Ukraina przedmiotem rozgrywki

Polityka zagraniczna RP, sformułowana po przemianach politycznych w 1989, określa ją polska racja stanu. Podstawowe cele polityki zagranicznej w latach 90. pozostawały niezmienne mimo zmian politycznych w parlamencie i rządzie. Są to: członkostwo w NATO oraz Unii Europejskiej, współtworzenie stabilnego systemu bezpieczeństwa europejskiego opartego na współdziałaniu NATO, UZE, OBWE oraz ONZ, utrzymywanie dobrosąsiedzkich stosunków z państwami regionu, działanie na rzecz współpracy regionalnej, zrównoważona polityka wobec Zachodu i Wschodu, popieranie procesów rozbrojeniowych, ochrona tożsamości narodowej i dziedzictwa kulturowego, rozwinięte kontakty z Polonią.
historia Polski
Posty: 110
Rejestracja: 15 kwie 2014, 04:37

Ukraina przedmiotem rozgrywki

Post autor: historia Polski » 06 maja 2014, 16:52

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki
Na Ukrainie giną ludzie, a sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Kiedy świat w końcu przyzna, że na Ukrainie mamy do czynienia z konfrontacją zbrojną, a inicjatorem tych wydarzeń nie są żadni separatyści czy „zielone ludziki” tylko państwo rosyjskie?

- To, że inicjatorem sytuacji konfliktowych i działań destabilizacyjnych na Ukrainie jest Rosja, choć nie było to wyartykułowane wprost, było wiadomo od samego początku, a więc od momentu destabilizacji Krymu. Rosja zdaje sobie sprawę z tego, że nie może utracić wpływów na wschodzie i południu Ukrainy. Wschód Ukrainy to przede wszystkim przemysł, także przemysł zbrojeniowy: czołgowy i rakietowy, z którego Rosja korzystała.

Pamiętajmy, że Ukraina należy do pierwszej dziesiątki państw świata pod względem eksportu broni. W tej sytuacji Rosja walczy o tereny zamieszkałe przez etnicznych Rosjan, ale także o przemysł na tym obszarze. Jest to też walka geopolityczna, bo w momencie, kiedy Putin utraciłby wpływy na Ukrainie, prawdopodobnie utraciłby władzę. Jest to poniekąd także walka o utrzymanie władzy w Rosji. Natomiast to, że Rosja jest stroną tego konfliktu, świat daje znać do zrozumienia, ale bardzo delikatnie. Nie jest też do końca wyartykułowane, że jest to de facto konflikt Rosji z zachodnią Europą i Stanami Zjednoczonymi na obszarze Ukrainy. Rosja walczy o swoje wpływy, a Europa Zachodnia i Stany Zjednoczone o swoje. Sama Ukraina oraz jej ludność są tylko przedmiotem tej rozgrywki.

Dmitrij Pieskow, rzecznik prasowy Kremla, obarczył za rozlew krwi w Odessie władze w Kijowie i państwa zachodnie. Za absurdalne w tej sytuacji uznał przeprowadzenie wyborów prezydenckich na Ukrainie. Czy zbliżamy się do momentu, kiedy Rosja ogłosi, że ma pretekst, żeby oficjalnie, a nie jak dotychczas w sposób zakamuflowany, wkroczyć ze swoimi wojskami na Ukrainę?

- Myślę, że to jeszcze nie jest ten moment. Rosja oczywiście chce pokazać i pokazuje, że co najmniej na jednej trzeciej terytorium Ukrainy nie ma możliwości przeprowadzenia wyborów prezydenckich. Ukraińcy w związku ze zbliżającymi się wyborami nie mogą wprowadzić stanu wyjątkowego ani stanu wojennego i Rosja, zdając sobie z tego sprawę, w ten sposób szachuje obecne władze ukraińskie. Jeżeli na jednej trzeciej kraju nie można spokojnie przeprowadzić wyborów prezydenckich, w związku z tym takie wybory nie mogą być uznane i o to Rosjanom chodzi. W mojej ocenie, faktyczna rozgrywka rozpocznie się po 9 maja, czyli po obchodach Dnia Zwycięstwa, który dla Rosjan i dla obywateli południowej i wschodniej Ukrainy jest wielkim świętem narodowym.

Czego możemy się wówczas spodziewać?

- W związku z obchodami na ulice ukraińskich miast wyjdą potężne tłumy, być może nawet milion osób, i jeżeli doszłoby wówczas do starć na dużą skalę, co nie jest wcale wykluczone, to Rosja w tym momencie będzie miała pretekst do interwencji zbrojnej. Wówczas nie będzie to już kwestia wspomagania separatystów czy tysięcy protestujących osób, ale będzie to już kwestia wsparcia setek tysięcy, a może nawet ponad miliona osób. Władze Ukrainy doskonale zdają sobie z tego sprawę i dlatego spieszą się, żeby do 9 maja zdusić jak najwięcej ognisk separatyzmu i opanować sytuację na wschodzie Ukrainy. Jest to zatem gra z czasem jednej, jak i drugiej strony.

Na czym ta gra będzie polegać?

- Separatyści będą próbowali negocjować, przeciągać w czasie rozwój wydarzeń, żeby nie doszło do zdławienia ognisk oporu przed 9 maja. Zrobią wszystko, żeby osiągnąć swój cel. To, z czym mamy do czynienia, jest to tak naprawdę walka o wschodnią i południową Ukrainę. Taktykę i sposób prowadzenia tej walki, która będzie się z każdym dniem zaostrzać, będziemy obserwować.

Czy w obecnej sytuacji jest jeszcze miejsce na inicjatywę dyplomatyczną, czy może przywódcy Zachodu, choć nikt tego głośno nie mówi, już złożyli Ukrainę jako ofiarę za tzw. święty spokój?

- Zachód coraz bardziej się dystansuje od Ukrainy, choć nie chce tego oficjalnie przyznać. Ukraina ma tak naprawdę tylko jedną szansę – federalizację kraju. Im później rząd w Kijowie zgodzi się na federalizację Ukrainy, tym gorsza będzie sytuacja negocjacyjna władz tego kraju. Zwłoka może doprowadzić do tego, że Kijów utraci wschodnie i południowe tereny Ukrainy. Jest to zatem ostatni czas na decyzje, bo z chwilą wkroczenia wojsk rosyjskich rozmowy będą coraz trudniejsze, podobnie jak trudniejsza będzie pozycja negocjacyjna Kijowa. Przed nami wybory do europarlamentu, tymczasem na zachodzie Europy coraz większe poparcie zyskują partie, które wprost głoszą, że wschodnia i południowa Ukraina to tereny rosyjskie.

Weźmy chociażby Eurosceptyczną Partię Niepodległości Zjednoczonego Królestwa Nigela Farage'a, która ma wielkie szanse na wyborcze zwycięstwo. To tylko jeden z wielu sygnałów, który świadczy, że Europa Zachodnia po wyborach do europarlamentu jeszcze bardziej zdystansuje się od Ukrainy. Najgorszym scenariuszem byłoby pozostawienie Ukrainy z problemami finansowymi, z którymi sama sobie nie poradzi. Z kolei Rosja w swych działaniach przejdzie do następnej fazy, a więc do destabilizacji socjalnej na środkowej Ukrainie.

Co to może oznaczać?

- W interesie Rosji będzie sprowokowanie i doprowadzenie do destabilizacji socjalno-politycznej środkowej Ukrainy, a w konsekwencji do buntu społecznego przeciwko obecnej władzy. W mojej ocenie, faza związana z rozgrywaniem wschodniej i południowej Ukrainy może jeszcze potrwać ok. dwóch miesięcy, potem będziemy mieli przerwę. Następna faza będzie dotyczyć destabilizacji środkowej Ukrainy. Z zachodniej Ukrainy Rosja zrezygnuje.

Jak w tej sytuacji powinna się zachować Polska?

- Według mnie, w obecnej sytuacji dopóki Rosja nie przekroczy realnie Dniepru, Polska powinna być bardziej neutralna i nie powinna angażować się tak mocno w kwestie ukraińskie. Trzeba powiedzieć jednoznacznie, że z punktu widzenia interesów Polski Ukraina z 600 tysiącami km kw. powierzchni czy Ukraina o powierzchni 400 tysięcy km kw. tak czy inaczej jest buforem. Przede wszystkim trzeba patrzeć na interesy Polski, a Ukraina tak czy inaczej będzie nas oddzielać od Rosji. Nasza interwencja byłaby uzasadniona dopiero wówczas, kiedy Rosja zbyt głęboko zbliży się w kierunku Polski. To nie jest jednak ten moment.

Rozgrywka Rosji o wschodnią i południową Ukrainę, w mojej ocenie, to nie jest sprawa Polski, Polska powinna dbać o to, aby w wewnętrznym ukraińskim konflikcie nie były łamane prawa człowieka. Zupełnie niepotrzebnie zaangażowaliśmy się w konflikt na Ukrainie, w konsekwencji czego ponosimy koszty. Bierzmy przykład z Europy Zachodniej, która powoli się wycofuje i będzie to robić dalej. Jeżeli nie wyciągniemy wniosków z tej lekcji, to zostaniemy sami z konfliktem. Absolutnie nie powinniśmy się angażować wprost w działania przeciwko Rosji, np. wysyłając jednostki specjalne. To byłoby bardzo nieodpowiedzialne. Na ten moment działania Polski powinny się koncentrować na dążeniu do powrotu do rozmów i realizacji porozumień zawartych w Genewie. Im później do tego dojdzie, tym gorzej dla Polski, a przede wszystkim dla samej Ukrainy.

Jakie znaczenie, Pana zdaniem, będzie miała planowana na czerwiec wizyta Baracka Obama w Warszawie?

- Jest to wizyta związana bardziej z 25. rocznicą wyborów czerwcowych, konsekwencją których był upadek rządów komunistycznych w Polsce. Prezydent Obama przyjeżdża do kraju członkowskiego Sojuszu Północnoatlantyckiego. Gdyby zapowiedział, że przyjedzie do Kijowa, owszem miałoby to jakieś większe znaczenie. Natomiast wizyta w Polsce pokazuje, że Stany Zjednoczone są zainteresowane Polską, że Polska to obszar wpływów amerykańskich i że Rosjanie w przypadku naruszenia status quo i próby destabilizacji tego obszaru spotkają się z ostrą reakcją, także militarną ze strony Stanów Zjednoczonych i NATO.

Czy nie są to jednak tylko deklaracje i sojusze dobre na czas pokoju, które może – oby nie – zweryfikować życie?

- W mojej ocenie, przez najbliższe 10 lat nie ma zagrożenia polskiego terytorium ze strony Rosji. Moskwa jest i będzie skoncentrowana na Ukrainie. Również sytuacja na Białorusi staje się coraz bardziej skomplikowana dla Putina. Także Łukaszenka zaczął zdawać sobie sprawę, że jego pozycja zależna jest tylko i wyłącznie od Rosji. Na Białorusi żyje kilka milionów Rosjan i ponad milion Polaków. Co stanie się, kiedy Rosjanie zaczną podburzać swoich rodaków, a z drugiej strony Polaków, którzy chcą się przyłączyć do Polski. Istnieje obawa, że w otoczeniu Polski na wschodzie może dojść do różnych działań, które postawią nasz kraj w bardzo trudnej sytuacji, ale mimo to nie powinno to jednak bezpośrednio zagrozić naszemu terytorium. Natomiast jeżeli na przestrzeni kilku lat doszłoby do destabilizacji na środkowej Ukrainie, to może się wydarzyć coś, co dzisiaj wydaje się absurdalne, a mianowicie, że na zachodniej Ukrainie oddolnie ludzie zaczną podnosić głosy, że wobec zaistniałej sytuacji i rozpadu Ukrainy chcą się sfederalizować z Polską.

Czy nie jest to ocena zbyt na wyrost?

- Dzisiaj może się to wydawać absurdalne, ale powiedzmy za 5 czy 10 lat może to być realny problem, z którym chcąc nie chcąc, Polska będzie musiała się zmierzyć. Polska może stanąć przed problemem dużej mniejszości polskiej na Białorusi, a także przed problemem na zachodniej Ukrainie, która może zostać całkowicie zdestabilizowana przez Rosjan. Jeżeli Europa Zachodnia nie ustabilizuje, i to szybko, sytuacji na Ukrainie, tzn. jeżeli nie zgodzi się na federalizację tego kraju, a więc realne oddanie wschodniej i południowej jego części pod wpływy Rosji, to w konsekwencji z czasem może dojść do sytuacji, kiedy będziemy mieć problem u granic Polski związany z destabilizacją przez rosyjską agenturę.

Podobny problem może być także na Białorusi, gdzie Rosjanie też w różny sposób mogą wykorzystywać zaistniałą sytuację. Dzisiaj obserwujemy demonstracyjne działania Łukaszenki, które mają na celu pokazanie, że nie identyfikuje się on z działaniami Rosjan na Ukrainie i popiera obecny rząd w Kijowie. Dla Putina jest to oczywiście zdrada interesów i może się okazać, że po rozprawieniu się ze wschodnią i południową Ukrainą podejmie on działania mające na celu odsunięcie Łukaszenki od władzy. To może oznaczać kolejny konfliktogenny obszar przy granicy z Polską.

Dziękuję za rozmowę.

"Nasz Dziennik"

ODPOWIEDZ

Wróć do „Polska polityka zagraniczna”