Polskie legendy, podania, baśnie.....

Wszelkie zagadnienia dotyczące historii Polski obejmujące szerszy zakres niż dany dział.
Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 22:54

Poznańskie koziołki
W dużych miastach zdarzają się czasem różne tragedie, jedną z nich był wielki pożar Poznania.
Po tym wydarzeniu postanowiono odbudować ratusz i zamówić u mistrza Bartłomieja z Gubina specjalny zegar na ratuszową wieżę. Nie każde miasto było stać na taki wydatek, lecz Poznań był wtedy jednym z najbogatszych miast Polski więc rada miejska postanowiła hucznie uczcić to ważne wydarzenie. Zaplanowano wydać wielką ucztę, na którą miały zjechać do miasta najważniejsze osobistości w kraju.

Pracy było co nie miara, a kucharz uwijał się jak tylko mógł by wszystko było gotowe na czas. Na główne danie miał podać aromatyczną pieczeń z sarniego udźca. Do obracania pieczeni na rożnie został wyznaczony mały kuchcik Pietrek. Goście już zaczęli przybywać i na rynku robiło się coraz tłoczniej, tyle ciekawych rzeczy do obejrzenia, a sarni udziec piecze się tak powoli i trzeba go cały czas obracać.

W dodatku sam mistrz Bartłomiej opowiadał mu rano o mechanizmie zegara, o tym jak kółka, obracają się powoli cichutko tykając. Opowiadał o ciężarkach, które poruszają zegarowy mechanizm. A on musi siedzieć i pilnować pieczeni. W końcu Pietraka ciekawość nie znalazła umiaru. Chłopiec postanowił tylko na chwilkę zostawić pieczeń i chociaż raz spojrzeć na zegar i przyjrzeć się wszystkim wspaniałością na poznańskim rynku. Przecież w ciągu kilku minut nic się nie stanie.

Niestety kuchcik zapomniał o swoim obowiązku i pieczeń spadła do ognia przez co spaliła się na węgielek. Przerażony chłopiec nie stracił jednak głowy. Pobiegł ile sił w nogach na pobliską łąkę, gdzie mieszkańcy wypasali swoje zwierzęta i porwał dwa pasące się koziołki. Siłą zaciągnął zwierzęta do ratuszowej kuchni. Koziołki czując, że to ich koniec, w amoku wyrwały się chłopcu i uciekły na wieżę.

Tam na oczach zgromadzonych gości przestraszone zaczęły się trykać rogami. Widok koziołków tak rozbawił burmistrza, wojewodę i wszystkich zebranych, że darowali Pietrkowi jego winę. Polecono zegarmistrzowi wykonanie specjalnego mechanizmu, który każdego dnia wprowadzałby w ruch zegarowe koziołki. Od tego czasu codziennie, gdy wybije południe, podczas gdy trębacz gra hejnał pokazują się zgromadzonej gawiedzi dwa trykające się koziołki

A co stało się z prawdziwymi koziołkami z poznańskiego ratusza? Na szczęście nie trafiły na stół radców miejskich i wojewody. Ściągnięto je z wieży i zwrócono dawnej właścicielce, ubogiej wdowie.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 22:54

Śpiący rycerze w Tatrach

Dawno , dawno temu, polskie, wojsko, przywędrowało od Krakowa czy gdzieś od Poznania i Gniezna, aż w tatry.
Przewodził mu król Chrobry. Za naszej pamięci nikt tego wojska tam nie ujrzał, lecz przed wiekami był we wsi Kościeliskach, czy też w Zakopanem mały chłopczyk, który na lato wyganiał stado ojca do Doliny Kościeliskiej na pastwisko. Owce się pasły, pilnował ich pies owczarski, a chłopiec, że był zręczny i niesłaby, wspinał się po tych skałach i napotykał jaskinie, do których przed nim nikt jeszcze nie dotarł.

Pewnego razu zabłąkał się w nieznane, strasznie czarne i strome urwiska, oślizłe od wody śniegowej, ukryte w gąszczu krzewów i wysokich świerków. Rozejrzał się dokoła. Ani śladu ścieżki, którą przed chwilą przebył. Z początku przeraził się, ale po chwili pomyślał:

- Jeśli tu doszedłem,, to i wrócę, jak nie tą, to inną drogą.

I aby dodać sobie odwagi huknął na góry, na lasy, huknął raz i drugi. Odezwało mu się echo. Huknął po raz trzeci i skamieniał. Zdało mu się, że słyszy organy, które jakby grały wewnątrz turni, równie potężnej muzyki nigdy jeszcze nie zasłyszał.

W tej samej chwili z przeraźliwym trzaskiem rozstąpiły się ściany urwiska i przed oczami pastuszka pojawił się olbrzym cały zakuty w zbroję, ze skrzydłami u ramion, z ogromnym, prostym, szerokim mieczem w dłoni. Stanął ten rycerz w słońcu, jak w złocie, i zawołał:

-Kto ośmiela się budzić nas ze snu wiekowego? Czy nadszedł już czas?

Ale chłopiec, oniemiały z przerażenia, nie potrafił odpowiedzieć, bo też i pytania tego nie zrozumiał. Rycerz zaś, zauważył jego strach i powiedział:

- Nie lękaj się, albowiem nic złego Ci nie uczynię. Pomnij iż jestem wojownikiem, który za swą ojczyznę krew przelewał. A po owym czasie wraz z kompanami w te góry przyszedłem by zapaść w sen wiekowy. Ale zbudzimy się do życia, gdy ludzki umysł osnowa mądrości się okryje, a serca ich wypełnią wiara i dobroć, które tobie od zawsze towarzyszą. I nie będą mogli ucisku zła wytrzymać. Wtedy też pojawi się chłopiec podobny do Ciebie wybrany z milionów, a jego serce tak jak twoje będzie najgodniejsze z pośród żyjących. On to zakołacze w bramę złocistą i takimi słowy nas zbudzi.

"Wstańcie, wojownicy, ze snu wiekowego, wstańcie i uwolnijcie ludzi, którzy stali się już dobrzy i wielka jest ich wiara, uwolnijcie ich z pod panowania złego. Wstańcie, Ci, którym skrzydła zdobią nieugięte plecy, wstańcie niczym zastępy aniołów, bronić swego ludu.”

- Wszyscy jak jeden mąż to usłyszymy, a że skłamać nie skłamie, uwierzymy w jego słowa. Dosiądziemy swych koni i z mieczem w ręku popędzimy w świat jak pioruny w wielką burzę.

Wierzchowce nasze świerki łamać będą swymi kopytami, ze szczytów potoczą się wielkie głazy. Wody z rzek i jezior opuszczą swe koryta, nastanie gęsta mgła, e której nic się nie dojrzy. Niebo przeszyją błyskawice, które uderzać będą raz za razem bez ustanku. Wszystkie żywe istoty opanuje strach, lecz potem wszystko ucichnie. Pioruny umilkną, rzeki wrócą w swe miejsca, mgły opadną na trawy i kwiaty, zdobiąc je srebrną rosą. A gdy na niebie wstanie jasne słońce, ludzie śpiewać będą i weselić się, bowiem radość ze zwycięstwa nie będzie końca.”

Rycerz skończył przemawiać. A pastuszek nasłuchawszy się tych dziwów padł na kolana i powiedział:

-Pójdę ja teraz , choćby i na kraniec świata i opowiem ludziom coś mi rzekł. Chciałbym mieć wiarę i mądrość tak wielką, by móc nauczyć innych wiary i mądrości potrzebnej do wyzwolenia.

Podniósł z ziemi go wojownik i rzekł:

-Dostąpisz wielkiej łaski, dane ci będzie zobaczysz nas wszystkich razem, abyś do ludzi, których spotkasz zawołał: "Wierzcie mi, bracia moi, bom na własne oczy widział zastępy wojów mężnych.”

Powiedziawszy to zabrał chłopca do jaskini napełnionej światłem. Cały dzień nie wystarczyłby aby ją przejść, była bowiem tak ogromna. Ściany groty ozdobione były najróżniejszymi motywami, kwiatami, drzewami, falami, a sklepienie zdobiły przeróżne paprocie i inne zioła.

Przebyli kilkadziesiąt metrów i natrafili na kaplice ze złocistego głazu, na skamieniałe wodotryski, na błękitne podziemne jeziora i stawy, a w niektórych miejscach zdawało się jakby na nagrobki rozrzucone po cmentarzysku, aż wreszcie wkroczyli do groty tak ogromnej, że jej okiem nie zmierzysz.

I w tej jaskini pastuszek, ujrzał przed sobą obraz, jakiego ani wcześniej, ani później nigdy w życiu nie widział. Niezliczone rzędy rycerzy w zbrojach złocistych, ze skrzydłami u ramion, z błyszczącymi mieczami w ręku, siedziały na dumnych rumakach, które na łbach miały pęki białych piór, a na kopytach szczerozłote podkowy.

Na widok rycerza-wartownika husaria poprawiła się na koniach, nie odezwał się jednak żaden głos, tylko wszyscy spoglądali na przybyłych pytającym wzrokiem. A gdy rycerz krótkie rzucił hasło: "Jeszcze nie!", od razu rycerze przytuleni do karków końskich na nowo zasnęli i śpią tak od wieków.

Rycerz, nim zasnął, jak reszta wojska, kazał pastuszkowi wrócić tą samą drogą i rzekł:

-Nigdy już miejsca tego nie szukaj, bo go nie znajdziesz.

Gdy pastuszek wyszedł z jaskini, zatrzasnęła się złota brama i od razu zapadła się w ziemię, skały się zespoliły i owinął je bluszcz i kosodrzewina, całkowicie maskując to miejsce.

Chłopiec wrócił do swojego stada, które strzegł biały pies owczarski. Rozmyślał nad tym co widział i słyszał. Opowiedział wszystko ojcu i wyjaśnił, że musi iść z tą nowina w świat aby wszyscy się dowiedzieli o śpiących rycerzach i aby móc ich nauczyć wiary i mądrości, tak by słowa wielkiego rycerza się wypełniły.

A ten, ponieważ jego ojciec był dobrym człowiekiem, powiedział:

- Jesteś synu w łaskach u Boga, boś na własne oczy widział i na własne uszy słyszał, co my z opowieści tylko znamy. Ale jak chcesz ludzi uczyć wielkiej wiary i wielkiej mądrości, skoro sam tego nie pojmujesz? Do szkoły pójdziesz, oświecenia nabierzesz, a potem głosić będziesz tę cudną prawdę.

I tak też się stało.

Pastuszek wyrósł na człowieka mądrego i wielkiej wiary, a że chciał żyć dla drugich, udał się w świat by naprawiać ludzi. Siły jednak miał za mało, a życie za krótkie, żeby wszystkiego dokonać. Uwierzyły mu tysiące i uwierzą jeszcze tysiące, ale dopóki wszyscy do ostatniego człowieka nie uwierzą w jego nauką, nie spełni się proroctwo o śpiących rycerzach. Jeszcze nie jesteśmy godni, nie wiemy w gdzie się znajduję wybawienie, lecz mamy nadal nadzieję, że mądrość i wiara zaowocuję na świecie iż Bóg postanowi natchnąć jakiegoś chłopaczka aby odnalazł jaskinię i niekłamliwie powie śpiącym rycerzom:

- Już czas!

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 22:55

Wanda co Niemca nie chciała

Smutne dni nastały w Krakowie. Zdawało się, że nawet Wawelskie Wzgórze ugięło się pod brzemieniem ogarniającego wszystko smutku.
Śmierć zabrała króla Kraka. Był on władcą dzielnym i mądrym, sprawiedliwym i powszechnie szanowanym.

Nie obeschły jeszcze łzy poddanych, gdy zgromadziła się starszyzna, by postanowić o przyszłością grodu.

Król męskiego potomka nie zostawił, osierocił jedynie księżniczkę Wandę i ona to zgodnie ze zwyczajem ma przejąć koronę po ojcu. Wanda, choć bardzo młoda, zasłynęła już roztropnością i urodą. Ale czy to dziewczę da radę poradzić sobie z tyloma poważnymi obowiązkami? Na szczęście okazało, że obawy te były przedwczesne. Wanda była godną następczynią Kraka, zdobyła sobie serca wszystkich poddanych, a wieść o jej urodzie i mądrości niosła się w cztery strony świata. Doszła też do dalekiej rzeki Łaby, do Niemiec, gdzie rządził młody książę Rytgier.

Szukał on dla siebie żony i z zaciekawieniem nasłuchiwał wiadomości z podwawelskiego grodu o pięknej i mądrej córce Kraka. W końcu postanowił pojąć ją za żonę. Posłał więc do odległego Krakowa posłów, uzbrojonych w miecze, by w jego imieniu o rękę pięknej księżniczki prosili i obdarowali ją cudnymi bogactwami. A gdyby zaś z dobrej woli oddać się chciała, groźbą mieli zgodę na księżniczce wymusić.

Wyruszyli tedy niemieccy posłowie w drogę, przedzierali się przez puszcze i pokonywali rzeki, aż wreszcie stanęli u stóp wawelskiego grodu. Zdumieli się jego okazałością. Nie spodziewali się, że zastaną tak potężną warownię.

Zdumienie ich wzrosło jeszcze bardziej, gdy zaproszono ich do biesiadnej izby na wieczerzę. Nie spodziewali się ujrzeć tak bogato udekorowanej sali, ani tak suto zastawionych stołów.
Ale najbardziej zdumiała ich uroda księżniczki, kiedy nazajutrz rano przed nią stanęli.

Wystąpił najstarszy z nich i w te słowa przemówił:
- Pani, przysyła nas Pan dalekiej krainy, dzielny książę Rytgier, którego serce poruszyło się na wieść o twej mądrości i urodzie. Przysyła nas, by przekazać te oto dary i prosić, byś została jego żoną.

Powiedziawszy to, pokłonił się nisko i złożył u stóp księżniczki szkatułę pełną kosztowności.

Wanda długo się zastanawiała nad słowami, zanim odrzekła:
— Powiedzcie swemu panu, że cenię sobie jego uczucia i hojność, ale ręki swej oddać mu nie mogę. Nie mogę bowiem opuścić ziemi, na której się urodziłam, i ludu, który tak ukochałam.

Nie takiej odpowiedzi spodziewali się posłowie. Znowu głos zabrał najstarszy pośród nich:
— Gdy nasz pan czegoś prośbą nie zyska, to siłą zdobędzie. Biada twej ziemi i ludowi. Pani, jeżeli tak kochasz ten lud, pomyśl o krwi, którą zapłaci za twój upór.

Zaniepokojona starszyzna wymieniła między sobą spojrzenia i jakieś uwagi. Wanda jednak odpowiedziała z podniesioną głową:
- Siła miecza nie jest największą mocą, są też inne, wiele silniejsze.
I opuściła komnatę, a za nią podążyły dworki i starszyzna.

Inaczej wyglądała tego dnia wieczerza na wawelskim grodzie. Smutek panował na twarzach biesiadników. Tylko Wanda zdawała się być beztroska jak zawsze, choć w jej oczach widać było, że rozmyśla o czymś wielkim i bolesnym zarazem. Na rady starszyzny, by ratując kraj, rękę Rytgierowi oddała, miała jedną tylko odpowiedź:
— Żoną Rytgiera nie zostanę, ale gród przed najazdem wroga uchronię. Dziwili się ludzie skąd w tej młódce tyle pewności siebie, ale pytać o to nie mieli odwagi.

Wreszcie nad Wawelem zapadła noc. Pogasły światła, posnęli mieszkańcy i nawet zdrzemnęły się straże. Nikt nie zauważył, jak Wanda opuszcza zamek i idzie w stronę Wisły. Nikt też nie dostrzegłł, jak stoi na stromym brzegu, wznosi ręce ku górze i jak rzuca się w spienione wody rzeki.

Lepiej umrzeć w wodach rzeki, niż narazić swój lud na cierpienie. Rytgier nie zdobędzie mnie siłą! Takie były jej ostatnie myśli.
Nazajutrz Wisła oddała jej ciało. Głęboki żal i ból wstrząsneły Krakowem. Śmiercią księżniczki przejęli się nawet Rytgierowi posłowie, którzy jeszcze w Krakowie byli, a on sam, dowiedziawszy się o czynie Wandy, szczerze żałował swych twardych, stanowczych słów.
Lud zaś na cześć swej pani, którą tak umiłował, usypał wysoki kopiec, który do dziś sławi bohaterstwo dzielnej córki Kraka .

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 22:56

Smok Wawelski
Dawno, dawno temu, w zamku na wzgórzu wawelskim żył Książe Krak. Posiadał piękne, bogate księstwo, lojalnych poddanych i piękną córkę Wandę.
Było ta bardzo dobra i mądra dziewczyna. Pewnego dnia poprosiła ojca aby wybudował miasto dla ludzi, którzy przybywają w te okolice. Władca od razu wydał dekret o zbudowaniu grodu, który nazwano Kraków.

Do Krakowa przybywało mnóstwo ludzi z całej Polski, jednym z nich był młody szewczyk, który dopiero uczył się zawodu, a miał na imię Skuba. Marzył o własnej pracowni, chciał bowiem być cenionym szewcem. W ciągu kilku dni znalazł pracę w warsztacie szewskim.

Mijały miesiące, a mieszkańcy Krakowa żyli w szczęściu i dostatku. Jednak ich spokój zakłóciło straszne nieszczęście. Pewnego dnia słońce zasłoniły skrzydła wielkiego smoka. Potwór był naprawdę potężny, jego łuski były twarde jak kamień, a ogon mógł z łatwością rozburzyć pół miasta. Smok postanowił zamieszkać w jaskini obok grodu. W mieście już nie było bezpiecznie, ulice przestały być zatłoczone, ucichła też muzyka. Tymczasem król wysłuchiwał pomysłów swoich radców. Padł pomysł by zebrano najsilniejszych rycerzy w kraju aby to oni pokonali smoka. Nie zwlekając Krak wysłał posłańców z wieściami o smoku.

Potwór jednak nie miał zamiaru się ruszać z tego miejsca. Jego ryki były przerażające, gdy kąpał się w rzece, woda zalewała pobliskie wioski. Wkrótce do grodu zaczęli zjeżdżać rycerze z całego kraju. Zamiast radosnego, tętniącego życiem miasteczka zastali pozamykane drzwi i pozabijane deskami okna. Śmiałkowie kierowali się od razu pod jaskinie smoka. Mimo iż rycerzy przybywało coraz więcej, smok z łatwością pokonywał rywali. Po nieudanych próbach zgładzenia bestii, majsterkowie i mieszczanie zebrali się by rozpaczać nad swym losem.

Skuba dużo rozmyślał o smoku "Nie może tak być, że przez jednego potwora cierpi cały Kraków”. Całymi dniami szukał sposobu przechytrzenia potwora. Kiedy lamenty mieszkańców ucichły i ludzie opuścili warsztat w którym pracował, poprosił majstra o baranią skórę z której szyje się kożuchy. Majster był ciekaw cóż wymyślił młody szewczyk. Gdy zapoznał się z planem Skuby postanowił mu pomóc, choć bardzo się bał, że nie znajdzie wystarczająco dużo materiałów. Szewczyk uszył owce, zajęło mu to całą noc, a rankiem, wypełnił ją siarka, z kamieniołomów. Jeszcze tego samego dnia zaniósł swoją kukłę pod jamę smoka i ustawił tak, aby wyglądała jak prawdziwa owca.

Rankiem, ku zdziwieniu wszystkich nie było słychać przeraźliwych ryków smoka. Mieszkańcy zaciekawieni tą sytuacją udali się na Wawel, aby z murów przyjrzeć się jamie bestii. Szewczyk podążył za resztą miasta. Gdy stanął na murach, nigdzie nie mógł dojrzeć sztucznej owcy. Uwagę wszystkich przykuł przerażający ryk. Smok zanurzał łeb w rzece i pił wodę bez opamiętania. Obawiano się nawet, że bestia wypiję całą wodę z Wisły.

Młody szewczyk krzyczał radośnie, że potwora strasznie piecze w brzuchu. Podstęp Skuby raz za razem opowiadał jego majster, dumny z takiego pracownika. Wszyscy wiwatowali na cześć szewczyka. Smok przez ten czas bez przerwy pił wodę a jego brzuch rósł jak balon. W pewnej chwili rozległ się huk. Niebo przysłoniła chmura pyłu i siarki. Kiedy wiatr rozwiał chmurę, przedarło się przez nią słońce i oczom wszystkich ukazały się szczątki smoka. Okazało się, że potwór nie wytrzymał i pęk. Wiwaty radości stały się jeszcze głośniejsze. Mieszczanie zanieśli Skubę przed obliczę króla. Krak był ciekawy jaka nagrodę będzie chciał szewczyk za swój wyczyn. Ten jednak nie chciał niczego prócz skóry smoka, z której mógłby uszyć buty dla bogatych i biednych mieszkańców Krakowa. Król rozkazał zebrać skórę i podarować ja szewczykowi. Pierwsza para butów ze smoczej skór trafiła w ręce pięknej księżniczki, której bardzo spodobał się prezent.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 22:56

Hejnał Mariacki
Wiele stuleci temu koczowniczy Tatarzy pustoszyli polskie ziemie. Nad Krakowem zaległa trwoga, gdy dotarły tam wieści o napaści na Sandomierz.
Pewnego dnia, o świcie, trębacz z wieży mariackiej szedł jak co dzień ulicami Krakowa na swój posterunek. Dziś miał jednak złe przeczucia, wstał więc wyjątkowo wcześnie. Gdy wszedł na wieżę, uspokoił się nieco. Całe miasto było pogrążone w spokojnym śnie. Trębacz siadając na swojej ławeczce westchnął:

- Dzięki Bogu, wszystko jest w najlepszym porządku.

Z ulgą w sercu zasnął. Nagłe odgłosy sprawiły jednak, że zerwał się na równe nogi. Rozejrzał się uważnie i zobaczył w oddali tumany kurzu, które zdawały się zbliżać z każdą minutą. Była to ogromna armia Tatarów galopująca w stronę miasta. Ci najeźdźcy już wiele razy najeżdżali okolice Krakowa, grabiąc, niszcząc, paląc i plądrując przy tym wszystko co napotkali na swojej drodze. Trębacz natychmiast przycisnął trąbkę do ust i zagrał hejnał mariacki. W panującej ciszy melodia odbijała się od murów miasta, budząc mieszkańców. Wielu wyrwanych ze snu krzyczało:

- Czy ten trębacz zwariował? Co się dzieje?

Krakowianie jednak po chwili zrozumieli, że zawzięcie grający hejnał sygnalizuje niebezpieczeństwo i chwycili za broń. Polscy łucznicy zaczęli przybywać na mury miasta. Fale strzał z łuków krakowskich żołnierzy powstrzymały najeżdżających Tatarów. Rozgorzała zaciekła walka o miasto. Nad całym zgiełkiem bitwy górowała melodia mariackiego hejnału, zagrzewając ludzi do boju. Tatarzy jednak spostrzegli, kto ostrzegł mieszkańców i w stronę trębacza posypał się deszcz strzały. Nagle hejnał urwał się i nad Krakowem zaległa cisza.

Trębacz zginął od tatarskiej strzały, nie wypuszczając z dłoni swej trąbki. A pamięć o jego bohaterstwie wciąż żyje i co godzinę z Wieży Mariackiej w Krakowie odzywa się niezwykły hejnał. Jest on grany na cztery strony świata, lecz nigdy nie jest dograny do końca. Zawsze urywa się w pól nuty, tak samo, jak przed kilkuset laty, gdy przerwała go wroga strzała.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 22:57

Pierścień Św. Kingi
Dawno, dawno temu, gdy książę Bolesław Wstydliwy został władcą na Wawelu, postanowił, że na tronie obok niego zasiądzie królewna węgierska.
Poprosił więc o rękę królewnę Kingę. Niezwłocznie wysłał poselstwo na dwór króla węgierskiego i nakazał podarować królewnie Kindze przepiękny pierścień zaręczynowy. Królewna Kinga przyjęła pierścień i zgodziła się zostać księżną Polski.

Ojciec Kingi chciał w posagu podarować córce złoto i kosztowności, lecz królewna stwierdziła, że nie tego będzie trzeba jej przyszłym poddanym, bowiem książę Bolesław jest zasobny, a jego kraj żyje w dobrobycie. Ojciec długo rozmyślał nad posagiem dla swej córki, jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Zapytał więc:

-Jakiego więc wiana córko chcesz?

Królewna chwilę się namyśliła i poprosiła ojca by obdarował ich bogactwem soli, gdyż zyska tym wdzięczność Bolesława i jego poddanych. Ojciec chcąc spełnić prośbę córki, zabrał ją do kopalni w Marumuresz i powiedział:

-Masz o co prosiłaś, oto bogate pokłady soli.

Kinga się zamyśliła, bo jak tu przenieść całą kopalnię do Polski. Uniosła wzrok ku niebu, prosząc o radę Boga i po chwili już wiedziała co ma uczynić. Zdjęła z palca zaręczynowy pierścień podarowany jej przez Bolesława i wrzuciła go do szybu kopalni. Dworzanie, którzy to widzieli, zdziwili się nieco, nie wiedzieli co mają na ten temat myśleć, lecz nic nie powiedzieli.

Wkrótce Kinga wyruszyła na dwór Bolesława, gdzie już czekało na nią huczne powitanie. Ślub odbył się szybko, nie zabrakło na nim rycerstwa z Małopolski i co dostojniejszych mieszkańców. Kinga zamieszkała z Bolesławem na Wawelu jako władczyni Polski.

Po kilku dniach, chcąc odnaleźć swój posag, poprosiła męża aby pokazał jej królestwo Polskie. Tak więc wyruszył cały orszak, a Kinga podziwiała przepiękne tereny swego księstwa. W pewnym momencie nakazała się zatrzymać i szybko poleciła pachołkom by zaczęli kopać we wskazanym przez nią miejscu. Jednak pachołkowie natrafili na skałę i stwierdzili, że dalej kopać się nie da. Księżna jednak nalegała by odłupali kawałek skały. Jeden z chłopów podał Kindze biały kawałek skały, w który rozpoznała bryłkę soli. Nakazała go rozłupać, ku zdziwieniu wszystkich z środka wypadł jej zaręczynowy pierścień.

Wtedy wszyscy zrozumieli o jaki posag prosiła ojca księżna, i że pierścień, który wrzuciła do kopalni w Marumuresz, sprowadził tę drogocenną sól do Polski. Od tej pory kopalnia w Wieliczce słynie z bogatych złóż solnych. Księżna Kinga jeszcze długo i mądrze rządziła polskim ludem, który bardzo ją za to pokochał.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 22:57

Bazyliszek z Warszawy
Wiele wieków temu, za czasów królewskich do Warszawy zjeżdżało rycerstwo z całego kraju i wielu zagranicznych gości.
Z powodu wojen i różnorakich potyczek wielu rzemieślników znalazło pracę jako płatnerze. Warszawa była znana z mistrzowskiego kunsztu płatnerzy, często też rycerze powierzali swoje zbroje tym że rzemieślnikom. Płatnerze nie narzekali więc na brak pracy i od rana do wieczora naprawiali zbroje przywracając im dawny błysk i szlachetność.
Szczególnie wielkim uznaniem cieszył się warsztat płatnerza Marcina, tak więc on i jego rodzina żyli w dostatku.

Rzemieślnik całe dnie spędzał w pracy, cieszył się wiec z każdych odwiedzin swoich dzieci, córeczki Hanki i synka Maćka. Dzieci chętnie buszowały po warsztacie ojca, przyglądając się własnym odbiciom w wypolerowanej stali, swoim śmiechem wprawiały ojca w dobry nastrój.

Z biegiem lat, dzieci coraz częściej oddalały się od warsztatu, poznając największą atrakcję miasta, którą był jarmark. Było to miejsce jak zaczarowane, gdzie wiele się działo i gdzie można było znaleźć wszystko. Dzieci biegały między stoiskami ciesząc oczy kolorowym przepychem.

Pewnego dnia spotkały swoich przyjaciół, dzieci chciały pobawić się na pobliskich łąkach. Zapytały więc ojca o pozwolenie. Marcin zgodził się ale nakazał by nie zbliżały się do starej ruiny, która stoi pośród nadwiślańskich łąk. Ludzie bowiem mówili, że od wielu lat tam straszy. Niektórzy mieszkańcy Warszawy sądzili nawet, że może to być mityczny Bazyliszek ni to zwierzę, ni to diabeł, podobno przychodzi na świat raz na sto lat, a wykluwa się z jaja zniesionego przez koguta! Stwór miał być przerażający, głowę po swym ojcu odziedziczył kogucią, ale wielką, z olbrzymim, czerwonym grzebieniem, który opadał to na jedną, to na drugą stronę jego strasznego pyska. Jednak najstraszniejsze były jego oczy, straszniejsze nawet od wężowego ogona, który wił się na piętnaście metrów. Wystarczyło, że Bazyliszek spojrzał na swoją ofiarę, a ta z przerażenia w jednej chwili kamieniała i tak właśnie stwór miał wielu ludzi pozbawić życia.

Dzieci przyrzekły ojcu, że nie zbliżą się do strasznego miejsca i pobiegły w stronę czekających już na nie przyjaciół. Dzień był ciepły, jarmark mienił się kolorami towarów, dzieci wesołą gromadką rozbiegły się wśród zastawionych kramików, tym razem nie zatrzymywały się przy słodyczach i zabawkach, nie miały dziś na to czasu, pobiegły wąską uliczką wśród kamienic nad rzekę, aby pobawić się na łące. Dziewczynki zbierały kolorowe kwiatki, z których robiły wianki, a chłopcy oglądali pływające w przezroczystej wodzie ryby. Zabawa tak wciągnęła dzieci, ze nie zdawały sobie sprawy, że już dawno oddaliły się od miasta, które znikło za horyzontem. Dopiero gdy zaczynało się ściemniać ,dzieci pojęły, że nie znają drogi do domu. Nagle ich oczom ukazał się dom, a właściwie jedynie pozostałe po nim ściany.

Zanim dzieci zorientowali się, że może to być ta ruina, przed którą ostrzegał ich ojciec, znaleźli się już w jej piwnicach. Nie było w tej piwnicy nic strasznego, piwnica jak każda inna, trochę chłodna i ciemna. Jednak za jednymi drzwiami coś zaczęło migotać jasnym, światełkiem. Dzieci nie mogły oderwać od niego oczu. Jeden z chłopców otworzył tajemnicze drzwi i w jednej chwili upadł zamieniony w kamień. Oczy Bazyliszka połyskiwały złowrogo, zmieniając wszystkie dzieci w posągi.
Noc już zapadała a płatnerz Marcin z coraz większym przerażeniem myślał o swoich dzieciach, wychodził raz po raz przed warsztat, ale nie doczekał się powrotu dzieci. Przeczuwał, że stało się coś złego. Czuł, że dzieci nie posłuchały go i poszli do starego domostwa. Wiedział, że musi ruszyć im na ratunek, jednak nie wiedział jak miałby się bronić przed Bazyliszkiem. Jego wzrok padł na wypolerowaną zbroję, w którą jeszcze tego ranka wpatrywały się dzieci. Była tak gładka, że wyglądała jak lustro. To był sposób na straszny wzrok bazyliszkowy. Ubrał Marcin zbroję i biegiem ruszył w stronę ruin.

Gdy stanął pod tajemniczym domem, przeżegnał się i zszedł z trudem do piwnicy. Miał rację, Bazyliszek musi tu być, bo po drodze mijał kamienne ludzkie sylwetki. Nagle ujrzał swoje dzieci, które bardziej przypominały posagi niż ludzi. Coś ścisło go za serce, jednak nie mógł sobie teraz pozwolić na łzy. W jednej chwili ukazał mu się wielki ogon bestii, który mało co go nie przewrócił. Marcin szybko uskoczy w bok, w tym czasie stwór odwrócił swój wielki łeb w stronę zdeterminowanego płatnerza i zamarł. W tej bowiem chwili ujrzał swoje własne odbicie w jasnej zbroi i skamieniał.

Gdy tylko Bazyliszek zmienił się w kamień, w piwnicy zaczęły poruszać posągi ludzi. Maciek i Hanka ocknęli się jakby ze strasznego snu i zobaczyły przed sobą rycerza. Jakież wielkie było ich zdziwienie, gdy rozpoznały w nim własnego ojca. Ten szybko wziął dzieci na ręce i wyniósł z ciemnej piwnicy tak, by skamieniałe cielsko Bazyliszka nie ukazało się ich oczom.

Tak oto płatnerz Marcin uratował swoje dzieci, inne ofiary Bazyliszka.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 22:58

Kwiat Paproci
W najdłuższą noc w roku zakwita na krótką chwilę niezwykły kwiat. Niewielu udało się go zobaczyć.
Nie wiadomo czy zakwitnie on w miejscu, w którym jest wiele paproci, czy tam, gdzie rośnie jedna, mała, niepozorna i zagubiona. Czasem wystarczy tylko odrobina szczęścia, o północy, kiedy to zakwita w tę jedną niezwykłą noc w roku, Noc św. Jana, Świętojańską, zwaną też Nocą Kupały może on spełnić marzenie każdego, kto go zerwie.

Wiele lat temu w jednej z polskich wiosek żył mały Jacuś. Pewnego dnia chłopiec usłyszał opowieść o cudownym kwiecie paproci. Ludzie często snuli o nim piękne i niesamowite opowieści. Dziecko gdy słuchało tą historie zatracało się bez pamięci w świecie wyobraźni, przed jego oczami pojawiały się niezwykłe obrazy. Chłopiec widział prawie wszystko to, o czym mówili bajarze – bogactwo, skarby, jakie przynosi znalazcy kwiat paproci, nie mógł jednak wyobrazić sobie mądrości i wiedzy której nikt inny nie posiada. W swoich marzeniach Jacuś nie widział też samego kwiatu, ale to nie było dla niego problemem, wyobrażał sobie jego niezwykłe kształty drobnych listków, delikatnie mieniących się kolorami. Jednak kwiatu paproci miały strzec różne moce, które go chroniły przed oczami ciekawych ludzi.

Chłopiec postanowił odszukać kwiat. W Świętojańską Noc gdy wszyscy mieszkańcy jego rodzinnej wioski świętowali przy ogniskach i śpiewali wesołe piosenki, Jacuś niepostrzeżenie oddalił się od wioski i ruszył w stronę lasu. Szukał długo pięknego kwiatu wśród setek paproci, niczego jednak nie znalazł. Gdy już miał się poddać, jego oczom ukazało się malutkie światełko, które okazało się malutkimi płatkami kwiatu paproci. Kwiat był tak jaśniutki, że nawet na tle czarnej, nieprzeniknionej nocy świeciły jak brylant. Chłopiec przyglądał się temu cudownemu zjawisku, kwiatuszek zaczął rosnąć i mienić się różnymi kolorami, tak jak sobie wyobrażał wcześniej. Jacuś już miał zerwać kwiat, gdy nagle jakieś ciemne postacie zaczęły wynurzać się ciemności lasu, zerwał się mocny wiatr. Chłopiec gdy rano obudził się w swoim łóżku, nie mógł sobie przypomnieć czy to wszystko zdarzyło się naprawdę, czy był to tylko jego sen.

Jacuś nie mógł przestać o tym myśleć, przez cały rok rozmyślał o tym pięknym kwiatuszku. Nikomu nie powiedział o swojej nocnej wyprawie i z wielkim podekscytowaniem wyczekiwał kolejnej Nocy Świętojańskiej, dni dłużyły się chłopcu. Mijały miesiące, nastała jesień, później sroga zima, w końcu zielona wiosna, dni stawały się coraz dłuższe i cieplejsze, drzewa okryły się zielenią liści, ptaki radośnie ćwierkały, cała natura oznajmiała, że zbliża się kolejne lato. Nadeszła wreszcie oczekiwana, najdłuższa noc w roku i Jacuś, tak jak planował od roku, znów wyruszył na poszukiwanie kwiatu paproci. Wszystko dokładnie się powtórzyło jak rok wcześniej, chłopiec znalazł kwiat i już niemal zrywał go, gdy tajemne moce znów go osłoniły i marzenie chłopca nie spełniło się.

Jacuś był jednak uparty, Postanowił spróbować jeszcze raz za rok „do trzech razy sztuka”. Jego upór i determinacja sprawiły, że kolejnego lata udało się! Zerwał kwiat i już wiedział, że to nie sen. Od tej pory już nic nie było jak dawniej, teraz miał wszystko czego zapragnął, piękny pałac, bogactwa, skarby, niczego mu nie brakowało. Jednak gdy tak mijały dni i tygodnie, chłopca przestały bawić skarby, pyszne potrawy. Jacuś czuł się bardzo osamotniony, nie miał z kim porozmawiać, z nikim nie mógł się podzielić radością, był coraz smutniejszy.

Chłopiec wrócił więc do swojej rodzinnej wioski, znalazł swój rodzinny dom, jednak rodzice go nie poznali. Zrozpaczony zamknął się w swoim pałacu. Gdy rok później znów przyszedł do domu jego ojciec już nie żył, a chora matka znów nie poznała syna. Chłopiec zmarniał, nigdy się już nie uśmiechał, nie chciał widzieć już ani swojego pięknego pałacu, ani kosztowności. Gdy jeszcze raz odwiedził rodzinny dom, okazało się, że jego matka również nie żyje. Ogromna pustka zawitała w jego sercu, tak wielka, że nie mógł jej znieść, zapragnął nie widzieć już tego świata. W chwili gdy to pomyślał ziemia się pod nim zapadła i powędrował Jacuś szukać swoich rodziców, tak jak kiedyś kwiatu paproci…

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 22:58

Syrenka Warszawska
W Oceanie Atlantyckim, na samym dnie, istniało przed wiekami podwodne królestwo, piękne syrenie siostry żyły w bogactwie i przepychu.
Jednak siostry były bardzo ciekawe innych podmorskich i ziemskich królestw, o których słyszały w opowieściach rusałek i innych morskich stworzeń, postanowiły więc udać się w daleką drogę.

Obie dziewczyny były niezwykle piękne, nie były to jednak zwyczajne dziewczęta, a syreny, pół-kobiety, pół-ryby. Obdarzone nieskazitelną urodą, olśniewały przepięknymi twarzami, włosami, szyjami i ramionami, jednak dolna część ich ciała przypominała o tym, że są to morskie stworzenia. Syreny miały rybie ogony pokryte wielokolorowymi, lśniącymi łuskami.

Siostry przypłynęły na wody Bałtyku, morze to wydało im się szczególnie piękne, bawiły się między skałami, obserwowały bijące o brzegi morskie fale i śpiewały tak pięknie, że nawet ptaki cichły, aby w skupieniu słuchać przedziwnych syrenich pieśni.

Jednej z sióstr spodobały się okoliczne wyspy, przypadły jej do gustu tak bardzo, że postanowiła właśnie tu zostać na stałe – dziś Syrenka jest dumą Kopenhagi.

Druga z syrenich sióstr dopłynęła do Gdańska, a potem ruszyła wodami Wisły na południe, płynąc mijała wioski i małe miasteczka, brzegi pokryte gęstymi lasami, które kołysząc się wyśpiewywały w wietrze swoje tajemnicze pieśni. Wreszcie znalazła miejsce, które wydało się jej szczególnie bliskie, zamieszkała wśród wysokich brzegów rzeki, a gdy tylko wieczór nastawał, z radością wyśpiewywała swoje niezwykłe pieśni, a jej głos niósł się po pobliskich łąkach i lasach.

Pewnego wieczoru Syrenka, jak zwykle przypłynęła do brzegu i wpatrzona w połyskujące światło księżyca zaczęła swą piękną pieśń. Wychowana na dnie oceanu, nie widziała, że świat na powierzchni może być tak piękny. Zapatrzona w te nocne dziwy, zapomniała Syrenka o tym, że mijają godziny, nie zauważyła też, że zza pobliskich drzew ktoś ją obserwuję.

Wiedziony pogłoskami, że nad brzegiem wiślanym zamieszkuję niezwykła panna, pół-człowiek, pół-ryba, śpiewająca tak cudownie, że ludzie jej słuchający zapadają w przepełnione marzeniami, senne odrętwienie, przybył do wioski rybackiej bogaty kupiec. Nie miał wobec Syrenki dobrych zamiarów, a ta, ufna, nie spodziewała się, że ktoś może czyhać na jej wolność.

Niczego nieświadoma, pewnej nocy, jak zwykle, podpłynęła do brzegu i zaczęła cicho śpiewać, nagle coś opadło jej na twarz, ramiona i skrępowało ją. Przerażona dziewczyna nie wiedziała co się dzieje. To kupiec postanowił wprowadzić w życie swój chytry plan, z zaskoczenia, zaatakował i porwał dziewczynę, którą uwięził w pobliskiej szopie. Nic sobie nie robił z jej płaczu i próśb Syrenki. Sprytny handlarz uznał, że dziewczyna może mu przynieść fortunę. Miał bowiem zamiar pokazywać ją na jarmarkach jako niezwykłej urody, morską pannę, śpiewającą tak pięknie, że słuchając jej pieśni, nawet ptaki milkną.

Kupiec zostawił Syrenkę w szopie i postanowił wrócić po nią z samego rana. Zostawiona w nieznanym miejscu, skrępowana, przerażona, przepełniona bólem i rozpaczą, uczuciami, których wcześniej w życiu swoim nie znała, zaczęła śpiewać tak przejmująco, że zbudziła rybaków, którzy mieszkali w niedalekiej wsi. Wstali więc i przypomniawszy sobie o pięknej pannie, której głos słyszeli już nieraz, ale ze strachu i nieśmiałości, nigdy nie zbliżyli się do niej, teraz przerażeni tym, co słyszą, postanowili odważyć się i podążyć w ciemnościach za poruszającym ich serca głosem.

Gdy tylko odnaleźli starą szopę, z której dochodził głos Syrenki, uwolnili dziewczynę i pomogli jej dostać się z powrotem do wody. Syrenka na pożegnanie zaśpiewała im najpiękniejszą pieśń, jaką kiedykolwiek dane im było słyszeć, obiecała też, że odtąd zawsze będzie bronić ich wioski. A pokolenia całe, wspominając ją, nigdy nie zapomną o tym czym jest wolność i dobro.

I tak mała wioska dała początek wielkiemu i pięknemu miastu – Warszawie. Mieszkańcy polskiej stolicy nie zapominają o swojej morskiej patronce – do dziś Warszawska Syrenka z mieczem wzniesionym do góry i tarczą w drugiej dłoni, broni swego miasta i przypomina mieszkańcom o tym, by nie zapominali, że prawdziwą siłę daje wolność i wrażliwe serce.

Awatar użytkownika
Husarz
Posty: 822
Rejestracja: 31 paź 2010, 04:37

Re: Polskie legendy, podania, baśnie.....

Post autor: Husarz » 14 maja 2012, 22:59

Legenda o Nettcie
Był czas, kiedy nasz kraj porastała dzika i niezmierzona puszcza, porośnięta świerkami, dębami, sosnami, brzozami i wieloma gatunkami dziś nieznanych roślin.
Wówczas puszcze te dawały schronienie dzikim zwierzętom i ptactwu. Z czasem jednak te dziewicze tereny przyrody zaczął zasiedlać człowiek. Wznoszono, chaty, potem wioski, następnie karczowany lasy, hodowano zwierzęta i uprawiano rolę.

W błogim życiu mijały ludziom lata, a potem stulecia. Pokolenia się zmieniały, jedni odchodzili z tego świata, inni na niego dopiero co przychodzili. W jednej z osad mieszkał zdolny myśliwy, który nie miał sobie równych wśród okolicznych łowców. Mężczyzna nie doczekał się syna miała za to trzy córki. Pewnego dnia jego żona poczęła dziecię, była to kolejna dziewczynka, której nadano imię Netta.
Dziewczę dorastało pod okiem obojga rodziców. Jako że Netta nie miała starszego brata. kiedy trochę podrosła ojciec zabierał ją na polowania, ucząc tego trudnego rzemiosła.

Los chciał, że to wsi wdarła się niebezpieczna choroba, nie szczędziła mężczyzn, kobiet i dzieci. Kiedy epidemia ustała, Netta pozostała sama wraz z matką. Choroba zabrała jej ojca i trzy starsze siostry. Dziewczyna miała już szesnaście lat, ale doskonale umiała zadbać nie tylko o siebie. Pomimo tego, że umiała znakomicie jeździć konno, na polowanie wybierała się zawsze piechotą.

Netta unikała niektórych terenów puszczy, był to obszar groźnych i dzikich niedźwiedzi. Były to też Królewskie Tereny Łowieckie, latem Król Zygmunt August wraz z najznakomitszą szlachtą. Uzbrojeni w broń palną i psy gończe, cel mieli zawsze jeden i ten sam upolować groźną zwierzynę.

Pewnego dnia, Netta z samego rana wyruszyła na polowanie. Już na brzegu puszczy czekała na nią przepiękny jeleń. Dziewczyna postawiła sobie za cel upolowanie zwierzęcia. Jednak za każdym razem kiedy już miała strzelać ze swego łuku, jeleń jakby przeczuwał zbliżające się niebezpieczeństwo i uciekła coraz bardziej w głąb puszczy. Nagle Netta usłyszała strzał, po chwili ujadanie psów i krzyki ludzi.

Wtem z głębi puszczy wyskoczył Niedźwiedź, większy od konia. Poranione zwierze, przerażało wyglądem i rykiem. Myśliwi otoczyli Niedźwiedzia, z jednej strony na swym koniu podjechał król Zygmunt August. Niedźwiedź widząc wierzchowca, rzuciła się w stronę króla wystraszony rumak zrzucił swego Pana i uciekł w przeciwnym kierunku. Niedźwiedź miał się już rzucić na władcę, gdy ku zdziwieniu wszystkich padł martwy obok króla. Strzała przesyła jego czaszkę na wylot, tak że grot wystawał z jego gardzieli.
Myśliwi natychmiast poznali, że strzała nie należy do żadnego z nich i zaczęli, rozglądać się za jej właścicielem. Wtem zza drzew wyszła Netta. Zarówno król jak i jego towarzysze nie mogli się nadziwić, odwadze, zręczności a przede wszystkim urodzie młodej dziewczyny.
W podzięce za uratowane życie, król odwiedził osadę Netty nazywając ją Zygmuntowem. Zaproponował również dziewczynie, aby udała się z nim na dwór królewski, ta jednak ze względu na swoją matkę odmówiła i pozostała ze schorowaną kobietą.

Tak wygląda historia powstania miejscowości Zygmuntowo położonej niedaleko puszczy Augustowskiej. Do dziś płynie tam strumień, który na cześć dzielnej dziewczyny nosi nazwę Netta.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Historia Polski ogólnie”