Wrocław, rok zero. Polski "dziki zachód".

Polityka partii komunistycznej wiązała się z przeświadczeniem o potrzebie dynamicznej industrializacji kraju. To zaś nieuchronnie prowadziło do przemian społecznych, wywyższenia osób pracujących fizycznie, zmian w samej mentalności ludzkiej. System ten jednak obarczony był wadą, szybko okazało się, że prowadzi do częstych kryzysów i sprzeciwu społecznego.
Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Wrocław, rok zero. Polski "dziki zachód".

Post autor: Husarz » 18 maja 2013, 20:52

Polacy, Niemcy i Sowieci; pionierzy, szabrownicy i bandyci; rekwizycje, rabunki i morderstwa: w maju 1945 r. stolica Dolnego Śląska była chyba najmniej bezpiecznym miastem w Polsce. Pacyfikacja stolicy „Dzikiego Zachodu” trwała przeszło rok.
Kiedy zakończyła się historia Breslau, a zaczęła Wrocławia? 6 maja 1945 roku, gdy skapitulowała załoga niemieckiej „twierdzy”, a do miasta wkroczyli Sowieci? 9 maja, gdy na kamienicy przy ulicy Poniatowskiego członkowie polskiej „czołówki” administracyjnej wywiesili biało-czerwoną flagę? A może w połowie sierpnia tamtego roku, gdy ogłoszono postanowienia konferencji poczdamskiej, przesądzające o przynależności nadodrzańskiego grodu do Polski?
wroclaw.jpg
wroclaw.jpg (47.6 KiB) Przejrzano 1578 razy
Wydaje się, że pierwszą datą w powojennej historii Wrocławia jako polskiego miasta jest 14 marca 1945 r.: Tego dnia Rząd Tymczasowy – tak się teraz nazywał stworzony przez Stalina w lipcu 1944 r. tzw. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego – mianował bowiem doktora Bolesława Drobnera, działacza Polskiej Partii Socjalistycznej, byłego ministra pracy i opieki społecznej – prezydentem miasta Wrocławia. To, że odpierający ataki Armii Czerwonej obrońcy „Festung Breslau” nie mieli o tym pojęcia, właściwie nie dziwi, skoro nic o tym historycznym fakcie nie wiedział nawet sam nominat: o swym awansie dowiedział się przypadkowo po 10 dniach, od znajomego urzędnika krakowskiego magistratu. Co ciekawe, Drobner uwierzył w tę informację dopiero, gdy wieczorem podało ją w swym serwisie brytyjskie radio BBC.

Nie wiadomo, dlaczego akurat ten człowiek został pierwszym prezydentem Wrocławia. Co prawda świetnie mówił po niemiecku, ale nigdy w tym mieście nie był, nie miał też większego doświadczenia administracyjnego. Nominację jednak przyjął i z ochotą zabrał się do kompletowania ekipy, z którą zamierzał udać się do powierzonego mu miasta.

Pionierzy wiedzieli, że będzie źle. Choć chyba nie sądzili, że aż tak bardzo.

DWÓCH PREZYDENTÓW

Grupę pionierów dowodzoną przez inżyniera Kazimierza Kuligowskiego (nominowanego na wiceprezydenta), która 9 maja wjechała do miasta, przywitały płomienie. Zburzony w blisko 70 procentach Wrocław palił się zresztą jeszcze przez wiele dni.

Ekipa Kuligowskiego z trudem przedarła się przez zrujnowane śródmieście, dotarła do ulicy Poniatowskiego i zajęła kwatery pod numerem 27, w dobrze zachowanej kamienicy. Następnego dnia zjawił się Drobner i rozpoczął urzędowanie, święcie przekonany, że jest prezydentem jedynym.

Nie wiedział, że ma niemieckiego konkurenta: sowiecka komendantura miasta, mimo oficjalnej decyzji Stalina o przekazaniu Dolnego Śląska Polsce, grała bowiem na dwa fronty. Mogła sobie na to pozwolić, bo sprawowała wówczas faktyczną władzę we Wrocławiu.

Za jej przyzwoleniem miejscowi Niemcy – w mieście przebywało ok. 200 tysięcy breslauerów – podjęli próbę zorganizowania własnej administracji, alternatywnej względem polskiej. Już 7 maja zaczął swą jawną działalność utworzony podczas oblężenia komunistyczny Antyfaszystowski Ruch Wolnościowy ­(Antifaschistische Freihaitsbewegung, w skrócie „Antifa”), kierowany przez Hermanna Hartmanna.
W efekcie w pierwszym okresie dochodziło do sytuacji zgoła groteskowych. Przy tej samej ulicy, gdzie urzędował polski prezydent, rezydował – za zgodą sowieckiego komendanta – niemiecki burmistrz, który dysponował własną służbą porządkową, wydawał zarządzenia w sprawie czystości i porządku w mieście, zawiadywał punktami wyżywienia i opieką społeczną oraz posiadał uprawnienia ewidencyjno-meldunkowe, co łączyło się z przydzielaniem miejsc pracy.

Trudno o bardziej wyrazistą demonstrację tego, kto naprawdę rozdaje karty. A niemieccy zarządcy czuli się tak pewni swego, że zachowywali się naprawdę bezczelnie. Drobner w swych wspomnieniach pisze o wydawaniu przez te „organy” odezw, wzywających „Żydów, pół-Żydów, Polaków i przynależnych do państwa, obojętnie jakiej narodowości do stawienia się w niemieckim urzędzie pracy”.

Drobnera tak to zdenerwowało, że poleciał na skargę do sowieckiego komendanta, który... nic nie zrobił, ograniczając się do wyrażenia oburzenia na ten prowokacyjny tekst. Kiedy okazało się, że owa „Antifa” jest zinfiltrowana przez ukrywających się nazistów, całe to towarzystwo (prawie 800 osób) zostało w połowie lipca wysiedlone do Niemiec. Wszelkie niemieckie organizacje i struktury zostały rozwiązane 16 sierpnia, gdy znano już decyzje podjęte w Poczdamie.

PRYWATNIE I INSTYTUCJONALNIE

Największym problemem w pierwszym okresie po zajęciu miasta okazali się szabrownicy. W centralnej Polsce opowiadano sobie o nieprzeliczonych skarbach, spoczywających w opuszczonych niemieckich miastach.

Jaki to dało efekt, zanotowała Joanna Konopińska, poznanianka, która przybyła wraz ze swym ojcem, nauczycielem akademickim, aby budować we Wrocławiu polski uniwersytet. To, co zobaczyła tuż za podmiejską stacją Psie Pole, wprawiło ją w osłupienie: „Na dużej bagnistej łące w bajorach chlupoczącej pod nogami wody stały wózki; setki wózków różnego rodzaju: dziecinne, ogrodowe, drewniane, metalowe, z kołami i bez, a także rowery. Gdy jedni pasażerowie wysiadali z pociągu, inni się do niego pchali, taszcząc szaber: obrazy, dywany, pościel i wszystko, co zdołali na wózkach dowieźć. Pociąg miał zaraz wracać do Oleśnicy”. Dla zdecydowanej większości Polaków odzyskany Wrocław był przede wszystkim świetnie zaopatrzonym domem towarowym.

Robić w nim „zakupy” zaczęli zaraz po zakończeniu oblężenia. Jeden z więźniów obozu pracy usytuowanego na Sołtysowicach, gdzie przebywało wielu Polaków, wspomina, że gdy zniknęli niemieccy strażnicy, kilku co bardziej odważnych rodaków postanowiło udać się „na miasto”. Wrócili pod wieczór w nowych ubraniach, ogoleni, wymyci, pachnący dobrą wodą kolońską i nieźle podchmieleni. Oczywiście następnego dnia ruszyła na „zwiedzanie” Wrocławia znacznie większa grupa. Podobno najłatwiej w tym okresie można było zdobyć zegarek – po prostu zatrzymywało się pierwszego z brzegu Niemca i pokazywało na przegub. Od razu oddawał, co trzeba.
Do indywidualnych szabrowników szybko dołączyli rabusie instytucjonalni – po mieście buszowały liczne „ekipy eksploracyjne” wysyłane z warszawskich ministerstw z „listami zakupów”, a potrzebowano dosłownie wszystkiego: maszyn, centrali telefonicznych, wyposażenia biur, wagonów tramwajowych. Do tej pory w niejednym rządowym gmachu w Warszawie stoją meble zabrane wówczas z Wrocławia. A brano nie tylko dobra ruchome: do początku lat 50. z nadodrzańskiego grodu wywieziono do odbudowującej się stolicy blisko miliard cegieł.

ŁOWCA SZABROWNIKÓW

Świadome, co się dzieje, władze rozpaczliwie usiłowały zaprowadzić jako taki ład. Kuligowski wspominał, jak w pierwszych dniach zebrał ok. 150-osobowy oddział ochotniczej straży porządkowej. Oddział przetrwał tylko kilka dni, po czym dzielni „milicjanci” dyskretnie dali nogę wraz z bronią. Pokusa łatwego zarobku okazała się zbyt wielka.

Byli jednak ludzie, którzy potrafili wykorzystać ten owczy pęd do szabrowania. W mieście brakowało robotników – po co pracować, kiedy tyle dobra leży na ulicy? – a należało zabezpieczyć obiekty przed nadchodzącą zimą. Jeden z pracowników Politechniki, przez przyjaciół nie bez powodu zwany „Wilkiem”, znalazł prosty sposób na braki kadrowe: wychodził na miasto przed świtem wraz z paroma członkami Straży Akademickiej i łapał szabrowników, którzy o tej wczesnej porze cały gromadami grasowali w ruinach i opuszczonych mieszkaniach. Pochwyconym delikwentom dawał do wyboru: odstawienie na posterunek milicji lub tydzień „pracy społecznej” dla Politechniki. Jak się przechwalał, nikt nie odmówił.

Miał też swój patent na fachowców: wystawiał na ulicę maszynę lub naukowy aparat, a w krzakach chował akademika z pepeszą. Wychodził z założenia, że kto się nad aparatem pochylił, ten ani chybi musiał się na nim znać. „Wilk” łowił szabrowników tak skutecznie, że wynieśli się do odleglejszych dzielnic i musiał coraz dalej chodzić na swoje zasadzki.

Ale w efekcie tego megaszabru Wrocław, wcześniej w Niemczech jedno z bogatszych miast, w Polsce przez długi czas był biedny i zaniedbany. Niestety, pierwszy kontakt odzyskanego miasta z „Macierzą” polegał na tym, że synowie owej matki doszczętnie je ograbili. Dobrze ilustruje to fraszka zamieszczona w dzienniku o mocno życzeniowej nazwie „Pionier”: „Zaludniają ziemie śląskie / elementy czysto polskie. / Osadnicy, / robotnicy, / rzemieślnicy, / urzędnicy, / a najwięcej – szabrownicy”.
PRAWDZIWIE „DZIKI ZACHÓD”

W pierwszych powojennych miesiącach Wrocław był chyba najmniej bezpiecznym miastem w Polsce. Poruszanie się po zmierzchu graniczyło z szaleństwem, a i za dnia przechodnia mogła spotkać nieprzyjemna przygoda. Przekonał się o tym doktor Antoni Knot, organizator i późniejszy dyrektor biblioteki uniwersyteckiej, który w drodze do pracy został postrzelony przez zaczajonego w gruzach snajpera. Miał szczęście, kula jedynie otarła się o czaszkę, zostawiając mu na całe życie pamiątkę w postaci szramy.

Ludzie starali się poruszać grupami, gdyż samotne wędrówki nawet w biały dzień mogły skończyć się napadem. Rabusie zwykle rozbierali pechowca do gołego, zabierając mu wszystko – nikogo nie dziwił widok biegnących ulicami przerażonych nagusów, wołających o pomoc. Przyzwoite ubranie stanowiło towar cenny i trudno dostępny, dlatego nie dziwił też fakt, że np. profesor Kamil Stefko, wybitny prawnik, którego spotkała taka przygoda, przez wiele miesięcy chadzał w niebieskim kombinezonie roboczym.

Zdarzały się historie rodem z tragifarsy. Pewnego razu zaginął kierowca rektora Kulczyńskiego. Po dwóch dniach w pobliżu miejsca, gdzie mieszkał, znaleziono trupa ze zmasakrowaną twarzą. Uznano, że to zaginiony i uroczyście nieboszczyka pochowano. Ale po tygodniu okazało się, że mężczyzna żyje! Napadnięto go i pchnięto nożem, po czym ciężko rannego odwieziono do szpitala, gdzie leżał nieprzytomny. Świadomość odzyskał dopiero po swoim pogrzebie.

Niemieccy partyzanci – Werwolf – nie przejawiali we Wrocławiu zbytniej aktywności. Znacznie groźniejsze były bandy kryminalistów, często o mieszanym składzie narodowym (np. złożone z polskich szabrowników i sowieckich dezerterów), gnieżdżące się w rejonie obecnej dzielnicy Krzyki. Obszar ten podczas oblężenia został doszczętnie zniszczony. W gruzowisku, w labiryncie połączonych tunelami piwnic, kryły się grupy bandytów, wypuszczające się nocami w miasto. We Wrocławiu w nocy nie śpiewały słowiki – słychać było strzały, walenie w garnki i niemieckie kobiety, rozpaczliwie krzyczące „Hilfe!”. Pacyfikacja stolicy polskiego „Dzikiego Zachodu” trwała przeszło rok.

SPIRYT JAK ZŁOTO

Panowały wówczas we Wrocławiu osobliwe stosunki ekonomiczne. Długo wynagrodzeniem za pracę był przydział żywności, której zresztą szybko zabrakło – pod koniec lata w mieście panował regularny głód, dotykający zwłaszcza nigdzie nie zatrudnionych Niemców. Często jedynym ratunkiem okazywał się szaberplac – gigantyczne targowisko powstałe w miejscu dzisiejszego placu Grunwaldzkiego, gdzie wymieniało się mienie za jedzenie.

W mieście królował handel wymienny, pieniądze (polskie okupacyjne „młynarki” i niemieckie marki) nie miały żadnej wartości. Cenną „walutą” stał się spirytus – wszystko dało się przeliczyć na gramy owego trunku. Nic dziwnego, skoro Zarząd Miejski pierwsze pobory swym pracownikom wypłacił dopiero we wrześniu.

Procenty przydawały się nie tylko jako ekwiwalent płatniczy. Pionierzy, którzy żywili się w stołówkach organizowanych przez zarząd miejski lub zakłady pracy, wspominali, że długo karmiono ich jedynie kaszą z peklowanym boczkiem, pochodzącym z poniemieckich zapasów. Panowały upały i mięso zaśmierdło, a że innego nie było, więc maczano je w nadmanganianie potasu i dawano do kotła. Śmierdziało haniebnie i powodowało zatrucie pokarmowe. Odkażano się więc wewnętrznie spirytusem... Nie wybrzydzano – wielkim wzięciem cieszyły się zakonserwowane w nim preparaty medyczne, które znajdowano na terenie zrujnowanych klinik wydziału medycznego Uniwersytetu.

Jak komuś znudziły się konserwy, mógł się udać do wrocławskiego ZOO. Jego los okazał się tragiczny. Podczas oblężenia część zwierząt wybito (brakowało paszy), inne po kapitulacji zostały bez dozoru, a szabrownicy i maruderzy traktowali ZOO jako miejsce zaopatrzenia w świeże mięso. Materialne zniszczenia były tak wielkie, że pozostałą przy życiu faunę wywieziono do innych ogrodów zoologicznych. We wspomnieniach pionierów zachował się obrazek przedstawiający małpią matkę, trzymającą za rękę swoje małpiątko i wędrującą zrujnowanymi ulicami. Zwierzęta zapewne skończyły w czyimś garnku.

ZŁOTE RUNO?

Prezydent Drobner swoje wspomnienia o pierwszych dniach w zdobytym mieście zatytułował: „Zdobyliśmy polskie Złote Runo”.

To zrozumiałe – jako przedstawiciel władz musiał zachowywać urzędowy optymizm. Prawdziwy charakter tego „skarbu” oddają słowa słynnego matematyka Hugo Steinhausa, postrzegającego powojenny Wrocław jako „największą kupę dziadów na największej kupie cegieł i rumowisku w Europie”.

To miasto dopiero musiało się narodzić.

JACEK INGLOT (ur. 1962 w Siedlcu Trzebnickim) jest pisarzem, mieszka we Wrocławiu. Autor powieści historycznych i science fiction, m.in. „Quietus” (1997), „Porwanie Sabinek” (2008). Ostatnio wydał powieść historyczno-kryminalną „Wypędzony”, rozgrywającą się na Dolnym Śląsku po II wojnie światowej.



Ludność

W 1939 r. Wrocław liczył 629 tys. mieszkańców. Podczas wojny – w związku z napływem uchodźców i robotników przymusowych – liczba ta urosła do ok. miliona. Po ewakuacji miasta na przełomie stycznia i lutego 1945 r. zostało w nim ok. 200 tys. mieszkańców, z których kilkadziesiąt tysięcy zginęło podczas oblężenia. Po kapitulacji „Festung Breslau” część ewakuowanych wróciła. Spis z sierpnia 1945 r. wykazał, że we Wrocławiu mieszkało 189 tys. Niemców i 16-17 tys. Polaków (tych, którzy się zarejestrowali). W marcu 1947 r., gdy zakończył się zasadniczy etap deportacji ludności niemieckiej, w mieście było 197 tys. Polaków i 17 tys. Niemców (później ich liczba spadła do kilkuset). Dopiero w 1981 r. liczba mieszkańców dorównała czasom sprzed wojny: we Wrocławiu mieszkało wówczas 622 tys. osób.


Sowieckie rekwizycje

Skali indywidualnego i „urzędowego” szabru we Wrocławiu nie sposób ocenić. Więcej wiadomo o tym, co ukradli Sowieci. Na przykład gdy przekazywano polskiemu zarządowi 23 zakłady przemysłu tekstylnego, z figurujących na stanie 2500 obrabiarek zostało 1252, w większości uszkodzonych. W 18 fabrykach branży metalurgicznej Sowieci zarekwirowali 3730 obrabiarek. Z fabryki Linke-Hoffman (późniejszy Pafawag), ograbianej dwukrotnie, wywieziono 424 obrabiarki, 694 silniki elektryczne i wszystkie narzędzia. Szacuje się, że Polska przejęła jedynie 40 proc. potencjału przemysłowego Wrocławia istniejącego przed wojną. (Za: Gregor Thum „Obce miasto. Wrocław 1945 i potem”, wyd. Via Nowa 2005).

ODPOWIEDZ

Wróć do „Gospodarka, kultura i społeczeństwo”