Tak po wojnie rozkradano Opolszczyznę

Polityka partii komunistycznej wiązała się z przeświadczeniem o potrzebie dynamicznej industrializacji kraju. To zaś nieuchronnie prowadziło do przemian społecznych, wywyższenia osób pracujących fizycznie, zmian w samej mentalności ludzkiej. System ten jednak obarczony był wadą, szybko okazało się, że prowadzi do częstych kryzysów i sprzeciwu społecznego.
Awatar użytkownika
Warka
Posty: 1577
Rejestracja: 16 paź 2010, 03:38

Tak po wojnie rozkradano Opolszczyznę

Post autor: Warka » 18 mar 2013, 04:16

Przez kilka miesięcy 1945 roku Śląsk stał się szabrowniczym zagłębiem mebli i sprzętów domowych. Rabowali wszyscy: Polacy, Sowieci, Czesi. Obowiązywała zasada: kto kradnie, ten żyje.

15 czerwca 1945 roku w Głuchołazach milicjanci odkryli zamurowane pomieszczenie w piwnicy poniemieckiej firmy. A w nim potężny skład alkoholu: 6 tys. butelek. Były tam wina białe, czerwone, muskat i tzw. szampan sudecki. Dla powojennego wygłodzonego społeczeństwa takie morze alkoholu to skarb nie mniejszy od bursztynowej komnaty. O tym odkryciu milicjanci nie powiadomili władz cywilnych.

Ówczesny burmistrz Szymon Koszyk o magazynie dowiedział się przypadkowo. Kiedy poszedł tam, milicjanci i robotnicy pod nadzorem szefa urzędu bezpieczeństwa ładowali butelki do samochodu. Bez liczenia, protokołowania czy inwentaryzacji. Burmistrz powołał się na uprawnienia władzy cywilnej do zajmowania mienia poniemieckiego i oświadczył bezpiece, że w imieniu państwa rekwiruje znalezisko.
"Zastępca kierownika odpowiedział na to z uśmiechem: Nie, panie burmistrzu!” - relacjonował Szymon Koszyk w piśmie do starosty nyskiego. "Wino zostało wykryte przez wydział bezpieczeństwa, przy pomocy milicji. My tego wina nie wydamy, jesteśmy jednak gotowi podzielić się z wami. Ponieważ zdania tego nie byłem w stanie zmienić, ograniczyłem się do obserwacji całej akcji”.

Przeładowywanie wina trwało dwa dni. Trzeciego dnia stacjonujący w mieście żołnierze radzieccy zorientowali się, że ktoś sprząta im sprzed nosa coś cennego. Przyjechali po swoją część łupów. Zabrali 400 butelek. Resztę milicja i UB wywiozły. Urzędowi miejskiemu zostawili na pocieszenie 100 butelek do stołówki miejskiej.


Przyjechać, ukraść, wyjechać

Szaber, czyli kradzież na wielką skalę, jest zjawiskiem towarzyszącym każdej wojnie. Przy okazji zajmowania Ziem Odzyskanych w 1945 roku szaber miał kilka fal, różnych autorów i różne oblicze. Po przejściu frontu pierwsza rabowała Armia Czerwona i jej słynne oddziały trofiejne - zdobyczne. Żołnierze kradli na własną rękę, a władza organizowała wywózkę całych zakładów przemysłowych czy linii kolejowych w ramach tzw. wojennych reparacji, czyli naprawiania własnych szkód mieniem nieprzyjaciela.

Specyfiką przygranicznych miejscowości było rabowanie mienia drugiego sąsiada - Czechosłowacji. Jak pisał w maju 1945 roku starosta nyski - Czesi urządzali rabunkowe wyprawy na polską stronę granicy. Usiłowali zabrać całe wyposażenie młyna w Kałkowie koło Otmuchowa.

Były to jednak sporadyczne przypadki. Polska administracja, gdy przejęła teren, zorganizowała szaber instytucjonalny, czyli masowy wywóz dóbr do centrum kraju wraz z rozdziałem mienia pomiędzy odbudowywane urzędy. Na własną rękę kradli też stacjonujący u nas polscy żołnierze, urzędnicy i nawet przedstawiciele wyższych władz. Do nich szybko dołączyli pierwsi osadnicy, głównie z centralnej i południowej Polski, zazwyczaj zainteresowani tylko kradzieżą.

Początkowo plądrowano opuszczone budynki. Potem ofiarami rabunku padały rodziny niemieckie, które zdążyły wrócić do swoich mieszkań i nie zostały jeszcze wysiedlone. Rabowano też w mieszkaniach autochtonów, którzy wystąpili o polskie obywatelstwo i chcieli zostać tu.

Pod koniec 1945 roku zorganizowane bandy napadały już na nowych osadników. Takie grupy jeszcze wiosną 1946 roku działały m.in. w Nysie i Głuchołazach. Starosta nyski alarmował: - Zachodzi obawa, że w wypadku powtarzających się ekscesów ludność polska powracać będzie do swoich dawnych miejsc zamieszkania.


Wspomniany już burmistrz Głuchołaz Szymon Koszyk w lipcu 1945 r. napisał o pierwszych osadnikach: "Element żywiecki jest solidniejszy i mniej wymagający od reszty napływających Polaków. Duża ilość Polaków z okolic Nowego Sącza uciekła z powrotem, zabierając przy tym masę skradzionych rzeczy, których nie można było odebrać, gdyż posługują się środkami, które trudno jest zwalczyć”.

20 września 1945 r. prezydent Nysy Koj donosił wojewodzie, że na ul. Wojska Polskiego doszło do samozwańczej akcji wysiedlania miejscowych Niemców. "Rozpętał się szaber mieszkań. Ludność rzuciła się bezkarnie do plądrowania i wywozu. Wożono autami i wozami. Skutki tego są tragiczne, bo prawo traci wszelkie znaczenie. Państwo traci miliony, albowiem usuwa się z jego dyspozycji przedmioty majątkowe. (...) Materiał ludzki, jaki tu przychodzi rzekomo do pracy, jest w wielkiej części bezwartościowy. Z jednej strony część tych ludzi przychodzi z zamiarem spenetrowania okolicy, zabrania ruchomości i wywozu ich. Dla tych "praca” jest tylko pretekstem, który ułatwia kradzież. Wywiozą kilka razy po kilka walizek, zbiorą kilkadziesiąt tysięcy złotych i po kilku tygodniach są już w Kudowej czy Jeleniej Górze. I wykonują dalej swój proceder.

W podobnym tonie pisał też w sierpniu 1945 r. starosta prudnicki: "W związku z wysiedleniem Niemców do osobnej dzielnicy wzrosła ilość kradzieży mieszkaniowych, tzw. szaber. Kradzieży dokonują nie zawodowcy, ale ludność miejska i wiejska. Można ich podzielić na dwie grupy: jedni szabrują dla osobistych potrzeb. Drudzy wywożą towar na handel. Ofiarą kradzieży padają zarówno mieszkania opuszczone, jak i zajęte przez Polaków w czasie ich nieobecności. Organa MO walczą z kradzieżami, dokonując obław w mieście i na stacji kolejowej, nie są jednak w stanie całkowicie zła usunąć”.


Armia się dorabia

Masowym kradzieżom sprzyjał powojenny chaos, deprawacja niektórych ludzi, zamieszkiwanie obok siebie ludności niemieckiej i polskiej. Na dodatek nowe polskie władze nie potrafiły jasno podzielić między sobą zadań i kompetencji, a potem ich egzekwować. Z jednej strony gospodarzem miast i wiosek byli burmistrzowie i wójtowie. Z drugiej strony w konkretnych firmach i majątkach działały tzw. tymczasowe zarządy państwowe. Ich przedstawiciele, nie patrząc na protesty miejscowych włodarzy, oficjalnie wywozili mienie do centrum kraju. Burmistrz Głuchołaz wyliczył, że błędne i ślamazarne decyzje urzędników tymczasowego zarządu spowodowały w jego mieście kilkanaście milionów złotych strat.
Większość indywidualnych szabrowników starała się zdobyć papier z pieczątką od kogokolwiek, potwierdzający, że meble są zabierane na cele urzędowe. W lipcu 1945 r. komendant milicji w Paczkowie prosił swoje szefostwo o instrukcje, jak traktować Polaków wyposażonych w dokumenty władz radzieckich zabierających samochody i meble – "żeby nie narazić się na nieprzyjemności ze strony władz rosyjskich”.

Innym razem pisał: "Przyjechała grupa operacyjna wydziału ekonomicznego, działając na własną rękę - uprawiają plądrowanie mieszkań z bronią w ręku. Poza tym kłócą się z magistratem miasta Paczkowa, wspólnie się oskarżając o szabrowanie i wywożenie różnych rzeczy”.

Apogeum szabru nastąpiło jesienią 1945 r. W grudniu w powiecie prudnickim za szaber ukarano mandatami 84 osoby, a aresztem - 11. Władze wprowadziły zakaz wywożenia czegokolwiek poza powiat, bez oficjalnej zgody. W styczniu następnego roku o takie pozwolenie starosty wystąpiło 217 osób. Tylko 57 dostało zgodę.

Nie lepiej zachowywało się polskie wojsko, przysłane na Śląsk Opolski do pilnowania granic. Polskie oddziały kwaterujące w Głuchołazach splądrowały miasto dwukrotnie, tuż przed wyjazdem w inne miejsce. We wrześniu kradł 6. pułk piechoty, zabierając 70 krów, 10 koni i drób należący do miasta. Burmistrz Koszyk opisał sytuację tak: "Dochodzi obecnie do opróżniania mieszkań z mebli przez 6. pułk piechoty, który to meble wywozi pociągami i autami na wschód. Władze bezpieczeństwa w powyższych wypadkach nie interweniowały”.

W październiku władze wojskowe aresztowały kilku dowódców 6. pułku piechoty za bezprawne wywiezienie mebli i cennego inwentarza z Głuchołaz. W celi zamknięto byłego komendanta miasta.
6 października 1945 r. burmistrz Głuchołaz raportował do przełożonych, że wyjeżdżające z miasta oddziały wojskowe wywiozły kilkanaście wagonów mebli. Skutek? W Głuchołazach nie ma już mebli dla napływającej masowo ludności polskiej.

"Meble przewożono nie w dzień, ale w nocy, chcąc uchronić się przed zameldowaniem o tym do tymczasowego zarządu państwowego. WP prowadzi niszczycielską robotę, gdyż nagromadziło takie ilości mebli i sprzętu domowego, że kiedy wszystko nie pomieściło się w wagonach, powyrzucano resztę na gołe pole i pozostawiono bez wszelkiej opieki, skutkiem czego okoliczna ludność porozkradała te rzeczy, a deszcz dopełnił zniszczenia. Nawet MO stała się bezsilna, gdyż została niejednokrotnie siłą zmuszona do ustąpienia. Upraszam o nieprzesyłanie więcej pozwoleń na wywóz mebli, gdyż będziemy zmuszeni sprawę załatwiać odmownie”.


W mętnej wodzie

W szaber zamieszana była często elita nowej władzy, w tym odpowiedzialni za bezpieczeństwo publiczne. Czasowo aresztowano np. burmistrza Paczkowa we wrześniu 1945 r. Na ślady takich spraw trudno trafić, bo poszkodowani bali się cokolwiek zgłaszać. Naczelnik nyskiego wydziału lokalowego dr Stanisław Śmietana w zachowanych raportach rzucił trochę cienia na kulisy jednej z pewnie wielu spraw. Poskarżył się na niejakiego L., naczelnika więzienia w Nysie, u którego w lipcu 1945 r. znaleziono efekty "niebylejakiego szabru”: kilkanaście nowych aparatów radiowych, osiem wielkich waliz nabitych jedwabiem, sukienkami damskimi.

"Nie zdołaliśmy nawet spisać protokołu, gdy ob. L. ze wspólnikami porwał i szaber, i nas. Skończyło się na krótkim ograniczeniu osobistej wolności i na pogróżkach. Do mnie odezwał się ob. L.: Pan nie wie, z kim zaczyna! Ja jestem bandyta. Nie radzę panu do mnie się dostać”.

Śmietana oparł się groźbom i spisał protokół, a potem wysłał go prezydentowi miasta. Bez efektu. Po roku, w maju 1946 r. obywatel L. dalej był dyrektorem więzienia i dalej szabrował. Wdarł się do domu mieszkańca Nysy, powstańca warszawskiego, i strzelił do niego z pistoletu.

Poszkodowany za żadne skarby nie dał się przekonać, by wnieść na intruza pisemną skargę. Zbyt się bał o życie, żonę i dwoje dzieci. Innego szabrownika - niejakiego G. wypuszczono z więzienia na rozkaz wojewody.
W jednym z pism do prezydenta Nysy dr Śmietana, który lubił robić spostrzeżenia socjologiczne, podzielił ówczesny aparat urzędniczy na dwie grupy: pionierów i ideowców. Tym pierwszym przyszło umierać z głodu, bo oficjalne pensje były bardzo niskie ("Moja waga po więzieniu gestapowskim i głodówce tamże była nieco wyższa niż obecnie!” – pisał Śmietana). I dodał: "Druga grupa to ci, którzy sami starają się o środki do życia przez polepszenie swojego bilansu wywozem!”.

To bardzo delikatna definicja szabrowników.

Krzysztof Strauchmann

ODPOWIEDZ

Wróć do „Gospodarka, kultura i społeczeństwo”