Brytyjczycy: Polacy rozsadzą finansowo nasze uczelnie

W roku 1990 wszedł w życie plan Balcerowicza, w ramach którego podjęty został szereg działań o charakterze antyinflacyjnym i rozpoczęto proces zmian struktury własnościowej w gospodarce.
Plan Balcerowicza sprawdził się w części dotyczącej obniżenia inflacji i uzdrowienia sytuacji na rynku towarowym. Późniejsze posunięcia rządu, jak chociażby postawienie wszystkich PGR-ów w stan upadłości, niezależnie od ich indywidualnej kondycji finansowej, czy dyskryminacja przedsiębiorstw krajowych, preferowanie obcego kapitału i prowadzenie prywatyzacji bez względu na koszty społeczne, interes skarbu państwa czy wręcz rację stanu wzbudzały pewną nieufność społeczeństwa. Załamanie gospodarcze, szybko rosnące bezrobocie i liczne afery finansowe zdążyły w ciągu półrocza zmniejszyć poparcie społeczne, jakim cieszył się rząd Tadeusza Mazowieckiego na początku swojego istnienia.
Awatar użytkownika
ziomeka
Posty: 462
Rejestracja: 01 cze 2010, 03:37

Brytyjczycy: Polacy rozsadzą finansowo nasze uczelnie

Post autor: ziomeka » 22 kwie 2013, 03:36

Brytyjczycy grzmią, że Polacy znowu mogą rozsadzić finansowo ich instytucje. Tym razem nie chodzi o opiekę społeczną i zasiłki, tylko o uczelnie, na których studiują tysiące naszych rodaków.
Główna sala wykładowa w London School of Economics jest wypełniona po brzegi. Od rana trwają spotkania zorganizowane przez LSE Polish Students Business Society. To, że wśród prelegentów jest były premier Waldemar Pawlak, szefowa PGNiG Grażyna Piotrowska-Oliwa czy Jarosław Dmowski z Boston Consulting Group, już robi wrażenie, ale znacznie większe wywołuje to, że praktycznie wszystkie miejsca zajmują młodzi Polacy. Niemal wszyscy to studenci lub absolwenci tej prestiżowej uczelni ekonomicznej.

Liczba studiujących na Wyspach z roku na rok jest coraz większa. Jak wynika z danych brytyjskiej Higher Education Statistics Agency, w roku akademickim 2011/2012 wśród 2,5 mln studentów na Wyspach Polaków było ponad 6 tys. Wraz z wejściem do UE rozpoczęła się nie tylko emigracja zawodowa, lecz także edukacyjna, a Polakami zapełniły się nie tylko londyńskie restauracje, fabryki w Edynburgu, lecz także sale wykładowe. Dla chętnych, by studiować na najlepszych uniwersytetach, stał się dostępny także budżet brytyjskiego rządu, który wspiera od lat zagranicznych studentów. To wsparcie stanowią przede wszystkim nisko oprocentowane pożyczki na opłacenie czesnego. Tylko przez pięć ostatnich lat skorzystało z nich 23,5 tys. Polaków. Nasi studenci dostali w sumie 102,8 mln funtów kredytów. I właśnie o te pożyczki rozpętała się na Wyspach awantura.
Dziennik „The Telegraph” kilka tygodni temu w alarmistycznym tonie ogłosił: „Polacy zostawią po sobie wielomilionową dziurę w finansach publicznych”, a polityk Partii Konserwatywnej Andrew Percy ostrzegał, że choć rząd w związku z kryzysem podniósł czesne za studia do 9 tys. funtów za rok, podwyżka nie objęła wszystkich. – To nie do zaakceptowania, że brytyjscy studenci muszą płacić za naukę więcej niż dotychczas, a w tym samym czasie przeznacza się ponad 100 mln funtów na pożyczki dla Polaków, z których wiele przecież nigdy nie zostanie uregulowanych – grzmiał Percy, a „The Telegraph” wyliczał, że w roku akademickim 2010/2011 aż 2,4 tys. studentów z krajów UE nie przekazało informacji na temat swojego dochodu, co uniemożliwia ściąganie długu. Wprawdzie dziennik nie miał informacji, ilu spośród zalegających ze spłatami to Polacy, ale sugerował, że skoro właśnie oni stanowią największą grupę europejskich studentów korzystających z kredytów, to za braki w spłatach też odpowiadają głównie oni. Postanowiliśmy sprawdzić, czy rzeczywiście edukacyjni emigranci mogą zagrozić brytyjskiemu budżetowi.

130 tys.? To nie tak dużo
Za przyznawanie kredytów odpowiada Student Loans Company. Ta rządowa organizacja non profit zarządza pożyczkami od początku lat 90. A chętnych na nie jest wielu, bo studia w Wielkiej Brytanii nie należą do najtańszych. Skoro czesne wzrosło do 9 tys. funtów za rok, to ci, którzy rozpoczęli naukę w 2012 r., będą musieli zapłacić za trzy lata studiów około 130 tys. zł. I dlatego na kredyty, których oprocentowanie to tylko wysokość inflacji, jest naprawdę wielu chętnych.

Gdy student zakończy edukację na uczelni, rząd egzekwuje dług w formie podwyższonego podatku. Co jednak, gdy dłużnik wyjedzie z Wysp? Sam powinien kontaktować się z SLC i przesyłać sprawozdania dotyczące zarobków. Ponadto zgodnie z warunkami określonymi przez Student Loans Company, Polacy zobowiązani są do comiesięcznej spłaty rat, dopiero kiedy ich roczne zarobki przekroczą 9480 funtów (około 45 tys. zł), dla tych, którzy rozpoczęli studia przed 2012 r., i 12 600 funtów (61 tys. zł) dla tych, którzy rozpoczęli naukę w tym roku akademickim. W Polsce takich zarobków łatwo się nie osiąga. I stąd właśnie obawa, że tysiące absolwentów wrócą do ojczyzny i spłacać pożyczki nie będą.

Marek Przytuła, student trzeciego roku ekonomii w LSE, początkowo nie rozumie, o co pytamy. – Jak to nie spłacać kredytu? – dziwi się. – Przecież to by było niekorzystne dla samego absolwenta. Nawet jeżeli wracam do Polski, to przecież utrzymuję kontakty biznesowe, nigdy nie wiadomo, czy nie będę znowu tutaj mieszkał, a wtedy taka historia ciągnęłaby się za mną latami.

Przytuła jest założycielem LSE Polish Students Business Society, czyli jak zapewnia, jednego z najbardziej prężnych stowarzyszeń na tej prestiżowej uczelni. W klapie marynarki ma wpiętą małą polską flagę, ale doświadczenie zdobył już międzynarodowe. Pracował w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Polsce. W teamie, jak nazywa członków swojego stowarzyszenia, jest 17 Polaków, z tego stypendia i kredyty na czesne ma sześciu. – Przelicznik w przypadku dochodu jest dosyć niski, więc stosunkowo łatwo załapać się zarówno na stypendium, jak i na kredyt studencki. Te stypendia bardzo dużo dają, pozwalają spokojnie się utrzymać, szczególnie jeżeli jeszcze dorobi się na kampusie – opowiada. Dodaje, że studenci mają też sporo szans na dodatkowy zarobek, pracując jako pomoc przy konferencjach, przeróżnych projektach czy badaniach.

Przytakuje mu kolega Michał Leszczyński: – Jeżeli człowiek naprawdę się postara, jest w stanie spłacić pożyczkę w ciągu półtora roku, może dwóch lat. Nawet decydując się na powrót do Polski. W branży bankowo-doradczej jest na to szansa – mówi z zapałem.

Leszczyński pochodzi z małej miejscowości Kęty niedaleko Bielska-Białej. Bardzo chciał studiować za granicą. Po maturze podszedł do egzaminu na uczelnię brytyjską. Zdał, jednak nie było go stać na czesne. – Uczelnia zadbała, by te pieniądze się znalazły – opowiada. – Mam kredyt i specjalnego zorganizowanego przez uczelnię sponsora, który zafundował mi stypendium.

Leszczyński ma już doświadczenie pracy w Saski Partners w Warszawie, a w Londynie odbył staż w jednym z banków inwestycyjnych. – LSE to uczelnia, na której już od pierwszych miesięcy nauki jest ogromny nacisk na zdobycie doświadczenia – tłumaczy 21-latek. – A po drugim roku jest szansa na staż w najlepszych bankach inwestycyjnych. To normalna, ciężka praca często od 5 rano do 12 w nocy. Jednak ten, kto się na taki staż załapie, może jeszcze na studiach zacząć karierę, a wtedy po skończeniu nauki kredyt nie jest żadnym obciążeniem – dowodzi.

130 tys.? Będzie ciężko
Jednak nie wszyscy mają aż tak optymistyczne nastawienie. Agata Walicka, studentka pierwszego roku na Uniwersytecie Westminster w Londynie, zdecydowała się na studia w Anglii, ponieważ chce zajmować się PR wydarzeń sportowych. Ma zamiar pożyczyć 27 tys. funtów na opłacenie trzyletnich studiów. Doskonale zdaje sobie sprawę, że po ich ukończeniu będzie miała dług w wysokości ponad 100 tys. zł. – Po ukończeniu nauki planuję znaleźć pracę w Polsce, ale boję się, że nie zarobię wystarczająco, żeby spłacić kredyt, chociaż warunki spłaty pożyczki są tak korzystne – mówi Agata. Musiałaby zarabiać ponad 5 tys. zł miesięcznie. Tymczasem z danych GUS wynika, że średnia pensja to ok. 3,5 tys. brutto. Z kolei Agnieszka (nie chce podawać nazwiska) ukończyła studia na uniwersytecie w Birmingham w 2009 r. Zapożyczyła się na ponad 9 tys. funtów. Zaraz po ukończeniu nauki wróciła po Polski, ale pożyczkę studencką zaczęła spłacać dopiero po roku. Potem udało się jej złapać niezłą pracę w bankowości. – Płacę regularnie i stanowi to około 4 proc. mojej pensji – mówi Agnieszka i przewiduje, że będzie płacić jeszcze 7–10 lat. Mimo to nie żałuje, że wybrała studia w Anglii. – Być może są na trochę niższym poziomie niż w Polsce, ale uczą podejścia praktycznego, a nie wkuwania – tłumaczy.

Podobnie swoją naukę w Cambridge na zarządzaniu nieruchomościami opisuje Ola Janusz. W tym roku ukończy studia i też zastanawia się, jak konkretnie będzie musiała spłacać zaciągnięty kredyt. – Jeszcze nie wiem, czy zostanę w Wielkiej Brytanii, czy wrócę do Polski, a może wyjadę gdzieś zupełnie indziej. Pewnie, że ciągnie mnie do rodziny i przyjaciół, ale tu mam szansę zdobyć świetne doświadczenie. I zarobić na spłatę zobowiązań za studia – opowiada 22-latka.

Już wiadomo, że nie każdemu udaje się sprostać kredytowi. Z danych, do jakich dotarł DGP, wynika, że pożyczki nie spłaca 110 osób. To oczywiście nie oznacza, że nie będą tego robić, bo mogą zacząć w każdym momencie.

Zdaniem Marii Misiorny, studentki III roku na Uniwersytecie Westminster w Londynie, może okazać się, że nie wszystkim uda się regulować należności, jeżeli wrócą do kraju. Ona zaciągnęła kredyt na 9 tys. funtów, ale sama jest dobrej myśli, jeśli chodzi o spłatę – uważa, że wykształcenie pomoże jej znaleźć na tyle dobrą pracę, w kraju albo za granicą, by bez problemu oddać dług. – Wiem jednak, że nie zawsze się to udaje, jeżeli ktoś wraca do Polski – przyznaje Misiorna. Tymczasem takich osób jest coraz więcej. Z ankiety przeprowadzonej wśród uczestników konferencji dla polskich studentów na LSE wynika, że jedna trzecia z nich wiąże plany na przyszłość z Polską. – To nadal bardzo szybko rozwijający się rynek, o wiele szybciej niż ten brytyjski. Do tego w Polsce z takim wykształceniem i doświadczeniem mamy szanse startować ze znacznie wyższego pułapu niż ci, którzy studiowali w kraju – tłumaczy Michał Leszczyński. Droga kariery jest znacznie krótsza. W Wielkiej Brytanii, by zostać partnerem w takiej formie jak np. Delloite, potrzeba 15–20 lat. W Polsce udaje się to po 7–8 latach pracy.

I właśnie to, że praca w kraju polskim absolwentom brytyjskich uczelni tak się opłaca, jest dla Brytyjczyków dowodem na groźbę ich niewypłacalności.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Gospodarka, kultura i społeczeństwo”