Polskie legendy, podania, baśnie.....

Wszelkie zagadnienia dotyczące historii Polski obejmujące szerszy zakres niż dany dział.
Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 23:00

Złota Kaczka
Dawno, dawno temu, w Warszawie, żył pewien młodzieniec o imieniu Kuba, był on przez wszystkich lubiany.
Często zapraszano go do towarzystwa aby zabawiać wszystkich pięknymi opowieściami. Osoby takie szczególnie ceniono, dostarczały, bowiem rozrywki, szczególnie w długie, zimowe wieczory, kiedy szybko robiło się ciemno.

Ludzie, gdy tylko się ściemniało zasiadali w karczmach w których zawsze mile widziany był Kuba. Bardzo łatwo zdobywał wiernych słuchaczy, gdyż jego opowieści zaskakiwały bujnością szczegółów.

Pewnego wieczoru jednak to Kuba usłyszał opowieść, która wciągała go bez reszty i rozpaliła jego wyobraźnię. Starszy pan opowiedział mu przedziwną, baśniową historię, którą, nie wiadomo czy zmyślił czy też była ona prawdą. Starzec zaklinał się, że to nie jego wymysły, lecz opowiedziana mu za młodu prawdziwa historia.

Zgodnie z opowieścią – w Warszawie, w podziemiach jednego z pałaców znajdowało się niezwykłe, czarodziejskie jezioro, a po jego tafli pływał przedziwny, tajemniczy, złoty ptak, który prawdopodobnie był kaczką, choć nikt nie był tego pewien. Mężczyzna, który opowiadał tą historię , sam nigdy nie widział tego jeziora, nie znał również osoby, która odważyłaby się szukać Złotej Kaczki. Wyprawa ta mogła być niebezpieczna, lecz dla śmiałka miały czekać niezliczone skarby.

Kuba, choć był znany i lubiany, nie należał do osób bogatych, na niewiele mógł sobie w życiu pozwolić. Wciąż myślał o Złotej Kaczce, jeziorze pod pałacem i czekających tam skarbach. Tajemnicze obrazy pojawiały się w jego snach, dniami i nocami rozmyślał o wyprawie do warszawskich podziemi. W końcu postanowił, że spróbuje i sprawdzi, czy opowiadana przez starca historia jest prawdziwa! Bez problemu odszukał starego człowieka w karczmie i jeszcze raz zapytał o złotego ptaka. Starszy człowiek z podziwem i troską spojrzał na pełnego entuzjazmu i śmiałości młodzieńca i opowiedział mu wszystko co wiedział o Złotej Kaczce, podając najdrobniejsze szczegóły.

Kuba podziękował starcowi za dobre rady i nie zwlekając podążył według jego wskazówek do miejsca, w którym spodziewał się znaleźć jezioro i pięknego ptaka.

Po wielu godzinach poszukiwań znalazł szczelinę w piwnicznym murze pałacu opisywanego przez starca z karczmy. Była na tyle duża, że bez problemu się zmieścił, zaczął schodzić po stromych, starych schodach, coraz niżej i niżej, przechodził przez mokre, ciemne, pachnące zgnilizną korytarze, niewiele widział przed sobą, ale czuł coraz wyraźniej wilgoć powietrza. Schodził coraz głębiej krętymi korytarzami piwnicy. Choć Kuba nie należał do strachliwych, kilka razy miał ochotę zawrócić i jak najszybciej znaleźć się na powierzchni, ale tajemnica przyciągała go jeszcze bardziej i nie odwracając się za siebie, by nie odczuwać ochoty ucieczki szedł dalej. Nie liczył już zakrętów, które pokonywał, był już bardzo zmęczony, gdy nagle jego oczom ukazała się piękna, jasna, kolorowa poświata. Kuba oczarowany pięknem tego zjawiska, pobiegł, jak tylko mógł najszybciej ku temu wspaniałemu światłu, nie zwracając uwagi na śliskie kamienie.

Wiedział już, że to koniec jego wędrówki, a gdy znalazł się w pełnej kolorów, magicznej poświacie, ujrzał przed sobą jezioro, a wśród mgieł Złotą Kaczkę! Opowieść starca nie oddawała piękna tego ptaka, cały był w złocie, a końcówki skrzydeł połyskiwały brylantami, na długiej szyi Złotej Kaczki mieniły się wszystkimi kolorami tęczy drogie kamienie, a na głowie błyszczała szczerozłota korona!

Jakby tego było mało, ptak przemówił do Kuby ludzkim głosem.
- Skarby, o których słyszałeś, są prawdziwe i otrzymasz je, tak jak legendy o tym opowiadają, ale musisz przejść próbę! Masz tu sto złotych dukatów a jedyne co masz uczynić, to wydać je wszystkie, tylko na swoje potrzeby i przyjemności.

Wydawało się Kubie, że to, o co Złota Kaczka go poprosiła, nie jest wcale trudne. Uradowany szybko odnalazł drogę powrotną i nie tracąc czasu, zaczął wydawać pieniądze, miał bowiem na to tylko jeden dzień. Jeśli wyda pieniądze, wówczas, zgodnie z obietnicami podziemnego ptaka, wszystkie skarby, których od lat pilnuje, staną się jego własnością!

Kuba kupił nowe ubranie u najlepszego krawca w mieście, u którego stroje zamawiał sam król z królową, u szewca nabył najdroższe i najpiękniejsze buty, cały dzień pił najdroższe wino i zajadał się najwspanialszymi w mieście przysmakami. Pod koniec dnia w sakiewce nie było już ani jednego dukata. Nie zauważył jednak drobnego pieniążka, który zawieruszył się w kieszeni jego nowej, wytwornej kamizelki. Słońce zachodziło już nad miastem i nastał czas aby znów udać się do jeziora Złotej Kaczki. Gdy Kuba szybkim krokiem ruszył w stronę starego pałacu, usłyszał brzęk monety, wyciągnął ją z kieszeni i miał już kupić coś u starego sprzedawcy, gdy pod murem ujrzał biednego, starego, schorowanego żebraka, który cichym głosem poprosił go o jałmużnę.

Ręce starego człowieka wyciągnęły się ku chłopcu, a ten niewiele myśląc, oddał pieniążek, żebrakowi! Wiedział, że w ten sposób utraci skarb, który miał otrzymać, lecz jego dobre serce zwyciężyło. W momencie, gdy tylko złoty pieniążek znalazł się w ręce żebraka, ukazała się chłopcu Złota Kaczka, która przypomniała mu o niespełnieniu warunku, bowiem nie wydał wszystkich pieniędzy na siebie, ale wspomógł biednego w potrzebie!

W jednej chwili znikła piękna kamizelka, buty i wszystko, co Kuba tego dnia kupił, został w swoich starych, znoszonych ubraniach. Jednak prawdziwy skarb bił w jego piersi, dobre serce wrażliwe na potrzeby innych ludzi. Stary żebrak przepowiedział Kubie szczęśliwe życie, tak też się stało, Kuba żył z własnej, ciężkiej pracy, znalazł dobrą ją u szewca, potem stał się prawdziwym mistrzem w swoim fachu i nigdy już nie narzekał na brak pieniędzy. Nawet król wysyłał swoich dworzan do szewca Jakuba, który buty umiał naprawiać jak nikt inny w całej Warszawie.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 23:00

Legenda o powstaniu Karpat
W czasach kiedy ludzie zaczynali tworzyć państwa. Na pograniczu kraju Wiślan, istniała rozległa kraina.
Powiadało się, że kraj ten był mlekiem i miodem płynący, ale był krajem zakazanym. Żyły tam bowiem potężne Olbrzymy.

Na ich czele stał potężny król Karpus, który rządziła siedemdziesięcioma siedmioma „Polami”. Każde „Pole” miało Olbrzyma Zwierzchnika, który opiekował się siedemdziesięcioma siedmioma osadami. Każda z osad liczyła po siedemdziesiąt siedem tysięcy mieszkańców.

Każdy z olbrzymów miał po cztery metry wysokości, znali się na astronomii, łowiectwie, zielarstwie. Ale tylko „Król” i Zwierzchnicy Pól posiadali niezwykły dar. Wszyscy oni mieli moc wznoszenia gór. Kiedy powiedzieli „tak”, w miejscu o którym pomyśleli tworzyły się góry, kiedy powiedzieli „nie” to pojawiały się przepaście. Aby więc nie używać tych słów, uznano, że jednym uderzeniem w stół będą wyrażać zgodę, a dwoma dezaprobatę.

Pewnego roku, straszna susza nawiedziła Kraj Olbrzymów, straty był tak wielkie, że głód pustoszył całe miasta. Zrozpaczony Król Karpus, przywołał Zwierzchników i rozpoczął naradę.

- Głód pustoszy nasze miasta i zabiera naszych braci. Tym czasem kraj Wiślan jest żyzny i bogaty w jedzenie. Mieszkają tam prości ludzie, którzy na wojaczce się nie znają. Z łatwością więc podbijemy te ziemie i uratujemy nas od głodu.

W komnacie zdało się słychać pomruki aprobaty, dal królewskiego planu. Zachęcony władca przemawiał dalej. Pozostałe Olbrzymy słuchały go z największą uwagą, co chwilę uderzeniem w stół wyrażając zgodę. Wrzawa była coraz głośniejsza, coraz więcej Olbrzymów uderzało dłonią w ogromny stół, zgadzając się ze swoim władcą. Wśród Zwierzchników był jeden młody Olbrzym, który niedawno otrzymał to stanowisko a wraz z nim moc tworzenia gór i przepaści. Zachęcony coraz mocniejszymi uderzeniami, krzyknął

- Tak! – wtem w komnacie zaległa cisza. Olbrzymy widząc, że żadna góra nie wyrosła w miejscu gdzie się znajdują. Zaczęli się wzajemnie przekrzykiwać, tupiąc nogami i uderzając rękoma.

- Tak! Tak! – krzyk Olbrzymów rozniósł się po całej krainie, aż dotarł do kraju Wiślan, o którym właśnie myśleli.

Tysiące uzbrojonych Olbrzymów ruszyło w stronę kraju Wiślan, gdy nagle dotarli do wysokich gór których wcześniej nie było. Zrozpaczeni chcąc zniszczyć góry, zaczęli jednogłośnie krzyczeć.

- Nie! Nie! – wtem pod ich stopami rozstąpiła się ziemia. Aby się ratować przed śmiercią, uciekli w stronę gór. Ze wszystkich, Olbrzymów uratowała się jedynie garstka. Aby nie pomrzeć w górach z głodu, Zwierzchnicy wykorzystali swoją moc zamieniając wszystkich w zwierzęta. Magii starczyło jedynie aby przekształcić siebie i pozostałe Olbrzymy w żmije.

Dzięki trubadurom historia ta rozeszła się po okolicznych krainach i tak ludzie od Króla Karpusa, góry te nazwali Karpatami.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 23:01

Legenda o kamieniu nieszczęścia
Kamień nieszczęścia, o którym krąży przerażająca legenda pochodził podobno ze Sławinka pod Lublinem.
Dziś spoczywa on na rogu cichej uliczki Jezuickiej i ukazuje ludziom szczerbę po katowskim toporze.

Na początku XV wieku kamień ów znajdował się na placu Bernardyńskim, dawnym placu Straceń. Był on podstawą pod dębowy pień, który przez swe przeznaczenie ociekał krwią skazańców, bowiem właśnie na nim wykonywano wyroki. Zdarzyło się jednak, że kat ściął z wielkim rozmachem głowę niewinnej osoby tak, że pień rozłupał się na dwie części a topór uderzył o kamień i wyszczerbił w nim głęboki wyłom.

Ktoś przytoczył ten kamień na plac przy ul. Rybnej. Pewnego razu szła tamtędy kobieta niosąca obiad swojemu mężowi, który akurat pracował ciężko na budowie. Koło kamienia potknęła się i rozbiła garnki z zupą. Zapach zupy przywabił kilka psów, które rzuciły się na łatwy posiłek. Psy oblizały kamień i za chwilę wszystkie padły martwe. Widok ten wywołał niezwykłe zamieszanie i sensacje, tak też plac otrzymał nazwę Psiej Górki.

Ludzie przekonali się ż kamień jest niebezpieczny. Każde dotknięcie go ręką lub bosą stopą sprowadzało nieszczęście. Pewnego razu kamień ten wpadł w oko piekarzowi który akurat budował piekarnie, użył go do budowy pieca. Kilka dni później spalił się w owym piecu zamknięty przez żonę i jej adoratora.

Nieszczęsny kamień powrócił na Psią Górkę i oślepił murarza, który uderzył go młotem. Wkrótce na tym placu, przystąpiono do budowy kościoła Trynitarzy. Po wybudowaniu murów postanowiono wtoczyć kamień do kościoła i użyć go przy budowie ołtarza. Jednak okazało się, że pomimo wzniesienia budynku i dzwonnicy kościół nie zostanie dokończony, bo brakło funduszów na dokończenie wnętrza. Kilkadziesiąt lat później mury kościoła zostały zakupione przez Paweczkowskiego, który usunął kamień i przerobił gmach na pałac dla siebie, który do dziś stoi na Psiej Górce.

Gdy wybudowano Sobór prawosławny na Placu Litewskim, zły kamień znalazł się obok niego i spowodował śmierć żołnierza, który spadł z dzwonnicy miażdżąc sobie głowę na powierzchni owego kamienia. Władze rosyjskie obawiając się kolejnych wypadków, wywiozło kamień za miasto. Podczas budowy prochowni dostał się on jakimś sposobem do fundamentów. Wiadomo jest, że w roku 1919 prochownia wyleciała w powietrze.

Dwadzieścia lat kamień przeleżał bez żadnych efektów. Po tym czasie znalazł się na wprost Trynitarskiej Bramy, na rogu uliczki Jezuickiej. Gdy przyszyła wojna niemieccy lotnicy bombardowali Lublin. I oto kamień nieszczęścia znowu okazał swoje fatum. Najwięcej ofiar w ludziach poniosła właśnie uliczka Jezuicka i Katedra na którą miał widok przez wylot Bramy Trynitarskiej. Mimo, że samoloty zataczały duże koła, to bomby jakimś sposobem padały głównie w promieniu działania kamienia nieszczęścia.

Obecnie ten kamień - istny prześladowca każdej żywej istoty, spoczywa dalej na rogu cichej uliczki Jezuickiej.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 23:01

Legenda o Janosiku
Legenda o Janosiku przekazywana jest z pokolenia na pokolenie, nie ma nigdzie zapisów tej historii.
Janosik żył w Białce Tatrzańskiej, która była siedzibą grupy zbójników. Zbóje jako panowie Podhala nikogo się nie bali, byli bowiem silnymi mężczyznami o rosłej posturze.

Tak naprawdę Janosik nie nazywał się tak od początku, wcześniej był to Janek. Jego matka przedwcześnie zmarła, a ojciec mieszkał w Krakowie. Janek nie chciał pracować dla Pana, tak jak reszta chłopstwa. Za nieposłuszeństwo syna, kazano pobić ojca, co było przyczyną jego śmierci.

Chłopiec nie miał już nikogo na tym świecie. Pragnął pomścić los ojca i Podhalan, którzy pracowali ponad swoje siły, a mimo to cierpieli głód. Janek postanowił przyłączyć się do zbójników, w tym celu udał się w góry do ich jaskini. Aby zostać zbójeckim kompanem musiał przejść ciężką próbę i wiele sprawdzianów.
Kiedy udało się Jankowi dojść do zbójników, ci akurat zmierzali do wielkiej jaskini. Niedaleko znajdowała się druga jaskinia zamieszkiwana przez boginki, była ona po drugiej stronie niedźwiedziej góry. Trzecia jaskinia była już w Tatrach Liptowskich, to właśnie w niej Janek chronił się długo ze swą ukochaną Maryną.

Gdy Janek dogonił zbójników, drogę zagrodzili mu wartownicy, którzy zabezpieczali zbójników przed panami. Chłopiec na pytanie dokąd idzie odpowiedział, że chce się przyłączyć do zbójników. Ci jednak mu nie uwierzyli. Zbójnicy postanowili, że chłopiec musi się wykazać.
Musiał przeskoczyć z jednej góry na drugą, co nie było proste bo góry rozdzielała jeszcze rzeka. A p drugie musiał ładnie zaśpiewać i zatańczyć, bo tak przystało prawdziwemu zbójnikowi.

Janek wiedział, że mimo trudności zadań, są one wykonalne. Zbójnicy poszli wojować więc Janek dostał czas na ćwiczenia. Chłopcu strasznie dłużył się czas więc postanowił pospacerować w kierunku gór, jednak zabłądził w głębi bukowiańskiego lasu. Na szczęście Janek dojrzał światełko i podążył w jego kierunku. Ujrzał chatkę, więc wszedł do środka i pochwalił Boga.

W izbie zobaczył kobietę, która była czarownicą i poprosił ją o nocleg. Kobieta ostrzegła chłopca, że mieszkają z nią jeszcze dwie siostry, które mogą go zabić. Janek jednak nie miał siły iść dalej i postanowił spędzić tam noc. Ułożył się wygonie na ławie i zasnął. Gdy przyszły pozostałe dwie czarownice, postanowiły nie zabijać Janka, gdyż bardzo chłopiec im się spodobał, musiał jednak poddać się próbie. Polegała ona na położeniu rozpalonych węgli na brzuchu. Janek przetrzymał próbę mimo iż gorące węgle wyżłobiły mu dziurę w brzuchu. Czarownice postanowiły pomóc chłopcu w zostaniu zbójnikiem.

Jedna kobiet pozbierała podkowy końskie, aby wykuć mu ciupagę zbójecką. Druga upolowała zwierzę, aby wykonać mu opaskę zbójecką. Trzecia zbierała len i uplotła mu koszulę.

Ciupaga pomogła mu przeskakiwać z góry na górę i mogła rąbać ośmioro drzwi na raz, na dziewiątych traciła swą moc. Opaska dawał mu dawał mu nadprzyrodzoną siłę, tak że mógł wyrywać drzewa z korzeniami, a koszula nie przepuszczała kul.

Rankiem Janek wyszedł z chaty na spotkał się ze zbójcami. Przypomnieli mu o warunkach, które musi spełnić aby do nich dołączyć. Chłopiec odbił się na ciupadze i przeskoczył z góry na górę. Harnaś jednak nie chciał przyjmować Janka do swej zbójeckiej grupy więc zdecydował aby Janek zmierzył się siłą ze zbójnikami. Oczywiście dzięki koszuli pokonał wszystkich. Wobec tego postawił mu się sam Harnaś. Było trudno pokonać Harnasia, gdyż siłą dorównywał turowi. Jednak za pomocą podarków od czarownic, udało się pokonać Jankowi i Harnasia. W dowód szacunku Harnaś zdjął swą wysoką, zbójecką czapkę, założył mu ją na głowę i nazwał Janosikiem. Odtąd wszyscy szanowali Janosika teraz obaj byli panami Podhala.

Janosik zabierał bogatym panom a pomagał biednym aby nie pomarli z głodu. Zawsze wymykał się wojsku z rąk. Postanowiono więc uciec się do podstępu. Powiedziano Marynie, że Janosik po słowackiej stronie znalazł sobie inną dziewczynę, którą kocha. Była to podstępne kłamstwo. Janosik nigdy nie zdradzał Maryny. Ale Maryna jak to kobieta ze złamanym sercem uwierzyła w te brednie i postanowiła pomóc wojsku. Gdy Janosik tylko wszedł do izby, Maryna odpięła mu opasek, zdjęła koszulę i rzuciła je do przepaści razem z ciupagą. Po chwili wbiegła straż aby pojąć Janosika. Maryna dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że to pułapka i co właśnie zrobiła. Było jednak na to za późno. Sąd wydał wyrok powieszenia Janosika na haku za "pośrednie źebro" (ostatnie żebro)

Maryna cały czas płakała i przepraszała Janosika. Ten jednak jak przystało na prawdziwego zbója palił fajkę i konał w bólach i męczarniach. Podobno wypalił funt tabaki zanim zmarł. Maryna przytuliła się do niego, a Janosik chcąc ją pogłaskać, nie zdawał sobie sprawy jaka siła pozostała mu w ręce i zgniótł jej czaszkę. Tak oto zginęli oboje.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 23:02

Legenda o powstaniu Kielc
Działo się to za panowania Bolesława Śmiałego, kiedy jeszcze tereny dziewiczego państwa porastała gęsta puszcza.
Zbliżał się wieczór, umilkły już rogi myśliwskie i psie gonitwy. W puszczy robiło się coraz ciszej i ciemniej. Z gęstej ściany lasu wyjechał na swym koniu jeździec. Zadął w róg myśliwski. Dźwięk ten był potężny i rozdzierał cisze lasu. Gdy głos rogu ucichł zapadła znów cisza, nie było żadnej odpowiedzi. Długo jeszcze zabłąkany, młody Książe Mieszko, syn Bolesława Śmiałego, próbował zwołać rozproszoną po świętokrzyskiej puszczy drużynę myśliwską.

Noc pogrążyła we śnie cały las a na niebie pojawiły się setki gwiazd. Zmęczony długim polowaniem Książe ułożył się na mchu pod wielkim drzewem. Zamknął opadające już powieki i zapadł w głęboki sen.

Mieszko śnił, że napadli go w lesie groźni zbójcy. A on, jako odważny potomek Piastów zmierzył się z nimi w nierównej walce. Czuł się przepełniony cudowną mocą, dzięki której pokonywał zbójców. Ranni napastnicy ratowali swe życie ucieczką. W końcu pozostał tylko jeden zbójca, który aby ocalić swoje życie poddał się księciu. Zmęczony, spragniony Mieszko, chciał ugasić swoje pragnienie. Jednak gdy zaczął rozglądać się wokoło siebie za leśnym strumieniem, pokonany zbójca podał mu swoją miedzianą butelkę. Spragniony Mieszko napił się z butelki i grymas bólu wykrzywił mu twarz. Wrzucił naczynie i wypluł wszystko co miał w ustach. Jad był piekielnie silny, bo palił ogniem gardło. Książe gorączkowo rozglądał się za strumieniem lub inną sadzawką, aby wypłukać usta i ugasić dręczące pragnienie. Nie znalazł jednak żadnego zbiornika wody. Mieszko poważnie zaczął się bać o swoje życie. Nagle dostrzegł niezwykłą jasność bijącą z kępy młodych modrzewi. Mieszko poznał, że jest to święty Wojciech, który został zamęczony przez Prusów za krzewienie wiary. Padł więc na kolana. Święty uśmiechnął się dobrotliwie i nakreślił pastorałem na murawie kręty szlak. Po chwili tym właśnie śladem popłynął srebrzysty strumień zimnej wody. Spragniony Mieszko pił ją łapczywie do momentu, aż ugasił pragnienie.

I wtedy Książe ocknął się z dziwnego snu. Wiatr rozgonił już poranne mgły i Książe zobaczył spływający z szumem po kamieniach strumień. Napił się z niego smacznej, zimnej wody – jakże podobnej do tej którą pił we śnie. Mieszko zadął w róg. Odpowiedziały mu szybko radosne okrzyki i pohukiwania zaniepokojonej o pana myśliwskiej drużyny. Po chwili wyłonił się z lasu orszak łowiecki Mieszka. Kiedy Książe miał już odjeżdżać, obejrzał się i zauważył bielejące w leśnej murawie olbrzymie kły – pozostałość po jakimś niespotykanych rozmiarów zwierzęciu.

Po powrocie oznajmił wszystkim, iż w miejscu, w którym nocował, zbuduje gród z kościołem. Dotrzymał słowa i w miejscu, w którym miał dziwny sen wybudowano kościół pod wezwaniem św. Wojciecha. A strumień w którym Książe ugasił pragnienie nazwano Sinicą. Nowo powstałej osadzie, na pamiątkę znalezionych przez Mieszka kłów nadano nazwę Kielce.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 23:02

Duch ze Złotoryi
Czasem się zdarza, że nasze wady charakteru sprawiają innym ludziom wiele kłopotów, jednak gdy ma się tych wad kilka, bywa, że jedna naprawia skutki tej drugiej.
Tak też się stało w Złotoryi. Otóż Książe Bolesław Łysy z Legnicy był człowiekiem bardzo porywczym a do tego jeszcze niecierpliwym. Jego szybko wydawane wyroki były najczęściej brzemienne w skutkach. Książe nie troszczył się o to czy jego rządy są sprawiedliwe, czy niesprawiedliwe. Nie przejmował się też skutkami swoich poczynań. Najważniejsze dla niego było, że sprawa została załatwiona szybko i nie musi więcej marnować swojego cennego czasu.

Zdarzyło się pewnego razu, że Książe Bolesław Łysy zasiadł w składzie sędziowskim. Rozpatrywano sprawę ciężkiej zbrodni, którą miał wykonać mieszkaniec Złotoryi. Niczego jednak nie udowodniono. Większość mieszkańców uważała oskarżonego za niewinnego, gdyż uchodził za bardzo uczciwego, bogobojnego mężczyznę. Tak więc starano się uzyskać dla niego uniewinnienie.

Jednak proces się przedłużał, z Książe nie miał zamiaru poświęcać mu więcej czasu, szczególnie, że miał inne wiele ciekawsze zajęcia. Zerwał się więc na równe nogi i ogłosił, że jego zdaniem mężczyzna jest winny i należy skrócić go o głowę. Zanim wskoczył na swojego konia i odjechał dodał jeszcze, że przed zachodem słońca chce pisemnej relacji z wykonania wyroku.

Na szczęście sędziowie wyżej cenili sobie sprawiedliwość i życie mężczyzny, dlatego kontynuowali proces. I rzeczywiście okazało się że człowiek ten jest zupełnie niewinny.

Jednak cóż teraz począć? Książe wydał już wyrok i wszyscy wiedzieli, że na marne prosić go o zmianę decyzji i ułaskawienie. Co rozkazał, musiało być wykonane i już.

Pozostała tylko jedna nadzieja na uratowanie niewinnego człowieka. Pozostawiono lekko uchylone drzwi do loch, niby przez przypadek. Skazaniec uciekł a Księciu powiedziano, że wyrok został wykonany zgodnie z jego wyrokiem. Nie znaleziono innego sposobu i kłamstwo było w tej sytuacji mniejszym złem niż śmierć niewinnego.

Kiedy sprawa wydawała się już zapomniana, nieszczęsny skazaniec wrócił do swojej rodzinnej wioski i ponownie rozkręcił swój dawny interes. Cóż los chciał, że i Bolesław Łysy znowu pojawił się w Złotoryi. Kiedy Książe skręcił w jedną z uliczek ujrzał skazanego przez siebie na śmierć mężczyznę, niosącego na plecach kosz i podpierającego się laską. Mężczyzna na widok swojego oskarżyciela stanął jak wryty, a na twarzy zrobił się blady niczym śmierć. Spodziewał się bowiem, że Książe zażąda wykonania wyroku.

Jednak uratowała go druga zła cecha Księcia, a mianowicie to, że był on bardzo przesądnym człowiekiem i wierzył we wszelkie zabobony. Tak więc i on stał cały blady , wstrzymał konie i nie poruszał się patrząc na mężczyznę z koszem na plecach. Zrobiło mu się słabo, ze aż zamknął oczy. Właśnie ten moment wykorzystał nieszczęsny człowiek i prędko zniknął z pola widzenia. Tak więc gdy Książe otworzył oczy nikogo przed sobą nie ujrzał. Władca wyglądał jakby zobaczył ducha, który przybył po jego duszę. Pomyślał bowiem, że zjawa nie szukała tu nikogo innego jak tylko swego niesprawiedliwego sędziego. Książe postanowił jak najszybciej opuścić to miejsce. Od tamtego czasu już nigdy nie pojawił się w Złotoryi, a i mieszkańcy tego grodu za nim nie tęsknili.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 23:03

Panna i niedźwiedź
Działo się to na początku XII wieku, kiedy zamek szanowanego Piotra Włostowica spoglądał dumnie ze szczytu Ślęży na piękną śląską krainę.
Na zamku panował spokój. Nie było słychać odgłosów uderzającej o siebie stali. Rycerze nie toczyli ze sobą potyczek w ramach ćwiczeń w tym rzemiośle. Nie wyruszano na wojny, ani na łupieżcze wyprawy. Wszystko to za sprawą Piotra Włostowica, który nie dla pozorów uznawany był za zwolennika pokoju. Starał się on aby pokój panował w murach jego własnego zamku.

Na dziedzińcu trzymano kilka niedźwiedzi , które służyły jako rozrywka i przyjemność mieszkańcom zamku. Niedźwiedzie były otoczone ze wszystkich stron wysokimi i mocnymi kratami. Wyznaczono dla nich opiekuna, który dbał i troszczył się o nie, oraz tresował je aby zabawiały publiczność zamku swoimi ruchami i sztuczkami.

Jeden nadzwyczaj spokojny i oswojony niedźwiedź zaprzyjaźnił się z pewną dziewczyną. Była ona służką na zamku i nazywała się Gertruda. Niedźwiedź ten był jednocześnie ulubieńcem pani zamku, żony Piotra – Marii.

Miś ten uwielbiał ryby, więc Gertruda od czasu do czasu otrzymywała pozwolenie od swej pani, aby przynosiła niedźwiedziowi jego ulubione danie. Gdy tylko służka schodziła ze stoku góry aby kupić ryby, niedźwiedź, dobrze znając jej cel, również schodził za nią do połowy drogi, na tyle na ile pozwalały mu kraty. Zwierzak odbierał od niej ciężar i przekazywał go potem swej pani.

Pewnego dnia Gertruda ponownie zeszła z góry, aby kupić ulubioną potrawę niedźwiedzia. Jednak służka znacznie spóźniała się z powrotem, miś musiał na nią długo czekać. Gdy wreszcie doszła do miejsca, gdzie czekał na nią niedźwiedź, ten rzucił się łapczywie na nią chcąc szybko dosięgnąć koszyka. Jednak dziewczyna, jak to miała w zwyczaju zeszła na skraj drogi i drażniła niedźwiedzia, podstawiając mu pod nos pachnącą rybę.

Biorąc jednak pod uwagę czas jaki niedźwiedź oczekiwał na swój przysmak, nie był teraz skłonny do igraszek. Rozzłoszczony natarł na dziewczynę stając na tylnich łapach i wymachując swoimi potężnymi łapami. Gertruda będąc w najwyższej opresji, wzięła swoją długą szpilę, którą zawsze spinała chustę i wbiła ja głęboko w oko niedźwiedź.

Miś rycząc przeraźliwie z bólu rzucił się na służkę i zabił bezbronną, ciężko ranną dziewczynę. Potem zaś niedźwiedź sam padł martwy przy nogach swej ofiary, jednocześnie przygniatając koszyk, którego należał już tylko do niego.

Następnego dnia ogłoszono poszukiwania zaginionego niedźwiedź i służki. Znaleziono oboje martwych, leżących we własnej krwi. Pani zamku – Maria, rozkazała wznieść w tym miejscu pomnik, który stoi tam po dziś dzień. Znajduję się on po drodze na górę Ślęże od strony miasta Sobótka. Ten granitowy pomnik przedstawia figurę dziewczyny niosącej rybę, u której stóp leży niedźwiedź.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 23:04

Studnia Trzech Braci
W czasach kiedy Śląsk porastał gęsta nieprzebyta puszcza, w jednej z niewielu osad, żyli trzej mężni bracia.
Bolko, Leszko i Cieszko. Każdy z nich był odważnym, zaprawionym w boju wojem, ale bardziej od wojaczki kochali polowanie.

Często w trójkę wyprawiali się na łowi, dostarczając całej osadzie niezbędnego mięsa. Zawsze robili to razem, dzięki czemu mieli większe szanse na upolowanie zwierzyny.

Pewnego razu nakłonieni przez ludzie, ze swej wioski postanowili sprawdzić, który z nich jest najlepszy w polowaniu. Każdy z braci uważał, że to on ma największe zasługi w dostarczaniu jedzenia do osady. Niezbędne więc były zawody o miano najlepszego. W tym celu każdy z braci miał przywiedź jednego jelenia, bażanta i dzika. Ten, kto powróci pierwszy okaże się zwycięzcą.

Bracia przygotowali się do samodzielnego polowania, objuczyli konie, wzięli kilka rodzajów broni, bukłaki z wodą i róg, w który mieli zadąć raz za każdym upolowanym zwierzęciem i trzy razy gdyby się zgubili.

Wyruszyli razem w tym samym kierunku, po raz pierwszym w swym życiu mieli polować samodzielnie, bez pomocy pozostałych braci. Już na brzegu puszczy Leszko, który był najlepszym tropicielem złapał ślady dzika i odłączył się od braci.

Bolko i Cieszko ruszyli w przeciwną stronę, wspierając się i jednocześnie ze sobą konkurując. Cieszko, który miał najlepszy słuch, usłyszał nieopodal miejsca ich pobytu bażanta. Szybko przyszykował łuk i zanim Bolko zdążył się zorientować, jego brat miał już pierwsze upolowane zwierze. Cieszko zadowolony z połowu, zadął wróg aby dać znać do wioski, że odniósł pierwszy sukces.
Ryk rogu wypłoszył z kniej jeleni, jako że Cieszko szedł po bażanta nie mógł gonić zwierzyny, co wykorzystał Bolko ruszając za jeleniem.

Od tej pory Cieszko wędrował sam. Przesuwał się w głąb puszczy szukając kolejnej zwierzyny, która dałaby mu zwycięstwo. Kiedy nastał wieczór, Cieszko zatrzymał się rozpalił ognisko i przygotował bażanta, które rano upolował. Następnego dnia gdzieś w oddali usłyszał róg jednego z braci. Uradowany pognał w stronę brata, w drodze natrafił na stado bażantów. Jako że był dobrym łucznikiem, wykorzystał moment i upolował cztery kolejne ptaki. Nie wiedział jednak gdzie dalej jechać, udał się więc w kierunku z którego dochodził głos rogu. Po kilku godzinach dotarł do niewielkiej polany, na środku której biło małe źródełko. Z nastaniem wieczoru rozpalił ognisko, zjadł kolację i zasnął. Wraz ze wschodem słońca usłyszał róg drugiego z braci. Tym razem głos był tak mocny, jakby był tuż przy nim. Cieszko zerwał się na równe nogi i oto z gęstej puszczy wyłonili się jego bracia. Leszko wlókł za sobą dzika a Bolko pięknego jelenia.

Bracia na swój widok zaczęli się radować i witać. Zrozumieli, że razem tworzą najlepszy zespół myśliwski i każdy z nich jest tak samo ważny. Siedząc przy ognisku i opowiadając sobie historie jakie przeszli w czasie tych dni, postanowili, że w miejscu gdzie się spotkali wybudują osadę i na znak radości z tego spotkania nazwą ją Cieszynem. W miejscu gdzie było źródełko, z którego czerpali wodę, postawili studnie, która po dziś dzień stoi w Cieszynie i przypomina jego mieszkańcom o niezwykłych braciach.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Historia Polski ogólnie”