Wybory parlamentarne 1989 w ujęciu socjologicznym

Ustrój polityczny Rzeczypospolitej Polskiej (Trzeciej Rzeczypospolitej) określony jest Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej uchwaloną przez Zgromadzenie Narodowe 2 kwietnia 1997 roku. Zgodnie z jej treścią Rzeczpospolita Polska jest republiką parlamentarną i realizuje zasady suwerenności narodu, niepodległości i suwerenności państwa, demokratycznego państwa prawnego, społeczeństwa obywatelskiego, trójpodziału władzy, pluralizmu, legalizmu, społecznej gospodarki rynkowej oraz przyrodzonej godności człowieka. Rzeczpospolita określona jest także jako państwo unitarne.
Awatar użytkownika
Warka
Posty: 1577
Rejestracja: 16 paź 2010, 03:38

Wybory parlamentarne 1989 w ujęciu socjologicznym

Post autor: Warka » 16 gru 2012, 15:04

Wywiad z dr. Marcinem Zarembą, pracownikiem Instytutu Historycznego UW i Instytutu Studiów Politycznych PAN



Jednym z najważniejszych ustaleń Okrągłego Stołu było przeprowadzenie częściowo wolnych wyborów parlamentarnych. W jaki zatem sposób wyglądały wcześniej wybory w PRL? Czym różniły się od dzisiejszych?

W oczy rzuca się przede wszystkim ogromna liczba osób głosujących. Od 1957 r.z każdymi następnymi wyborami frekwencja rosła. W 1961 r. osiągnęła 94,8 proc., a cztery lata później 97,2 proc. Największą odnotowano jednak w latach 70. W 1972 r. wyniosła 97,94 proc., by w 1976 r. osiągnąć 98,27 proc. Absolutny rekord pobity został w marcu 1980 r. Oficjalnie w wyborach do Sejmu wzięło 99,87 proc. uprawnionych. I sekretarz PZPR Edward Gierek uzyskał wtedy w Sosnowcu 99,97 proc. ważnych głosów.

Jakie były przyczyny tak wysokiej frekwencji?

Działał motyw konformistyczny – ludzie bali się nie pójść na wybory. Traktowano je trochę, jak wystawienie butelki na mleko – znaczy, że trzeba pójść, bo „oni” mają listy, bo to sprawdzą, bo dziecko nie dostanie się na studia, bo mąż nie będzie awansował. Lepiej pójść, bo to jest taki moment, gdy „oni” mogą zweryfikować, czy ktoś był, czy ktoś jest aktywny, czy nie. Konformizm wydaje mi się motywem, którym kierowała się większość osób biorących udział w głosowaniach w PRL. Konformizm, jak wiemy, jest skorelowany ze strachem. Ten strach przed konsekwencjami niepójścia na wybory musiał być bardzo silny.

Frekwencji nie fałszowano na poziomie najwyższych władz. Sposób działania był zapewne następujący: informacje o uczestnictwie w wyborach na bieżąco przekazywano sekretarzom: komitetów zakładowych, gminnych, powiatowych PZPR. Niska frekwencja na ich terenie mogła być niebezpieczna jako dowód na „braki w pracy partyjnej”. Dopiero, gdy ludzie nie dość gremialnie poszli do urn, a było zbyt późno, by po opornych posłać aktyw, przewodniczący komisji wyborczej dostawał ustne polecenie, by dosypać karty do urn. Frekwencję monitorowano na bieżąco – pilnowali jej zwykle sekretarze powiatowi, gminni, czy zakładowi. Gdy mieli wrażenie, że wybory nie cieszą się wystarczającym zainteresowaniem, to starali się zmobilizować harcerzy, aktyw partyjny. Uruchamiali transport, aby przywieźć chorych, niepełnosprawnych. Powiedziałbym, że frekwencja była wręcz najważniejszą kwestią w wyborach PRLowskich - wobec braku realnej możliwości wyboru pomiędzy opcjami politycznymi.



Plakat wyborczy PZPR


To chyba wspólna cecha dla reżimów autorytarnych?

Nie. W systemach autorytarnych nie potrzebują mobilizować tłumów. Co innego w systemach wzorowanych na modelu radzieckim, gdzie mobilizacja społeczeństwa stanowi najważniejsze pragnienie rządzących. Chodzi o to, by zmobilizować jak największe masy do poparcia systemu. Przed wyborami wszędzie były plakaty, przypominano, by sprawdzić, czy się jest na liście. Prasa przypominała stale o tym wydarzeniu, telewizja nieustannie grzmiała. Pamiętajmy, że wojsko głosowało jak jeden mąż, podobnie duże fabryki. W sam dzień wyborów telewizja pokazywała babcie, które dostawały kwiaty za to, że stawiły się pierwsze na wybory, poszczególne miasta, czy powiaty rywalizowały na żywo przy biciu rekordów frekwencji. Tak więc wydaje się, że faktycznej liczby głosujących władze komunistyczne nie musiały tak znacznie fałszować. Mogła ona faktycznie wynosić około 10% mniej, niż w oficjalnych komunikatach, czyli na poziomie 70-80%.

Ale to wszystko, to próby zachęcenia ludzi do samego głosowania. Czy istniało coś takiego, jak program wyborczy, czy kampania zachęcająca do głosowania na określonych kandydatów?

W jakimś sensie tak – organizowano spotkania z kandydatami na posłów. Oni najczęściej jednak powtarzali ustalenia ostatniego plenum, czy zjazdu partii. Spotkania te przeradzały się często w pewną formę rozmowy z narodem. Można było na nich wyrażać swoje troski, wątpliwości, zgłaszać pytania, propozycje. Obydwie strony wiedziały, że wybór jest fikcją, lecz w ten sposób władze sprawiały wrażenie, że troszczą się o społeczeństwo, że mają z nim kontakt.

Wróćmy do roku 1989. W jaki sposób obydwie strony – komuniści i Solidarność – przygotowywały się do wyborów. Na ile te przygotowania wynikały z doświadczeń poprzednich wyborów w PRL?

PZPR wyraźnie nie była przygotowana na prawdziwe wybory, w których musiałaby z kimś konkurować. Owszem, komuniści potrafili organizować masowe imprezy – wiece, manifestacje itp. Mieli do dyspozycji cały aparat państwowy. Natomiast brakowało im zupełnie doświadczenia w walce o swoje racje. Nie zdawali sobie sprawy, że do wyborów trzeba się odpowiednio przygotować, wymyślić hasła wyborcze. W przygotowaniach PZPR widać było spory bałagan. Hasło wolnych wyborów oznaczało nie tylko dopuszczenie do głosowania na nie-komunistów. Ludzie z PZPR zaczęli również rywalizować między sobą i to na listach wyborczych. Było wyraźnie widać, że system się rozpada, rozłazi. Aparat partyjny zdecydowanie nie stanął na wysokości zadania.

Czy to wynikało z tego, że PZPR była przekonana, że i tak zwycięży?

Trudno generalizować. Pewnie niektórzy faktycznie uważali, że i tak wygrają. O pysze niektórych działaczy PZPR mówią niektóre wspomnienia – Cioska i Urbana zwłaszcza. Było też mało czasu. Konkretna decyzja o terminie wyborów zapadła w kwietniu, a wybory miały być już 4 czerwca. W partii zabrakło czynnika spontanicznego, obywatelskiego, który w tak krótki czas potrafiłby zaskoczyć czymś pozytywnym. Widać było, że PZPR nie jest już tą partią aktywistów wierzących w swoje racje, legitymizujących swoją władzę – tak jak to było w okresie stalinowskim, kiedy komuniści byli faktycznie przekonani o wyższości marksizmu-leninizmu nad wszelkimi innymi poglądami. W 1989 jest to partia schodząca, brak jej determinacji.

A z drugiej strony mamy Solidarność, która pokazała parę ciekawych pomysłów wyborczych – ciekawych również i na dzisiejsze lata – zdjęcia z Wałęsą, plakat „W samo południe”...

Solidarność można zdecydowanie nazwać ruchem obywatelskim. Był on nieźle zorganizowany, ale to nie odbierało mu spontaniczności. Mnóstwo ludzi przychodziło, przedstawiało swoje pomysły. Wszyscy zaangażowani w Solidarność wiedzieli, że te wybory to jest najwyższa stawka. Poza tym ówczesnej opozycji nie brakowało przecież prawdziwych ekspertów w kwestiach medialnych – od Andrzeja Wajdy poczynając przecież. W związku z tym działania Solidarności miały bardziej profesjonalny charakter od kampanii PZPR. Kolejną kwestią jest to, że w środowiskach solidarnościowych - głównie inteligenckich, zaangażowanych, mieszkających w dużych miastach, panowała rzeczywiście olbrzymia mobilizacja. Ona przypominała trochę tę mobilizację podczas ostatnich wyborów w 2007 roku. Ci ludzie nie wyobrażali sobie, by mogli nie pójść na wybory. Dla wielu z nich to były pierwsze wybory w życiu – wcześniej w ramach protestu unikali głosowań. Często mieli poniżej 18 lat w roku 1980, a potem stan wojenny nastawił ich jednoznacznie negatywnie do uczestnictwa w wyborach w latach 80-tych. Stąd w dużych miastach możemy obserwować potężną mobilizację ludzi, którzy wreszcie mają na kogo głosować i chcą wyrazić swoje preferencje. Olbrzymią rolę w mobilizacji społecznej odegrała „Gazeta Wyborcza”, punktująca wówczas bezlitośnie schyłkową rzeczywistość PRL-u.

Nie idą na wybory – i to jest bardzo ciekawe – ludzie ze wsi i małych ośrodków, z niższym wykształceniem. To osoby ogólnie rzecz biorąc określane przez socjologów jako konformistyczne. To osoby, które nie uczestniczą już w życiu obywatelskim, bo już nie trzeba, nikt im nie każe. Z drugiej strony już się nie boją, że jak nie pójdą na wybory, to coś złego może ich spotkać. Już sekretarz partyjny w PGR, w wojsku nie jest taki skłonny, żeby na nich naciskać, zmuszać ich do uczestniczenia w wyborach. Poza tym to ludzie, którzy boją się zmian – w latach 90 będą oni tworzyć tę grupę, która odczuwa niezadowolenie i frustrację z powodu przemian.


Kampania wyborcza Solidarności we Wrocławiu


W publikacjach można się często spotkać ze stwierdzeniem, że te wybory miały charakter plebiscytu – czy chcemy, żeby skończył się komunizm. W końcu komuniści mieli i tak zagwarantowane 65% miejsc w Sejmie. Czy zgadza się pan z takim ujęciem?

Trudno powiedzieć, żeby ktoś w czerwcu 1989 r. wierzył, że komunizm się tak po prostu skończy. Że to będzie takie łagodne przejście, że po wyborach powstanie rząd solidarnościowy. Wszyscy pamiętali, że dla Solidarności przeznaczono jedynie 35% miejsc w Sejmie. Nikt nie myślał, jak się zachowa ZSL, jak się zachowa SD. Zdawano sobie sprawę, że nawet jeśli Solidarność zdobędzie wszystkie miejsca, jakie może zdobyć, to i tak nie stworzy większości w parlamencie. Pogląd o tym, że komunizm może ostatecznie upaść nie był zbyt powszechny. Natomiast były to na pewno plebiscytowe wybory w tym sensie, że ludzie głosowali głównie za lub przeciwko ówczesnej władzy państwowej. Mniej ważne było, kto kandyduje – istotniejsze, z jakiego jest obozu.

Jak duży wpływ na wynik wyborów miała kampania przedwyborcza?

Tego naprawdę nie wiemy. Kampania wyborcza „S” mogła mieć istotne znaczenie w przekonaniu osób, które w początkach lat 80. nie były zaangażowane w Solidarność i nie otrzymywały nielegalnej bibuły (rozchodzącej się poprzez sieć znajomości), lecz nastawionych krytycznie do otaczającej ich rzeczywistości. Natomiast z wielu źródeł dowiadujemy się o wielkiej mobilizacji społeczeństwa w 1989 roku. Możliwe, że nie mniejsze znaczenie od reklam wyborczych, miał sam fakt udziału w kampanii po stronie solidarnościowej tysięcy wolontariuszy. Tych ludzi, ich entuzjazm naprawdę było widać.

Na ile Polacy w 1989 r. byli świadomi tego, że właśnie odbywa się wielki przełom, że obalają komunizm?

Na pewno ci, którzy orientowali się w polityce mieli świadomość, że będzie to wielka zmiana. Od wyborów w 1947 nigdy w polskim Sejmie, poza kołem „Znak”, nie było reprezentantów opozycji demokratycznej. Pamiętajmy oczywiście, że hurra-optymizmu w środowisku Solidarności nie było. Liczono na 20-30% procent poparcia. Nikt nie liczył, że Solidarność zgarnie całą pulę. Oczekiwano, że jeśli będzie choć te 20%, to będzie to ważny głos w Sejmie, że trzeba będzie się z nim liczyć. Że będzie możliwość kontroli, ekspresji swoich poglądów. Na pewno miano świadomość, że system władzy w Polsce ulegnie ewolucji.

Trzeba natomiast powiedzieć, że ludzie byli nastawieni przede wszystkim na tego 4 czerwca. To trochę jak z maturą – wiadomo, że po niej też są jakieś egzaminy, ale na razie najważniejsze, by przejść tę maturę. Innymi słowy mało było refleksji „a co potem?” Co po wyborach? Jeśli jakieś refleksje były, to o tym, że system ulegnie zmianie. Raczej nie sądzono, że komunizm po prostu upadnie.

Po 4 czerwca entuzjazm był wielki. Ale wielka była także niepewność co do dalszych ruchów komunistów. Obawiano się, że może oni teraz odwołają te wybory, że zakwestionują je jakoś. Zaufanie do ekipy rządzącej – Jaruzelskiego, Rakowskiego – było bliskie zeru. Nie sądzono, że to „już”.

Dlaczego frekwencja w drugiej turze wyborów 18 czerwca wyniosła tylko 25%?

Kandydaci Solidarności uzyskali tyle głosów, że większość z nich miała zapewnione miejsce w ławach poselskich już po pierwszej turze. W Senacie obsadziła 92 miejsca na 100 możliwych, zaś w Sejmie 160 miejsc na 161 mandatów, o które mogła konkurować. To znaczy, że ci posłowie i senatorzy z Solidarności uzyskali więcej niż 50% głosów w swoich okręgach wyborczych. To pokazuje skalę poparcia, jaka cieszyła się Solidarność. W drugiej turze startowali głównie kandydaci komunistyczni na pozostałe 299 miejsc, które były dla nich i tak zarezerwowane. Dlatego mało kto chciał wtedy iść na wybory.

Czy 4 czerwca to dobra data na świętowanie końca komunizmu w Polsce?

Świetna. Trudno sobie wyobrazić lepszą. To jedna z najważniejszych dat w historii Polski. Coś się stało i coś się skończyło. Efekt był taki, choć Polacy nie spodziewali się tego, że upadł system realnego socjalizmu, a za nim posypały się reżimy komunistyczne w pozostałych krajach.


Rozmawiał Łukasz Wojtach

ODPOWIEDZ

Wróć do „Życie polityczne III RP”