej, szkoły w

Mokrem, harmider - dzieciarnia daje upust energii.

Ukraińskiego w dokazującej gromadzie jednak nie

słychać.



Mirosław Onyszkanycz, nauczyciel ojczystego

języka, twierdzi, że umiejętność posługiwania się

ukraińskim dzieci w Mokrem wynoszą z domu, a

pierwsze podręczniki wydane w kraju (wśród

ilustracji orzeł w koronie obok włodzimierzowego

tryzuba) wypierają importowane ze wschodu, w

których treść jak pięść do nosa przystawała do

polskiej rzeczywistości. Onyszkanycz, który

prowadzi również uczniowski zespół "Osławiany"

(Osławianie), ubolewa, że słabnie entuzjazm

młodych artystów odkąd obecność ukraińskiej pieśni

i obyczaju spowszedniała nie tylko w okolicy.

"Osławian" proszą już wszędzie, bez wyjątku. na

festiwale ukraińskiej kultury i państwowe

uroczystości w Sanoku albo Zagórzu.



- Szczypta konspiracji, sięgania do narodowych

piosenek jak po zakazany owoc, dodawała

młodzieży zapału, dziś górę bierze normalność, a to

już zupełnie nie mobilizuje - narzeka nauczyciel.



Pytam, czy próbowali zapraszać polskie dzieci do

wspólnego śpiewania, w Mokrem niewiele jest

przecież możliwości interesującego spędzania czasu

po lekcjach. - Nie. Pewnie sam język, to znaczy

słowa piosenek, mogłyby być trudną do pokonania

barierą - nie ukrywa zakłopotania Onyszkanycz.



Stanisław Biłas, z czarnym sumiastym wąsem i

mocnymi dłońmi, miał cztery lata, gdy z ojcem

wracali do Mokrego na swoje. Dziś

akademicko-prasowymi dyskusjami wokół

ukraińskiej przeszłości jest już trochę znużony. Dla

człowieka, który urodził się na ziemiach

odzyskanych i tam się dorabiał, tam urządził sobie

życie, tak jak potrafił najlepiej, nie ma już tutaj, w

górach szczególnego magnesu. - Wziąć hektar zagonu

i kartofelki sadzić?



Co tu będzie robił przyjezdny, kiedy wokół pracy

brakuje, a we wsi już i tak stoi kilka chałup

opustoszałych po tych, którzy prysnęli przy

pierwszej okazji do wymarzonej Kanady.



Tak to już jest. Jeśli wśród obrazów pielęgnowanych

z dzieciństwa nie zobaczysz wiosennej Osławy, to

zastanawiać się trzeba, co właściwie znaczy dla

ciebie słowo - ojczyzna. Ona już dla wielu jest tam,

gdzie się urodziłeś, dorosłeś. - Ojca i innych z jego

pokolenia w góry gnała tęsknota, za każdym

drzewem, kamieniem. A nam, młodszym? Biłas,

który kiedyś pracował w kombinacie drzewnym w

Rzepedzi, a dziś siedzi na zasiłku, ma swoje zdanie:

Prawdę o akcji "Wisła" trzeba spokojnie, solidnie

zapisać i wreszcie sprawę zamknąć. To się należy

wszystkim - zamiast tego ciągłego szrajbowania w

gazetach, jątrzenia, wymysłów.



Odejście dawnego świata



Ludzie w Mokrym z losem pogodzeni: w majowe,

odpustowe święto sunie tylko procesja na cmentarz.

Te parę krzyży zamarłych w ciszy za ogrodzeniem to

jedyny ślad po Zawadce Morochowskiej. W

miejscu, gdzie stały niegdyś chałupy przyjezdny z

trudem znajdzie ślady po piecowiskach. Jeszcze

tylko tu i ówdzie wiosną, pośród lasu zakwitną

śliwy, o pniach i konarach skręconych wiekiem i

niepogodą jak dłonie starca.



Nawet Maria Kirylejza, która przecież w Mokrem

trwa przez te wszystkie lata, widzi jak

niepowstrzymany czas zaciera ślady. Pod lasem

najszybciej. Młode drzewa pną się w górę, tam gdzie

stały kiedyś domy pod strzechą, budowane z bali na

zrąb, malowane w pasy żółtawą glinką.



Maria: - Człowiekowi nawet skrawek ojcowizny,

dawno nie widziany, dziś pewnie wydałby się obcy.



Jednak Kirylejzowie, jak wielu tutejszych, dzielą

życie na dwie epoki, ta piękna liczy się do wojny czy

raczej do wysiedlenia: cudowny świat, kiedy się go

ogląda oczami młodości. Tamta wieś z żydowską

karczmą pod górką tętniła życiem. W czerwcowe

wieczory dziewczyny zbierały się razem, szło się

pośpiewać u kogoś na zachacie. W niedziele albo

przy święcie nikogo do zabawy nie trzeba było

specjalnie zachęcać, więc sklecona z desek podłoga

aż dudniła od tańców. To wtedy nawet las był

człowiekowi przyjazny, Maria zawsze najwcześniej

była w grzybowisku, do domu znosiła pełne kosze. -

Aż któregoś lata matka za wielki jutowy worek

suszonych prawdziwków, sprzedanych na sanockim

targu, zrobiła wielkie zakupy. Prezenty dostali

wszyscy - ja - jak dziś pamięta pani Maria -

dostałam piękne buciki.



A ryby, jakie wtedy były w Osławie, kto pamięta?

Matka Marii miała na nie sposób: przygotowane



wcześniej układała do blachy wyściełanej słomą i

suszyła w chlebowym piecu. Smakowały wspaniale,

zwłaszcza gdy wcześniej polatało się za krowami po

górkach.



I nagle któregoś majowego dnia skończyło się

chodzenie po kądzieli i darcie pierza z

przyjaciółkami w jesienne wieczorki. Martwa cisza

zapadła tam, gdzie kiedyś żyło Kamienne,

Przybyszów, Karlików, Płonne, Ratnawica.



- Nigdy już potem, po wojnie nie zaśpiewałam, nie

było z kim i nie było ochoty. To w roku wysiedlenia

i potem w naszą wigilię kolację jedliśmy tak

wcześnie, w biały dzień, przed zachodem słońca -

wspomina Orest Kochanowski. Maria Kirylejza

także widzi, jak matka owija chustą lampę nad

świątecznym stołem, by światło nie zdradzało

ukraińskiego wyznania. Cerkiew wtedy milczała

zamknięta na głucho, po kilku latach dopiero

wprowadzili się pod jej łatany dach prawosławni.

W opuszczonych chałupach zamieszkali osadnicy,

niewielu ich w Mokrem zagościło dłużej - nawet

tacy porządni jak na przykład Rajchlowie czuli się

widocznie nieszczególnie na cudzym.



Po pięćdziesiątym szóstym zaczęły się pierwsze

powroty. Żuratów o tym, że opuszcza ich zagrodę,

zawiadomił listem polski gospodarz. - Z Zagórza w

kwietniu 57. musieliśmy zawrócić raz jeszcze do

Żabinki pod Węgorzewem. Czekając na

przyzwolenie władzy raz ostatni "w Prusach"

przesiedzieli lato. We wrześniu udało się wreszcie;

byli znów na ojcowiźnie, jednak Józefa, mimo że

odsłużył wojsko i budował Nową Hutę, przez dwa

lata jeszcze odsyłano z kwitkiem z biura

meldunkowego. Żurat zapamiętał, że kiedy wrócili,

wieś wydawała się skurczona jakaś, opustoszała,

dziwnie było, pługi wykroiły nowe miedze, a między

podwórkami zniknęły płoty. - Ludzi pamiętam

zastraszonych, posępnych, nikt nie dowierzał

nikomu. Coś z tej atmosfery nieufności zostało do

dzisiaj - podziały na tych, którzy zostali i tych, którzy

wrócili z wygnania, odzywają się czasem z głębi zza

drugiego dna. Zaledwie kilka lat wcześniej nową

cerkiew z Zawadki rozebrano i złożono z niej

pegeerowską owczarnię w Wysoczanach. Wieść

niesie, że któregoś dnia wezbrane wody zmyły

obejście, a fala porwała i uniosła szczątki razem ze

zwierzętami.



Zbigniew Lentowicz





Józef Żurat twierdzi, że "w

Prusach", na zesłaniu, cywilizacja wyprzedzała

Mokre o pół wieku. I cóż z tego, skoro oni chcieli

być u siebie, choćby w ciasnej, ojcowskiej

chałupie.



Zaraza na nas przyszła o świcie 1 lipca



U nas tu, u nas tam



ANDRZEJ KACZYŃSKI





Jeśli ojczyzna to pamięć i groby, to ta tutaj, nowa

"mała ojczyzna", jest przepołowiona. Pamięć

wciąż biegnie do Łemkowszczyzny, w

Bieszczady, w okolice Sanoka, Przemyśla,

Jarosławia, Lubaczowa. Tamte ukraińskie groby

zniszczyli ludzie, pochłonęła ziemia, porosła

trawa. I tu przepadły stare, pojawiły się nowe





- W ciągu pięćdziesięciu lat historia zatoczyła

pełne koło. Wtedy też była Pascha: Poniedziałek

Wielkanocny - rzekł ksiądz Marek Sośnicki.

"Wtedy", czyli 28 kwietnia 1947 roku, był

pierwszy dzień akcji "Wisła". "Pascha" to

dosłownie "przejście" Żydów z niewoli egipskiej

do Ziemi Obiecanej. U chrześcijan pamiątka

"przejścia", czyli Zmartwychwstania, Chrystusa.

W kontekście 50. rocznicy przymusowego

przesiedlenia Ukraińców z "małej ojczyzny" w

południowo-wschodniej Polsce na ziemie

odzyskane, słowo nabiera ironicznego i gorzkiego

sensu.



Jest 26 kwietnia, sobota Wielkiego Tygodnia według

kalendarza liturgicznego obrządku wschodniego.

Parafia grekokatolicka w Modle w województwie

legnickim. Na chwilę rozmowy ksiądz Marek

Sośnicki ma czas po niespiesznym rozejściu się

wiernych, z których prawie każdy ma coś

świątecznego do powiedzenia proboszczowi, po

sprzątnięciu kościoła, który wypożycza od parafii

rzymskokatolickiej, po rozmontowaniu i wyniesieniu

do zakrystii prowizorycznego ikonostasu. - Musimy

po sobie posprzątać, żeby nie został po nas żaden

ślad - mówi z goryczą duszpasterz Ukraińców. -

Mam trzy parafie, ale żadnego własnego kościoła.



Nazajutrz, u świętego Jacka w Legnicy, przeciętna

wieku parafian księdza Marka dużo niższa, a głosy

znacznie silniejsze; piękne śpiewy liturgiczne brzmią

czyściej i donośniej. Ale tu tak samo po skończonym

nabożeństwie ikonostas składany jak parawan

wynosi się z prezbiterium, i w gotyckim, i

rzymskokatolickim kościele nie zostaje żaden

bizantyjsko-ukraiński ślad. Wierni wsiadają do

samochodów i odjeżdżają. Rezurekcja

grekokatolików wygląda jak msza dla

automobilistów. - Parafia personalno-terytorialna -

mówi ksiądz Sośnicki - czyli, można powiedzieć,

parafia w drodze. W pokoleniu dzieci i wnuków

przesiedleńców wystąpiła olbrzymia migracja ze

wsi do miast, ale także ponadprzeciętna emigracja. -

Dlaczego aż tylu Ukraińców wyjeżdża za granicę, do

Kanady lub Stanów Zjednoczonych? Mój brat też

wyemigrował, więc potrafię odpowiedzieć - mówi

ksiądz Marek. - Bo tutaj jest im źle. To większość

uważa, że jest w Polsce tolerancja. Mniejszość - nie.



Ksiądz Marek Sośnicki, rocznik 1963, urodził się już

na wygnaniu. Rodzina pochodzi z Ulucza koło

Sanoka. W Uluczu - mówi z dumą - jest najstarsza w

Polsce cerkiew z 1510 roku. Po sąsiedzku - mówi ze

smutkiem - leżała wieś Borownica, gdzie

zamordowano 38 bezbronnych Ukraińców. Ta

śmierć przyszła z zewnątrz. Naokoło były same

wioski ukraińskie, a więc nie było w tej okolicy

żadnych konfliktów etnicznych czy waśni

sąsiedzkich, ani wojny domowej. Ksiądz zresztą nie

zaprzecza, że gdzie indziej taka wojna się toczyła,

nie pierwszy raz zresztą w dziejach Polski:

przypomnijmy sobie choćby rabację Jakuba Szeli,

przeczytajmy na nowo "Rozdzióbią nas kruki,

wrony...". Konflikt jest nieodłączny od

społeczeństwa. Tego jednak nie chciano

rozwiązywać, a tylko unicestwić jedną z jego stron. -

Została popełniona zbrodnia na narodzie ukraińskim

- mówi ksiądz Marek Sośnicki o akcji "Wisła".



Moja wieś



Moja wieś to Nowa Wieś - mówi Piotr Hojniak ze

zrośniętej z Modłą wsi Patoka. - Nowa Wieś w

byłym powiecie nowosądeckim. 12 kilometrów od

Krynicy, 22 od Nowego Sącza. Rozciągała się na

sześć kilometrów wzdłuż Kamienicy. Dużo lasów,

mało ziemi ornej. Każdy sam sobie gospodarzem, kto

potrzebował pieniędzy - wycechował drzewo, ściął,

ale tak, żeby nie niszczyć lasu, głównego naszego

bogactwa. We wsi były cztery tartaki, to świadczy,

że było co ciąć. W pobliżu miał też las hrabia

Stadnicki. Dobrze płacił, drzewo z lasów hrabiego

nasi ludzie wozili konnymi furmankami do jego

tartaku w Nawojowej. Tak sobie dorabiali i było

jako tako.



W Nowej Wsi mieszkali sami Łemkowie. Tylko

dróżnik, zapomniałem jak się nazywał, i dwaj

gajowi, Słabek i Szatkowski, to byli Polacy. Była u

nas szkoła czteroklasowa; siedem klas ukończyłem

już tutaj. I była u nas parafia grekokatolicka z filią w

Łosiu, ale obsługiwał ją jeden ksiądz. Ja skończyłem

kurs dla diaków we Florynce, przy klasztorze ojców

studytów. Diak to tyle co organista w kościele

łacińskim. Trzy lata posługiwałem w naszej cerkwi -

mówi pan Piotr, co chwila zerkając na zegarek, żeby

nie przegapić pory nabożeństwa. W Modle, jak

pięćdziesiąt lat temu w Nowej Wsi, pełni obowiązki

diaka. Trzeba za każdym razem baczyć, co to znaczy

"u nas". Raz "u nas" odnosi się do Nowej Wsi, ale

kiedy indziej "u nas" to znaczy w Patoce. U nas tu, u

nas tam.



Zaświadczenie: "6 IV 1945. Grekokatolicki urząd

parafialny w Nowej Wsi poświadcza, że Piotr

Hojniak jest diakiem w tutejszej cerkwi". Podpisał

proboszcz, ks. Stefan Dziubina (obecnie mitrat, czyli

infułat w łacińskiej terminologii; zanim można było

odtworzyć hierarchię i diecezje obrządku

wschodniego, ksiądz mitrat Stefan Dziubina był

wikariuszem generalnym prymasa Wyszyńskiego dla

wiernych rytu grekokatolickiego).



- W 1945 roku trochę ludzi z zachodniej

Łemkowszczyzny skusiło się na wyjazd do ZSRR. W

1947 roku najpierw tylko słuchy chodziły, że będą

nas wysiedlać. Szeptanka z ust do ust, nieoficjalna. Z

początku wszyscy sobie lekceważyli: a może do nas

to nie dojdzie? Złe szło od strony Gorlic. Było coraz

bliżej. Po trochu trzeba było się przygotowywać.

Zaczęliśmy zbijać paki. Jak to zobaczył pewien

porucznik z wojska, obrugał nas, że ulegamy panice.

Ale nasz ksiądz ostrzegał, że trzeba się

przygotowywać. Rodzice proboszcza mieszkali w

Gładyszowie, w Gorlickiem. Otrzymał wiadomość,

że ich deportują. Odprawił ostatnią mszę, ludzie się

popłakali. Powiedział: pójdę albo z nimi pojadę,

albo się przynajmniej pożegnam. Poszedł szukać na

stacji w Gorlicach. Zauważyli go wojacy, że nie jest

z tego transportu. Spytali, kim jest. Księdzem. Jakim

księdzem? Grekokatolickim. - To nam wystarczy -

orzekli. Tak proboszcz znalazł się w obozie w

Jaworznie. Za "sprzyjanie UPA". A do nas UPA w

ogóle nie dotarło. W naszych stronach był spokój.

Bandytyzm? Zetknąłem się z takim jednym

przypadkiem. Nocą przyszli zamaskowani ludzie,

kazali położyć się twarzami do ziemi - i do szabru.

Brali buty, ubrania, sprzęty, kury, świnie. Mój brat

był sklepowym: dawaj. To była hołota z sąsiednich

wiosek.



- No i zaraza przyszła na nas pierwszego lipca. Bez

uprzedzenia. O świcie wojsko obstawiło kordonem

całą wieś, żeby nikt nie mógł uciec. Do każdej

zagrody przyszło po dwóch żołnierzy. "Na

podstawie zarządzenia takiego, a takiego...". Dali

dwie godziny na spakowanie rzeczy. Nie

powiedzieli, dokąd nas zabierają. Co można było

wziąć? Przede wszystkim żywność. Chleb na drogę.

Kobiety posuszyły już przedtem trochę sucharów.

Narobiły konserw mięsnych. Oprócz tego pościel,

ubrania, statki kuchenne. Sprzęt. Początek lipca, na

polu zboże dojrzewa, siano nie zwiezione.

Musieliśmy zostawić. Miało później wojsko

sprzątnąć. Załadowaliśmy się na wóz. Kto nie miał,

tak jak my, konia, przyprzęgał krowę. Kto nie miał

furmanki, ładował się na nieduże ciężarówki

wojskowe, ale już nie mógł zabrać bydła. Z cerkwi

nic nie wzięliśmy. Ustawili nas wszystkich w

kolumnę. Pognali najpierw do siedziby gminy w

Łabowej. Tam dali papiery przesiedleńcze.



"Państwowy Urząd Repatriacyjny, Nowy Sącz. Karta

przesiedlenia nr 27. Nowa Wieś, 1 VII 1947 r.

Hojniak Wasyl, ur. 1890; Tekla, lat 56, matka; Piotr,

lat 23, syn; Julian, lat 21, syn; Olga, lat 15, córka.

Zostawia: 5 ha, w tym użytków rolnych 4, dom kryty

blachą 1, stodoła 1, szopa 1. Zabiera ze sobą krów

3, jeden wóz kompletny". - Naprawdę rodzinne

gospodarstwo było dwa razy większe - objaśnia

Piotr Hojniak - ale starszy brat, choć mieszkał razem

z nami, założył już swoją rodzinę, nie było wiadomo,

czy nas nie rozłączą, więc ojciec podzielił ziemię na

dwie części. Adnotacje: "Przyjazd 7 VII 1947, godz.

7.00, Chojnów, woj. wrocławskie. Osiedlono:

Pawlinki, gmina Krzyżowa, powiat złotoryjski.

Zapomoga 23 IX 1000 zł, 21 XI 500 zł".



- Z Łabowej skierowali całą gromadę na stację

kolejową w Nowym Sączu. Tam przepołowili wieś.

Jedni pojechali, jak się później dowiedzieliśmy, do

Stobna w Pilskiem. Wozy załadowano na osobne

wagony. Do oddzielnych wagonów zapędzili po

dwie rodziny i należący do nich inwentarz żywy. W

składzie było pięć wagonów krytych i siedem

węglarek. My trafiliśmy do węglarki. Nie było

daszku czy choćby plandeki. Tylko niebo i gwiazdy

nad głowami. Na jeden koniec wagonu daliśmy



bydło. Na drugi paczki i ludzi. Ruszyliśmy, dalej nie

wiedząc, dokąd nas wiozą. Na postojach do

wagonów z dobytkiem wskakiwali złodzieje, bez

przeszkód brali, co im się podobało. Dopiero po

jakimś czasie postawili na straży uzbrojonego

konwojenta. Na stacjach ludzie lżyli nas:

"banderowcy", "bandyci". Obrzucali kamieniami.

Jechaliśmy siedem dni. Nie było dożywiania. Trudno

było o wodę. Zabrakło pokarmu dla bydła.



- Stanęliśmy na stacji w Chojnowie. Kazali się

wyładować. Od Chojnowa wojsko nas opuściło,

komendę przejęli ormowcy. Kilka rodzin

skierowano do Jaroszówki, a reszta powlokła się

dalej w kierunku kolonii Zamienice (wtenczas

jeszcze nazywała się Samice). Dotarliśmy zmęczeni,

kto gdzie mógł, tam stanął. Rozpaliliśmy ognisko.

Czekaliśmy noc i dzień. W końcu cztery rodziny z

wozami plus dwóch ormowców wyruszyło do

dzisiejszej Patoki, która wtedy nosiła nazwę

Pawlinek. Poszedłem z nimi. Szosą do Rokitek, a

potem jeszcze 7 kilometrów lasem. Ludzie padali,

krowy ustały. Jeden ormowiec został z nimi, ja z

drugim poszedłem do sołtysa prosić o pomoc.

Wołami pomagali dociągnąć dobytek.



Kategoria "U"



- W Pawlinkach na nasz widok jakaś kobieta

wybiegła z chaty z krzykiem. - "To myśmy ledwie

spod noża uszli, a tu już znowu banderowcy!".

Później wyszło na jaw, że była Ukrainką. Słyszę,

jeden mówi do drugiego: "Wiesz, przyjechali

Ukraińcy, jacy brudni, jacy czarni". Byliśmy po

tygodniu jazdy węglarką, bez dostępu do wody.

Dowiedzieliśmy się potem od sąsiadów, że nie spali

cztery noce przed naszym przyjazdem. Ze strachu.

Ale później zostaliśmy dobrymi sąsiadami.



- Sołtys przydzielił domy i gospodarki. Wróciłem po

rodzinę i resztę ludzi. Tak osiedliliśmy się w Patoce.

Budynki zrujnowane, bez okien, wyrwane podłogi,

piece rozwalone. Ziemia niskiej klasy, podmokła

albo piasek. Już w sąsiedniej wsi Stary Łom grunt

urodzajny, tu nienadzwyczajna. Tak się trafiło.

Osadnictwo rozpoczęło się tu dwa lata wcześniej.

Mieszkało już bodaj siedemnaście rodzin. Nas

przybyło szesnaście rodzin łemkowskich. Teraz na

37 numerów w Patoce osiem jest polskich, reszta to

Łemki. Ja założyłem rodzinę już tutaj, pobraliśmy się

22 października 1949 roku; ponieważ byłem jego

organistą, ksiądz Dziubina przyjechał dać nam ślub.

(Pani Maria, z domu Hryceniak, pochodzi ze

Szczawnika, z sąsiadującej z Nową Wsią gminy

Muszyna, i tak samo została przesiedlona w ramach

akcji w te strony). W Modle są ludzie z Beresta. W

Gromadce część pochodzi z Krzywej, część z

gorlickiego, i są ludzie od Jarosławia.



- Nie było między sąsiadami jakichś drastycznych

konfliktów typu Polak - Ukrainiec. Sołtys Mroczek

był dobry człowiek, sam nie ukrzywdził i nie dał

krzywdzić. Ale byliśmy obywatelami drugiej

kategorii. Z początku nie było nam wolno poruszać

się poza gminą. Rozmawiać po ukraińsku można było

tylko w domu. Nauka w szkole była tylko po polsku.

Przez dziesięć lat nie mieliśmy żadnego naszego

nabożeństwa. Dopiero w 1957 roku ksiądz

Włodzimierz Hajdukiewicz odprawił mszę w

grekokatolickim obrządku w kościele (obecnie

katedralnym diecezji rzymskokatolickiej) św. Piotra

i Pawła w Legnicy. Straszna masa ludzi się zeszła.

Jak ta pierwsza msza się rozpoczęła, nie było w

kościele nikogo, kto by nie płakał. Służba Boża

odprawiała się najpierw raz na miesiąc w Legnicy.

Z czasem bywała coraz bliżej i coraz częściej.



- Jak było? Smutno było. Nam w żaden sposób nie

było wolno działać jako Ukraińcom. Grywałem

trochę na skrzypcach, mandolinie, banjo. Założyłem

małą kapelę; 35 lat przygrywaliśmy na weselach,

zabawach. W Gromadce było Koło Gospodyń

Wiejskich. Założyły chór, w którym było trochę

Polek, trochę imigrantów z Jugosławii, i były też

nasze kobiety. Zaproponowały, żebyśmy im

przygrywali. Trudno było zabronić tym z Jugosławii

śpiewać własne piosenki, to i ukraińskie się przy

tym czasem przemyciło. Od 1957 roku zaczęło się

stopniowo poprawiać. Zaczęto w szkołach nauczać

języka ukraińskiego. Ale zwłaszcza odkąd były nasze

nabożeństwa. Zdarzały się jeszcze prześladowania.

Po tej pierwszej mszy w Legnicy wzywali ludzi na

przesłuchania, straszyli. Innym razem

przyjechaliśmy, a rzymokatolicy zamknęli przed

nami kościół. Tu w Modle też proboszcz potrafił

zamknąć nam drzwi.



Nie ma dokąd wracać



- Byliśmy biedniejsi niż przeciętnie Polacy. Im

przypadły większe, lepsze gospodarstwa. Dostawali

więcej pomocy od państwa. Chodziliśmy do nich na

zarobek. Ale wtedy było nas dużo młodych. Wzięli

się za hodowlę bydła. Mleka było tyle, że wozak nie

mógł zabrać wszystkich konwi na wóz. Ja 45 lat

przepracowałem w lesie, na początku jako drwal,

potem jako gajowy. Były w pobliżu trzy odlewnie

żeliwa, teraz są pozamykane. Dużo młodych poszło

pracować do miedzi. Dużo mieszka w Lubiniu, w

Legnicy. Wyjechali ze wsi.



Z trojga dzieci państwa Hojniaków też żadne nie

zostało w domu. Jeden syn najpierw dojeżdżał na

kopalnię do Rudnej: zima, lato, śnieg czy plucha,

motorkiem do Gromadki, dalej autobusem; potem

wyemigrował do Ameryki. Drugi syn został

księdzem grekokatolickim, pracuje na parafii w

Zielonogórskiem. Córka jest najbliżej, mieszka w

Gromadce.



- Powroty? Nie mieliśmy dokąd wracać. Nowa Wieś

nie przestała istnieć. Nas wywieźli, ale majętność

została. Osadnicy z przeludnionych wsi koło

Nowego Sącza tylko czekali.



"Akt nadania. Powiatowa Komisja Ziemska w

Złotoryi, 26 VII 1958 roku. Ziemi 4 ha, dom, obora,

stodoła, szopa, studnia".



- Nasi ludzie długo się opierali, nie chcieli brać

nadań, traktowali to jako wyrażenie zgody na to, co z

nami zrobiono, jako zdradę ojcowizny. Ciągle

liczyliśmy na to, że będzie można powrócić do

siebie. Władza zresztą, jak widać, nie śpieszyła się

specjalnie z aktami własności. Przez jedenaście lat

jakby traktowała nasze osiedlenie równie

tymczasowo, jak my.



Sięgamy z kolei do fotografii. W Nowej Wsi: dom,

widać po architekturze, stary, ale stoi prosty,

zadbany, odnowiony, oszalowany drewnem, świeżo

pokryty blachą. - Jeździliśmy tam w ubiegłym roku.

Doznaliśmy przyjęcia, jakby powiedzieć

najdelikatniej, chłodnego. Ale przynajmniej

pozwolono nam zrobić zdjęcia.



Na następnej fotografii dom rodzinny pani Marii w

Szczawniku. Ocalała też piękna, trójwieżowa

cerkiew. Należy do parafii rzymskokatolickiej.

Cerkiew w Nowej Wsi spaliła się doszczętnie. W

jakich okolicznościach? Kiedy? Nie otrzymałem

odpowiedzi. Uwagę pana Piotra jakby zaprzątnęło

nagle coś innego, zmienił temat, zresztą już

najwyższy czas zbierać się do kościoła.



Patoka, Modła, Gromadka. Największe, zwarte

skupisko przesiedleńców z akcji "Wisła" w

województwie legnickim. Widać, że nie

przestrzegano tu przepisów "repatriacyjnych" o

rozproszeniu Ukraińców najwyżej po dwie, trzy

rodziny w jednej miejscowości. Najwyraźniej

władze zdawały sobie dobrze sprawę, że ci

deportowani nie należą do niebezpiecznej kategorii

"A", zwolenników OUN czy stronników zbrojnego

podziemia. Z czasem zaś niereglamentowane już

administracyjnie, żywiołowe procesy migracyjne i

demograficzne sprawiły, że populacja ukraińska

przewyższyła tu polską, ale te procesy trwają dalej i

trudno przewidzieć, jaki będzie ich wynik.



Budynki prawie wyłącznie poniemieckie. Tych wsi

nie ogarnął budowlany boom. Zabudowania,

przynajmniej z zewnątrz, sprawiają wrażenie mocno

zaniedbanych, jakby od czasów niemieckich nigdy

nie remontowanych. Za to na cmentarzu wokół

kościoła nie ma prawie wcale niemieckich grobów;

jedna zrujnowana kaplica tutejszych posesjonatów.



Jeśli ojczyzna to pamięć i groby, to ta tutaj, nowa

"mała ojczyzna", jest przepołowiona. Pamięć wciąż

biegnie do Łemkowszczyzny, w Bieszczady, w

okolice Sanoka, Przemyśla, Jarosławia, Lubaczowa.

Tamte ukraińskie groby zniszczyli ludzie, pochłonęła

ziemia, porosła trawa. I tu przepadły stare, pojawiły

się nowe, tych z pierwszego pokolenia osadników,

ale nie wiadomo, gdzie wyrosną następne. - Nie

dostrzegam - mówi ksiądz Marek Sośnicki - żeby

jeszcze ktoś widział sens w byciu sobą, chciał

wiedzieć, kim jest i do kogo należy.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Wprowadzenie demokracji ludowej 1945-1956”