Wywiad PRL kradł... tożsamość niemieckich dzieci

Przejęcie stanowiska I sekretarza przez Gomułkę w 1956 wiązało się z przejściowym odprężeniem w stosunkach politycznych i gospodarczych. Niebawem jednak kurs ten został zmieniony dalszą forsowną industrializacją kraju. Z polecenia Gomułki stłumiono też manifestacje na Wybrzeżu w 1970, co stało się powodem jego rezygnacji ze stanowiska.
Z przejęciem władzy przez Gierka wiązano duże nadzieje. Rozpoczął on przebudowę gospodarki, zaciągając wysokie kredyty zagraniczne. Pod koniec dekady polityka ta okazała się jednak błędna, państwo zaczęło borykać się z problemami ich spłaty, co doprowadziło w efekcie do głębokiego kryzysu na przełomie lat 70. i 80.
Awatar użytkownika
historyk
Posty: 334
Rejestracja: 19 lis 2010, 20:35

Wywiad PRL kradł... tożsamość niemieckich dzieci

Post autor: historyk » 19 mar 2013, 04:09

Kilka tysięcy osieroconych dzieci pochodzenia niemieckiego po II wojnie stanowiło dla polskich służb specjalnych kopalnię wtórników.
Były to osoby, których tożsamość wykorzystywano jako przykrywkę dla polskich szpiegów w RFN. W Polsce do dziś żyją osoby, które wykorzystał I Zarząd SB. W latach 70. proceder był bardzo modny. – Chodziło o znalezienie osób, których tożsamość można było zduplikować. Dzięki temu polscy oficerowie nielegałowie wysyłani do Niemiec mieli idealną przykrywkę – tłumaczy w rozmowie z DGP dr Władysław Bułhak, historyk wywiadu i zastępca dyrektora Biura Edukacji Publicznej IPN.

Jednym z takich dawców był urodzony w Lęborku Heinz Peter Arnold. Został porzucony przez matkę, która została wysiedlona do Niemiec w 1947 r. Jego tożsamość wydział XIV Departamentu I MSW (nazywany też „N”, czyli nielegalny) nadał agentowi Januszowi K. Była to jedna z najbardziej tajnych jednostek wywiadu cywilnego w PRL. Swojego szpiega przez lata przygotowywała do nowej roli. Zanim wyjechał do RFN, Janusz K. pracował jako nauczyciel niemieckiego w Bydgoszczy i Mońkach.

Wreszcie z pomocą Polskiego Czerwonego Krzyża polski agent odnalazł rodzinę swojego wtórnika, mieszkającą w Niemczech. W 1977 r. szpieg zjawił się w domu niemieckich krewnych, podając się za cudem odnalezionego Heinza. Wkrótce doszło do spotkania z jego matką, która nagle zmarła na zawał serca tego samego dnia. Historię tego spotkania opisał niedawno brytyjski dziennik „Guardian”.

Nie przeszkodziło to Polakowi przystąpić do realizacji planu, wymierzonego m.in. w działające w Niemczech struktury „Solidarności”. Ze swoim perfekcyjnie wyszkolonym niemieckim Polak szybko znalazł pracę w urzędzie migracyjnym w Bremie. Tam miał nieograniczony dostęp do 150 tys. akt niemieckich przesiedleńców. Polski agent nie wzbudzał podejrzeń. Został nawet szanowanym członkiem SDP.

Tak działał przez lata. Aż wreszcie w 1984 r. prawdziwy Heinz Arnold rozpoczął poszukiwania swojej biologicznej matki. Z pomocą niemieckich turystów wtórnik zdołał się skontaktować z Niemieckim Czerwonym Krzyżem. Dni pracy agenta korzystającego z przykrywki były policzone.

Zdemaskowany Polak trafił do aresztu. Rok później został wymieniony przez władze PRL na niemieckiego szpiega. Znacznie gorszy los spotkał dawcę tożsamości. Prawdziwy Heinz zmarł na zawał serca w Gdańsku trzy miesiąca po feralnej wpadce komunistycznego szpiega.

– Prokuratura nie wszczęła śledztwa ani nie przeprowadziła obdukcji. W uzasadnieniu napisano: "Prawdopodobnie zmarł na zawał serca. Jego rodzina do dziś ma wątpliwości, czy była to śmierć naturalna – mówi w rozmowie z DGP dziennikarka Róża Romaniec, siostrzenica prawdziwego Janusza Arnolda. – Niemieccy krewni milczą do dziś. Z kolei bliscy z Polski dążą jedynie do tego, by ten przypadek zbadano. Wątpliwości pomogłyby rozwiać akta operacyjne. O ile jeszcze istnieją, są utajnione.

– Od prawie roku czekam na odpowiedź od odpowiednich instytucji w sprawie podania o wgląd do – choćby fragmentów – tych akt – dodaje Romaniec. To dzięki jej dziennikarskiemu śledztwu sprawa ujrzała światło dzienne. Janusz K. do dziś żyje w Polsce, ma rodzinę, pracuje jako specjalista od handlu zagranicznego w państwowej placówce w Poznaniu.

– Nie wiadomo, ilu takich agentów działało w Niemczech. Mogło to być kilka, najwyżej kilkanaście osób. Wdrożenie szpiega z fałszywą tożsamością było bardzo skomplikowanym, kosztownym i czasochłonnym procesem – mówi Bułhak. – Metodę tę zapożyczono od sowieckiego wywiadu, który posługiwał się cudzymi tożsamościami już w latach 20. XX wieku – dodaje. – Dziś odchodzi się od takich praktyk – przekonuje w rozmowie z DGP Andriej Sołdatow, twórca portalu Agentura.ru. – Podszywanie się pod kogoś innego istotnie straciło na efektywności wraz z rozwojem tak precyzyjnych technik identyfikacji jak choćby badania DNA i powszechnej cyfryzacji danych – dodaje.

To właśnie fałszywe tożsamości zmarłych kanadyjskich dzieci wykorzystywała działająca w USA siatka rosyjskich szpiegów, którą FBI rozbiła trzy lata temu. Metoda ta była popularna także w Wielkiej Brytanii. Jak ujawnił dziennik „Guardian”, brytyjscy policjanci przez dziesięciolecia działali, korzystając z danych zapożyczonych od zmarłych dzieci. W sumie na Wyspach skradziono tożsamość 80 maluchów.

Wdrożenie szpiega z fałszywą tożsamością było drogie, ale opłacalne

ODPOWIEDZ

Wróć do „Polityka, ustrój i dyplomacja”