Póki my żyjemy... - czyli o tym, jak demografia zmienia historię

W roku 1990 wszedł w życie plan Balcerowicza, w ramach którego podjęty został szereg działań o charakterze antyinflacyjnym i rozpoczęto proces zmian struktury własnościowej w gospodarce.
Plan Balcerowicza sprawdził się w części dotyczącej obniżenia inflacji i uzdrowienia sytuacji na rynku towarowym. Późniejsze posunięcia rządu, jak chociażby postawienie wszystkich PGR-ów w stan upadłości, niezależnie od ich indywidualnej kondycji finansowej, czy dyskryminacja przedsiębiorstw krajowych, preferowanie obcego kapitału i prowadzenie prywatyzacji bez względu na koszty społeczne, interes skarbu państwa czy wręcz rację stanu wzbudzały pewną nieufność społeczeństwa. Załamanie gospodarcze, szybko rosnące bezrobocie i liczne afery finansowe zdążyły w ciągu półrocza zmniejszyć poparcie społeczne, jakim cieszył się rząd Tadeusza Mazowieckiego na początku swojego istnienia.
historia Polski
Posty: 110
Rejestracja: 15 kwie 2014, 04:37

Póki my żyjemy... - czyli o tym, jak demografia zmienia historię

Post autor: historia Polski » 15 kwie 2014, 04:50

Znajdujemy się w specyficznym momencie historii, który można nazwać okresem inkubacji. O naszej przyszłości decydować będą zachodzące dziś procesy demograficzne. Ich skutków jeszcze tak bardzo nie odczuwamy, ale prędzej czy później pojawią się. Wówczas, cały znany nam świat, może momentalnie stanąć na głowie.
Za bogaci, by rodzić dzieci

Demografowie od dawna znają zależność, która zwykłego śmiertelnika wprawia w osłupienie. Bo czyż nie szokuje fakt, że im ludzie bogatsi, tym mają mniej dzieci? Zależność ta przeczy zdrowemu rozsądkowi, ale z bardzo nielicznymi wyjątkami, można ją zaobserwować niemal we wszystkich państwach świata
Wyjaśnić muszę, że współczynnik dzietności na poziomie około 2,1 zapewnia odtwarzalność pokoleń. Innymi słowy, jeżeli pominiemy wpływ migracji, to w dłuższym okresie czasu, w takim kraju, ludność ani nie wzrośnie, ani nie zmaleje. Pozostanie na tym samym poziomie.

W krajach, gdzie współczynnik dzietności jest poniżej 2,1 liczba jego mieszkańców będzie spadać.

A jak wygląda sytuacja w Polsce? Okazuje się, że nie jesteśmy wyjątkiem. Od roku 1991 Polska notuje stały wzrost gospodarczy, a jednocześnie spadek (choć już nie stały) współczynnika dzietności.
W roku 1991 współczynnik dzietności w Polsce spadł poniżej 2,1, czyli poniżej progu odtwarzalności pokoleń. Od kilkunastu lat (dokładnie od 1999) utrzymuje się na dramatycznie niskim poziomie, wahając w granicach 1,3 – 1,4. Co z tego wynika?

Nie będziemy mieli więcej dzieci, gdy będziemy bogatsi!

Gdy zadamy Polakom pytanie „dlaczego nie masz więcej dzieci?”, najpopularniejszą odpowiedzią będzie „bo mnie nie stać na więcej”. Polacy są przekonani, iż są za biedni, by mieć więcej dzieci. Koronnym dowodem na to, że gdybyśmy tylko byli bogatsi, to sprowadzalibyśmy ich na ten świat więcej, ma być sytuacja Polek w Wielkiej Brytanii, które niby to rodzą dużo więcej dzieci niż Polki w Polsce.

Prawda jest jednak inna. Tak społeczeństwo Polski, jak i inne zamożne społeczeństwa świata, nie mają zbyt wielu dzieci z przyczyn kulturowych. Nawet w tych państwach, które na politykę prorodzinną przeznaczają olbrzymie środki, dzieci rodzi się niewiele. W Polsce szczególnie chętnie przytacza się dane dla państw zachodnioeuropejskich, które cieszą się nieco wyższym niż u nas współczynnikiem dzietności. Zapomina się jednak dodać, że kraje te należą do najbogatszych na świecie, przeznaczają olbrzymie środki na politykę prorodzinną, a mimo to, współczynnik dzietności nie przekroczył w nich progu odtwarzalności pokoleń. Średnia dla Unii Europejskiej w 2013 roku wynosiła ledwie 1,57 a liderzy (Irlandia i Francja) ocierają się o próg zastępowalności pokoleń (odpowiednio 2,05 i 2,01), ale wciąż go nie osiągnęli. Oznacza to, że materialna stymulacja (zasiłki, ulgi podatkowe itd.), ani innego rodzaju wsparcie państwa dla kobiet rodzących dzieci, w niewielkim tylko stopniu przekładają się na wzrost dzietności. Czerpanie z tych wzorów, co proponuje szereg środowisk w Polsce, mija się więc z celem. Po pierwsze dlatego, że dużo kosztuje, a nas na to nie stać. A po drugie dlatego, że niewiele to zmienia. Można w ten sposób „zawalczyć” o podniesienie współczynnika dzietności o kilka dziesiątych, ale nie można w ten sposób odwrócić procesu wymierania Polaków. Dla Polski jest to tym bardziej niebezpieczne, że do niskiej dzietności dochodzi bardzo wysoka emigracja młodych ludzi.

A co z Polkami w Wielkiej Brytanii? Niestety podając współczynnik dzietności dla tej grupy, zapomina się o strukturze wiekowej polskiej emigracji. Wyjechały tam bowiem głównie kobiety w wieku, w którym najchętniej decydują się na posiadanie dzieci. Dlatego właśnie dzisiaj je rodzą. Nie znaczy to jednak, że zmienił się model rodziny z 2+2 (rodzice z dwójką dzieci) typowy dla Polek w Polsce, na np. 2+4 (rodzice z czwórką dzieci). Dzisiaj około 2/3 Polek w wielkiej Brytanii mieści się w grupie wiekowej 20-35 lat. Oczywistym jest, że za 15 lat będą one starsze, a starsze kobiety nie będą rodziły już tylu dzieci. Gdy 2/3 Polek w Wielkiej Brytanii będzie sobie liczyć 35 – 49 lat (czyli wciąż będą się zaliczać do kobiet w wieku rozrodczym), współczynnik dzietności Polek w Wielkiej Brytanii znacząco spadnie[2]. Zmieni się struktura wiekowa kobiet w wieku rozrodczym, co za tym idzie spadnie ilość rodzonych przez nie dzieci i spadnie współczynnik dzietności. Oczywiście zakładając, że nie nastąpi kolejna fala masowej emigracji młodych Polek do Wielkiej Brytanii...

Tak więc Polki w Wielkiej Brytanii nie są wyjątkiem. Ich zachowanie nie odstaje za bardzo od tego, co obserwujemy wśród Polek w Polsce, czy w Niemczech. Wspomniałem o Niemczech, bo sytuacja w tym kraju jest znakomitym przykładem tego, o czym mówię. Państwo to pompuje olbrzymie środki w politykę prorodzinną, co nie przekłada się na odczuwalny wzrost liczby urodzeń ani wśród samych Niemek, ani wśród Polek, które tam mieszkają, a których struktura wiekowa jest podobna do Polek w Polsce. Współczynnik dzietności w Niemczech jest niemal identyczny z tym, który mamy w Polsce. I warto dodać – niemiecki jest niemal identyczny z ukraińskim. To trio (Niemcy, Polska, Ukraina), które dzieli przepaść ekonomiczna (ukraiński produkt krajowy brutto na osobę, liczony według parytetu siły nabywczej, w 2011 roku wynosił ledwie 17,7% niemieckiego), ma niemal identyczny, dramatycznie niski współczynnik dzietności. W 2011 roku, według danych Banku Światowego, wynosił on: 1,46 dla Ukrainy, 1,36 dla Niemiec oraz 1,30 dla Polski.

Dlaczego bogaci mają mało dzieci?

W ostatnich kilkunastu dekadach doszło do zasadniczych zmian w zachowaniach rozrodczych bogacących się społeczeństw Europy. Zalegalizowanie aborcji, wraz ze skuteczną i powszechnie dostępną antykoncepcją, uwolniły matki od niechcianych ciąż. Do tego doszły procesy związane z emancypacją kobiet. Te kształcą się i pracują zawodowo (podkreślę – zawodowo, bo pracowały i to bardzo ciężko cały czas). To odsuwa w czasie ich decyzje o zajściu w ciążę i redukuje ilość dzieci, które rodzą i którymi mogą, i chcą się zająć.

Ponadto, najpierw w Niemczech (już w 1880 roku), później w innych krajach, wprowadzono systemy emerytalne. Była to rewolucja, gdyż do tej pory jedynym zabezpieczeniem na starość były albo dzieci, albo oszczędności. Te ostatnie jednak można było łatwo stracić. W praktyce, we wszystkich społeczeństwach świata, do roku 1880, to od dzieci zależała dola i niedola ich starych rodziców. Upowszechnienie gwarantowanych przez państwo emerytur oznaczało zerwanie tradycyjnej dotąd więzi ekonomicznej łączącej rodziny. Dzieci przestały być tak potrzebne, jak dotąd. Przestały być potrzebne zwłaszcza w miastach. Urbanizacja Europy, to ostatni już znaczący czynnik wpływający na obniżenie dzietności Europejczyków. Gdy więc z jednej strony postęp w nauce (np. wzrost wydajności upraw rolnych) i medycynie sprzyjał przyrostowi naturalnemu, to z drugiej strony, zmiany kulturowe go obniżały. W drugiej połowie XX w. bilans tych trendów zdecydowanie przechylił się na niekorzyść ilości sprowadzanych na świat dzieci. Wszystkie te „zdobycze cywilizacyjne” nie tylko w Europie, ale także tam, gdzie dotarły (np. w Japonii, Singapurze itd.), poskutkowały dramatycznym spadkiem współczynnika dzietności. Tam gdzie nie dotarły (najlepszym przykładem jest Afryka Subsaharyjska) wciąż rodzą się tabuny dzieci.

Lekcja historii

W roku 1569 do Królestwa Polskiego przyłączono nowe, rozległe terytoria, powiększając jego obszar ponad dwukrotnie. Tak gwałtowna ekspansja terytorialna nie oznaczała jednak podwojenia populacji. Ta wzrosła nieznacznie, gdyż nowe prowincje były słabo zaludnione. O ile dotychczasowe ziemie Królestwa Polskiego cechowały się gęstością zaludnienia wynoszącą około 20 osób na km2, o tyle bardzo rozległe obszary Ukrainy (tak wkrótce zaczęto nazywać terytorium dwóch województw włączonych w 1569 do Polski: kijowskiego i bracławskiego) były niemal bezludne. Gęstość zaludnienia Ukrainy w ostatniej ćwierci XVI stulecia szacuje się na ledwie 3 osoby na km2.[3]

Rok 1569 był jednak przełomowy dla demografii nowo wcielonych ziem ukrainnych. Ruszyła ich gwałtowna kolonizacja. Między rokiem 1569 a 1648 na Ukrainie powstało ponad 300 nowych osiedli typu miejskiego, a istniejące już miasta zwielokrotniły swą populację. Na przykład w Kijowie wzrosła ona 3,6 razy, w Kaniowie – czterokrotnie, w Czerkasach – niemal pięciokrotnie[4]. Równie, jeśli nie bardziej dynamicznie rosła liczba ludności wiejskiej. Jak słusznie notuje ukraińska historyk, było to możliwe dzięki osłabieniu najazdów tatarskich oraz protekcyjnej polityce państwa[5]. Od siebie dodam, że było to możliwe także dzięki migracji ludności Korony na jej południowo-wschodnie pogranicze, ale przede wszystkim dzięki fenomenalnej rozrodczości ludności Ukrainy. Zauważył i ze zdziwieniem opisał ją Paweł z Aleppo, prawosławny duchowny z Syrii, który podróżował po Ukrainie w latach 1654 – 1656. Notował on na przykład:

„Szczególnie zadziwił nas widok tak ogromnej ilości dzieci; było ich niczym ziaren piasku”[6]

„Każda osada czy miasteczko w kraju Kozaków jest przeludnione, szczególnie dużo jest tam małych dzieci. [...] Panuje tu zwyczaj zawierania związków małżeńskich w bardzo młodym wieku i wynikiem tego jest taka ilość dzieci – większa od gwiazd na niebie i piasku morskiego.”[7]

Czy też:

„Możesz tu zobaczyć w domu niemal każdego Kozaka dziesięcioro i więcej dzieci z białymi włosami na głowie, dlatego też nazywaliśmy je starcami. Różnica wieku między nimi wynosi około roku, chodzą razem, jedno za drugim. Ich widok zdumiewał nas. Wychodziły, by nas podziwiać, a tymczasem myśmy patrzyli na nie z zachwytem. Gdybyś mógł [czytelniku] je widzieć - największy stał na początku szeregu, obok niego niższy o piędź i dalej niższy i jeszcze niższy, aż do zupełnie maleńkiego na samym końcu. [...] W ciągu ostatnich lat wymordowano ich setki tysięcy, Tatarzy uprowadzili do niewoli tysiące ludzi. Zarazy morowej wcześniej nie znali, ale ostatnio pojawiła się u nich i zabrała dziesiątki tysięcy spośród nich do rajskich ogrodów. Mimo utraty takiej ilości ludzi nadal jest ich niczym mrówek i niezliczonych gwiazd. Pomyślałbyś, iż kobieta u nich jest brzemienna trzy lub cztery razy w roku i za każdym razem rodzi po troje czy czworo dzieci. Jak nam opowiadano powodem tak wielkiego przyrostu jest to, że nie ma tu kobiet bezpłodnych a to dzięki działaniu tutejszej wody, której właściwości są dobrze znane i zbadane.”[8]

Gwałtowny wzrost liczby ludności miał swoje konsekwencje. W przeciwieństwie do Wielkopolski, Małopolski i Mazowsza, na Ukrainie w zdecydowanej mierze mieszkali nie Polacy, lecz Rusini. To przede wszystkim ich liczba wzrastała. Wzrastała dużo szybciej niż populacja pozostałej części Królestwa Polskiego. Gwałtownie w siłę rosła również kozaczyzna, której szeregi powiększały się dzięki miejscowej, ukrainnej ludności. Po jej kilku nieudanych zrywach, które coraz krwawiej tłumiono, w 1648 roku Bohdan Chmielnicki pociągnął Kozaków i miejscowy lud do kolejnego. Okazał się on wyjątkowy. W przeciwieństwie do poprzednich, ten do głębi wstrząsnął fundamentami państwa i po dekadzie pokoju, którym cieszyła się Rzeczpospolita, zainicjował lawinę wojen, które trwały kilkadziesiąt lat. Dla całej Rzeczpospolitej poskutkowały one utratą dotychczasowej, mocarstwowej pozycji, utratą sporej części terytoriów, ale nade wszystko katastrofalnym zniszczeniem i wyludnieniem. Będące w unii z Królestwem Polskim Wielkie Księstwo Litewskie, którego populację w 1648 roku szacuje się na 4 mln, w wyniku tych wojen (nie tyle z Kozakami, co późniejszych, czyli z Rosją i Szwecją), w latach 1650 – 1670 straciło około 48% ludności. Nieco łagodniej los obszedł się z ziemiami koronnymi. Tutaj z około 7 mln ludzi, po wojnie zostało około 5 mln, przy czym ludność centralnych, etnicznych ziem polskich (Wielkopolski, Małopolski i Mazowsza) zmniejszyła się z około 3,83 mln przed wojną do około 2,90 mln w 1660 roku[9]. Najgorzej jednak działo się na Ukrainie. Skutkiem tych wojen było jej i straszliwe spustoszenie wraz z depopulacją, i podział między Polskę a Rosję.

Nie jest oczywiście prawdą stwierdzenie, że sam wzrost populacji Ukrainy doprowadził do tych wszystkich nieszczęść. Powody zrywów zbrojnych były inne. Faktem jest jednak, że tak głęboki wpływ na losy Rzeczpospolitej mogły one wywrzeć tylko wówczas, gdy były odpowiednio potężne, a to już bezpośrednio zależało od demografii tych terenów. Nieliczni w stosunku do Polaków mieszkańcy Ukrainy, nawet przy swoich najlepszych chęciach i nie wiadomo jak wielkim zapale bojowym, nie byliby w stanie zagrozić potędze Królestwa Polskiego.

Opisana powyżej historia, na mniejszą skalę, powtórzyła się ponad wiek później. Po podziale Ukrainy między Polskę a Rosję, jej polska część, przez kilkadziesiąt lat pozostała niemal wyludnioną pustynią. Nie sprawiała wówczas poważniejszych problemów. W drugiej dekadzie XVIII wieku zakończył się ciąg wojen, które dotąd, z minimalnymi tylko przerwami, toczyła Rzeczpospolita. Również polska część Ukrainy zaznała wytchnienia. Nastał okres kilkudziesięciu lat pokoju, przerwany tylko krótką, ale niezbyt niszczycielską wojną o sukcesję po śmierci króla Augusta II Sasa. Ukraina ponownie zaludniła się. Przykładem mogą być ukrainne dobra Franciszka Salezego Potockiego. W latach 1760 – 1763 liczba wsi miała w nich wzrosnąć aż pięciokrotnie, z niecałych 100 do niemal 500[10]! Gwałtowny wzrost populacji Ukrainy doprowadził wkrótce do kolejnego zrywu. W 1768 roku, w ciągu ledwie kilku miesięcy tak zwanej koliszczyzny, ruska, prawosławna ludność Ukrainy, wymordowała około 200 tys. rzymsko i grekokatolików, oraz żydów. Cztery lata później doszło do pierwszego rozbioru Polski.

I znów zastrzec muszę, że nie sam wzrost demograficzny prawosławnej ludności Ukrainy doprowadził do takich konsekwencji. Powody rzezi nieprawosławnych były inne. Wśród nich niemałą rolę grała inspiracja sąsiedniej Rosji, która żywotnie zainteresowana była wewnętrznym osłabieniem Rzeczpospolitej. Gdy 17 kwietnia 1794 roku, podczas powstania kościuszkowskiego, warszawiacy zdobyli ambasadę rosyjską, znaleziono w niej starannie dotąd skrywane dokumenty carskiej dyplomacji. Wyszły wówczas na jaw różne, kompromitujące Rosjan fakty. Między innymi:

„okazało się, jak Rossya zawsze starała się robić rozruchy w Polsce pod różnemi pozorami, jakoż z tych [dokumentów] okazało się, że rzeź, do której chłopi w Ukrainie przeciwko swym polskim panom, których wiele wybili, należeli, była z poduszczenia rossyjskiego, pierwsza w roku 1648, druga w roku 1768, do której to okropnej rzezi chłopi ukraińscy, poddani polskiej szlachty przez księży ruskich religii greckiej byli namówieni i za pośrednictwem tych księży przysłane im były noże z głębi Rossyi do zarzynania swych panów, i tych, co religię katolicką wyznawali.”[11]

Jednak nie tylko wzrost demograficzny Rusinów sprawiał problemy Polsce. Wkrótce to szybko rozmnażający się Polacy stali się problemem dla państw, które w latach 1772 – 1795 dokonały rozbiorów Polski. Szacuje się, że Rzeczpospolita w granicach sprzed 1772 roku miała około 12,3 mln ludzi, co stawiało ją w gronie najbardziej zaludnionych państw Europy[12]. Nie wszyscy jej mieszkańcy byli jednak Polakami[13]. Ich liczba jest bardzo trudna do ustalenia. Historycy podają bowiem dane dla okresu albo z połowy XVII w. (40% z 11 mln populacji Rzeczpospolitej), albo dla okresu po pierwszym rozbiorze, (60% z 8,6 mln dla 1790 roku). Niestety, w tym czasie granice państwa bardzo się zmieniły, więc te dane nie pozwalają na określenie całkowitej liczby Polaków przed pierwszym rozbiorem Polski. Po nim, czyli po 1772 roku, znaczna liczba Polaków nie mieszkała już w granicach wciąż istniejącej Rzeczpospolitej. Nie zmienia to faktu, że liczba Polaków w XIX wieku, a już zwłaszcza na początku XX wieku, bardzo wzrosła. To między innymi dzięki temu możliwe stało się odrodzenie państwa polskiego. O niepodległą Polskę było komu walczyć.

Piotr Eberhardt oblicza, że na przełomie XIX i XX w., na terenach byłej Rzeczpospolitej (w granicach z 1771 roku, czyli sprzed pierwszego rozbioru), mieszkało przeszło 14 mln Polaków[14], a ich liczba dynamicznie rosła. Szczególnie silny był wzrost demograficzny Królestwa Polskiego, zwanego potocznie Kongresówką – integralnej części Imperium Rosyjskiego. Eberhardt notuje:

„Obszar Królestwa Polskiego, jak i otaczające go terytoria, na których skupiała się ludność polska, odznaczały się w końcu XIX i na początku XX w. bardzo wysokim przyrostem naturalnym, co później miało duże znaczenie polityczne. Pomimo wysokich strat wywołanych I wojną światową ludność polska reprezentowała stosunkowo duży potencjał demograficzny, który – obok ukształtowanej, wysokiej świadomości narodowej i determinacji – umożliwił uformowanie się niepodległego państwa polskiego. Silną dynamiką cechowały się zwłaszcza lata od 1897 do 1913. O skali tego wzrostu mówią dane odnoszące się do Królestwa Polskiego, w którym koncentrowała się największa liczba Polaków. W ciągu zaledwie 16 lat na terenie Królestwa liczba ludności zwiększyła się prawie o 3,9 mln, a liczba Polaków – o ponad 2,7 mln.”[15]

Oznaczało to wzrost populacji całej Kongresówki o około 40% w ciągu zaledwie 16 lat! Zaledwie kilka lat później przełożyło się to, na odzyskanie przez Polskę niepodległości.

I co z tego wynika?

Nierównomierny wzrost demograficzny poszczególnych narodów, czy grup religijnych, prędzej czy później prowadził do gwałtownych zmian na mapie politycznej Europy. W okresie inkubacji niewiele się działo. Ludzie żyli obok siebie, zajęci swoimi codziennymi sprawami. W takim właśnie okresie dziś żyjemy. Europa jest obecnie w fazie inkubacji. Gdy jednak przemiany są już dostatecznie głębokie, jedno wydarzenie (często inspirowane z zewnątrz) może stać się katalizatorem gwałtownych wstrząsów, które zmieniają rzeczywistość. Nie chcę tu zajmować się mniej czy bardziej prawdopodobnymi scenariuszami zmian. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na fakt, że Polska z takich wstrząsów wyjdzie w stanie odpowiadającym temu, w jakim będzie jej populacja. Mamy dziś kilka atutów w rękach, ale też i kilka rzeczy powinno nas bardzo niepokoić. Atutem jest to, że Polska jest krajem niemal monoetnicznym. Dzięki temu nie grozi nam rozpad terytorialny państwa. Mniejszości narodowe są bowiem za słabe, by do tego doprowadzić. Należy dbać o to, by ten stan się nie zmienił. W szczególności nie można ulec pokusie, by imigrantami łatać niedobory rąk pracy w Polsce. A już wkrótce będzie to bardzo mocno forsowane przez pewne środowiska. Te niedobory muszą wystąpić, gdyż sami Polacy mają za mało dzieci, a na dodatek młodzi ludzie masowo emigrują. Środowiskom, które już dziś proponują, by zacząć sprowadzać imigrantów, którzy będą pracowali na emerytury Polaków, należy się zdecydowanie przeciwstawiać. Nie tędy droga...

Polska jest członkiem Unii Europejskiej i jako taka ma otwarte granice, ale na szczęście jesteśmy wciąż za mało atrakcyjnym krajem dla imigrantów. Przede wszystkim ze względu na swoje relatywne ubóstwo. Jednak, wraz z wyrównywaniem się poziomów życia, atrakcyjność Polski będzie rosła. Będzie rosła zwłaszcza dla jej uboższych sąsiadów, którzy dzisiaj są poza Unią Europejską. Jeśli kiedykolwiek wejdą oni do UE, naszym żywotnym interesem będzie wprowadzenie okresu przejściowego, chroniącego nasz rynek pracy. Czyli postępowanie analogiczne do tego co zrobiły Niemcy po wejściu Polski do UE. Dzięki roztropnej polityce główna fala emigracji młodych Polaków nie ruszyła do Niemiec, lecz do Wielkiej Brytanii. Wyludniające się Niemcy wschodnie (ludność byłego NRD masowo opuszczała je szukając lepszych warunków życia w zachodnich Niemczech) nie zostały skolonizowane przez Polaków. Niemcy nie mają więc obaw, że Polacy kiedykolwiek wysuną roszczenia terytorialne względem nich.

Ostatnią dobrą stroną obecnej sytuacji jest fakt, że jeśli chodzi o ilość sprowadzanych na świat dzieci, wszyscy nasi sąsiedzi znajdują się w równie opłakanym stanie co my. Można to porównać do tonących okrętów. Toniemy wszyscy, więc upływ czasu nie pomaga żadnej ze stron. W tej sytuacji nie musimy aż tak bardzo obawiać się, że rozwijający się demograficznie sąsiad łakomym okiem spojrzy na wyludniającą się Polskę. Choć trudno w to uwierzyć, ale to raczej my możemy być postrzegani jako problem dla „szybciej tonących” sąsiadów. Przykładem Litwa, która w ciągu ostatnich 2 dekad straciła 20% ludności. Pamiętajmy, że populacja tego kraju jest przeszło 12 razy mniejsza od polskiej i że Litwa cierpi na równie wysoką (procentowo) emigrację młodych ludzi, przy równie niskim współczynniku dzietności co my. A to wszystko przy istnieniu znaczącej mniejszości polskiej na Litwie i potencjalnych roszczeniach terytorialnych (o Wilno i Wileńszczyznę), których póki co nie wysuwa żadna licząca się siła polityczna w Polsce, ale kto Litwinom da gwarancję, że to się nie zmieni?

Tyle atutów. A teraz o minusach obecnej sytuacji.

Pierwszą i najbardziej oczywistą wadą jest ta, że przy zachowaniu obecnych trendów Polacy muszą zniknąć z powierzchni ziemi. Tak po prostu. Wymrzemy jak dinozaury. Zanim to nastąpi, depopulacja Polski będzie obniżać naszą pozycję w świecie. Liczba ludności świata systematycznie wzrasta i w takiej rzeczywistości kurcząca się Polska będzie spychana już nie na margines polityki światowej, ale poza niego. Dość powiedzieć, że mniej więcej 8 dekad temu Rzeczpospolita miała nieco tylko mniej ludności niż ma dziś, lecz świat liczył sobie wówczas nie przeszło 7 mld ludzi, lecz około 2 mld. Aby utrzymać naszą przedwojenną pozycję, Polska powinna sobie dziś liczyć około 120 mln ludzi! To niemożliwe? Spójrzmy na Turcję. Przed IIWŚ miała ona 17 mln ludzi (połowę tego co wówczas Polska), a dziś ma ich 74 mln! W roku 1966 Polska i Turcja miały tyle samo ludzi – niemal 32 mln. Dzisiaj Turcja ma ich dwa razy tyle co Polska, a co gorsze, ta dysproporcja wciąż będzie się powiększać. Liczba Turków w Turcji nadal szybko rośnie, a liczba Polaków w Polsce już spada. Turcja nie jest zresztą jakimś wyjątkiem. We wspomnianym 1966 roku liczba ludności Polski i Filipin była równa. Dzisiaj Filipiny mają 97 mln ludzi! Wzrost nieco ponad 300% w ciągu niecałych 5 dekad! Identyczny, trzykrotny wzrost populacji, zanotował w tym czasie również Izrael. Oba te państwa – Filipiny skrajnie biedne; Izrael znacznie zamożniejszy od Polski – cieszą się niemal identycznie wysoką dzietnością. Współczynnik dzietności wynosi w nich około 3, co oznacza, że ich populacje nadal będą dynamicznie wzrastać.

Oczywistym jest, że nie tylko od liczby ludności zależy pozycja danego kraju, ale nie da się ukryć, że nawet najzamożniejszy kraj z niewielką populacją, nie może bronić swych interesów tak dobrze, jak kraj choćby i nieco mniej zamożny, ale z liczącą się populacją. Jeżeli Polska zamyśla nawet tylko o utrzymaniu obecnej swej pozycji w świecie, liczba jej ludności musi wzrastać przynajmniej tak szybko, jak liczba ludzi na świecie. Na to się jednak nie zanosi z wielokrotnie wzmiankowanych tu powodów. Do bardzo niskiej dzietności dochodzi wysoka emigracja.

Nie można też zapominać, że Polska leży między dwoma potężnymi sąsiadami – Rosją i Niemcami. I choć dzisiaj cieszymy się pokojem, to patrząc na historię Europy można stwierdzić, że jest to tylko stan przejściowy między wojnami. Depopulacja Polski obniża i tak już niskie zdolności obronne naszego kraju. Dość przypomnieć, że do rozbiorów Rzeczpospolitej w XVIII w. doszło mimo iż ówczesna Rzeczpospolita nie odstawała aż tak bardzo od sąsiadów jak dzisiaj my odstajemy od Rosji i Niemiec[16].

Na końcu ostatni czynnik – ekonomia. Niewielki współczynnik dzietności oznacza, iż zmienią się proporcje między ludźmi pobierającymi emerytury, a tymi, którzy na nie pracują. Innymi słowy, młodzi nie udźwigną ciężaru utrzymania starych. Można temu zapobiec albo przez podnoszenie wieku emerytalnego, czego właśnie jesteśmy świadkami, albo poprzez sprowadzanie na ten świat większej ilości dzieci. Tylko po co ktoś miałby ich mieć więcej, skoro posiadanie większej ilości dzieci obniża jego status materialny (wzrastają wydatki), podczas gdy te dzieci pracują nie na jego emeryturę, lecz na emerytury wszystkich Polaków? No właśnie, po co?

Co robić?

Czas na wskazanie środków zaradczych, które mogą zapobiec katastrofie demograficznej Polski. Przypomnę, że mechanizmy polityki prorodzinnej, stosowane w zachodniej Europie mają jedynie bardzo ograniczoną siłę oddziaływania, a są nadzwyczaj kosztowne. Nie ma sensu iść tą samą drogą. Co więc powinniśmy zrobić?

Zacząć trzeba od przywrócenia bezpośredniej zależności między zabezpieczeniem starości rodziców, a ilością posiadanych dzieci. Jak? Emerytury powinny być wypłacane tylko i wyłącznie ze składek pracujących dzieci. Zależność ta jest i prosta, i sprawiedliwa. Ten, kto ponosi większy ciężar związany z wychowaniem większej liczby dzieci, ma lepszą i spokojniejszą starość.

A co z osobami nie mogącymi mieć dzieci? Tym pozostaje albo adopcja, albo odkładanie na prywatne fundusze emerytalne, czy konta bankowe. Ile odłożą, tyle będą mieli na starość.

Równolegle do reformy systemu emerytalnego należy dokonać zmianę w systemie edukacyjnym, po to, by obniżyć wiek ludzi wkraczających w dorosłe życie. Od niego bowiem zależy decyzja o zawarciu małżeństwa i posiadaniu dzieci. Młodzi ludzie muszą mieć czas, by po zakończeniu edukacji zdobyć pracę, zabezpieczyć byt rodzinie itd. Im później zaczynają to robić, tym później decydują się na dzieci. Przez ostatnie dekady mieliśmy do czynienia z opóźnianiem decyzji o urodzeniu pierwszego dziecka. Między innymi dlatego, że coraz więcej Polaków kształci się dłużej, a więc później wkracza w dorosłość. Należy więc zdecydowanie podnieść poziom trudności matur, by ograniczyć liczbę osób, które będą kontynuowały naukę. Polska nie potrzebuje 40% młodych ludzi mogących się wylegitymować wyższym wykształceniem. Za tymi dyplomami mało co dzisiaj stoi. Czasy, gdy uczelnie przechowywały absolwentów szkół średnich, by ci później trafili na rynek pracy, minęły. Pora podnieść poziom kształcenia i ponownie uczynić dyplom ukończenia wyższej uczelni wartościowym dokumentem. Czyniąc tak, jednocześnie zwiększamy liczbę młodych ludzi, którzy szybciej wkraczają w dorosłe życie.

Należy anulować wszelkie programy aktywizacji zawodowej kobiet. „Wyzwolone” kobiety wpędziły się z jednej pułapki (zależności od mężów), w drugą (obowiązek pracy zawodowej). Stały się niezależne finansowo od mężów, ale zależne od decyzji szefów i szefowych, dla których liczy się to, by pracownik był dyspozycyjny. Liczniejsze potomstwo obniża tę dyspozycyjność i zwiększa ryzyko utraty pracy. Strach przed tym jest dziś jednym z najpoważniejszych czynników wpływających na odłożenie w czasie decyzji o urodzeniu dziecka, czy o rezygnacji z urodzenia kolejnego. W tradycyjnym modelu rodziny kobieta zajmuje się dziećmi i domem, a mężczyzna na to zarabia. Do tego modelu należy wrócić. On zapewnia wyższą dzietność. A że jest niepoprawny politycznie? No cóż. Poprawny politycznie model wymiera na naszych oczach...

Należy propagować naukę Kościoła Katolickiego. Jest ona wybitnie pronatalistyczna i prorodzinna. Z premedytacją przemilczanym przez środowiska lewicowe fenomenem jest to, że w społeczeństwach religijnych rodzi się znacznie więcej dzieci niż w świeckich. Najlepszym przykładem są państwa, w których mimo ich zamożności, wciąż rodzi się wiele dzieci. Tak w Arabii Saudyjskiej, jak i w Izraelu, religia ma znacznie silniejszy wpływ na porządek prawny i życie społeczeństw niż w Polsce. To przede wszystkim dzięki ortodoksyjnym Żydom, którzy posiadają po 8-10 dzieci, współczynnik dzietności w zamożnym Izraelu jest tak wysoki. To dzięki trzymaniu się tradycyjnych wartości, opartych na Koranie, w zamożnej Arabii Saudyjskiej kobiety wciąż rodzą wiele dzieci. Mamy zresztą przykład i z naszego podwórka. Wystarczy odwiedzić powiat kartuski, gdzie Kaszubi są nadal silnie związani z Kościołem Katolickim, by zobaczyć, że i w polskich warunkach można rodzić wiele dzieci. Znacznie więcej niż potrzeba do zastępowalności pokoleń. Co więcej, przykład ten pokazuje również, że więcej dzieci nie oznacza większego bezrobocia. Bezrobocie w powiecie kartuskim jest nieco niższe niż średnia krajowa.

Należy dowartościować sam fakt posiadania licznych rodzin. Dzisiaj niestety typowym określeniem na kogoś, kto ma liczniejsze potomstwo jest nazywanie go „dzieciorobem”. Matki poświęcające swą karierę zawodową na rzecz rodziny nazywa się „mało ambitnymi”, czy też „kurami domowymi”. To trzeba zmienić. Jak? Dając przykład z góry, bo tylko taki na społeczeństwo działa. Ludzie zawsze wzorowali się na elitach. Zamożni i wpływowi obywatele, czyli tacy, na których wzoruje się „ulica”, muszą świecić przykładem. Posiadanie licznych rodzin musi stać się symbolem wysokiego statusu społecznego. Można to dość prosto osiągnąć poprzez stworzenie zachęt ekonomicznych, ale nie takich, jakimi dzisiaj państwo „wspiera” rodziny z dziećmi. Więc jakich? Na przykład wprowadzając zasadę, że każde dziecko zmniejsza płacony podatek dochodowy o określony procent. Na przykład o 7%. Oznacza to, że zamożni (z drugiego progu podatkowego) rodzice pięciorga dzieci w ogóle nie będą płacić podatku dochodowego. Mniej zamożni (z pierwszego progu podatkowego) nie będą płacić podatku dochodowego mając już trójkę dzieci. Zaletą tej propozycji jest także to, że promujemy przyrost naturalny rodzin, które stać na dzieci. Nie mnożymy biedoty.

Te kilka prostych zasad, byle stosowanych konsekwentnie, po pewnym czasie powinny przynieść pożądany skutek – podniesienie współczynnika dzietności powyżej poziomu 2,1. Czy będzie on wynosił 2,3 czy może 3,0, to już sprawa drugorzędna. Nie musimy być światowymi liderami w tej dziedzinie. Popadanie ze skrajności w skrajność jest równie niebezpieczne. Wystarczy, że utrzymamy stabilny, stosunkowo solidny wzrost.

Dr Radosław Sikora


[1]Współczynnik dzietności oznacza liczbę dzieci, które urodziłaby przeciętnie kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego (15 - 49 lat) przy założeniu, że w poszczególnych fazach tego okresu rodziłaby z intensywnością obserwowaną w badanym roku, tzn. przy przyjęciu cząstkowych współczynników płodności z tego okresu za niezmienne.

[2]To wynika ze sposobu obliczania współczynnika dzietności.

[3]Jacek Ślusarczyk, Obszar i granice Polski. Toruń 1996. s. 48.

[4]Natalia Jakowenko, Historia Ukrainy od czasów najdawniejszych do końca XVIII wieku. Lublin 2000. s. 179 – 180.

[5]Tamże, s. 180.

[6]Paweł z Aleppo, Opis Ukrainy. Z arabskiego tłumaczyła Maria Kowalska. s. 5.

[7]Tamże, s. 13 – 14.

[8]Tamże, s. 25 – 26.

[9]Dane o stratach za: Cezary Kuklo, Demografia Rzeczypospolitej przedrozbiorowej. Warszawa 2009. s. 212.

[10]Tak twierdził Paweł Mładanowicz, który był synem gubernatora generalnego dóbr ukrainnych wspomnianego F. S. Potockiego.

[11]Stanisław Kosmowski, Pamiętniki Stanisława Kosmowskiego z końca XVIII wieku. s. 38. Poznań 1860. Stanisław Kosmowski, jako oficer gwardii konnej króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego, był świadkiem powstania kościuszkowskiego w Warszawie.

[12]Kuklo, Demografia, 216.

[13]Kwestia, kogo można, a kogo nie można zaliczyć do Polaków jest sama w sobie interesującym zagadnieniem. Na potrzeby tego artykułu przyjęto powszechnie stosowane przez demografów historycznych kryterium definiujące Polaków jako zbiorowość wyznającą religię rzymskokatolicką i posługującą się na co dzień językiem polskim.

[14]Piotr Eberhardt, Między Rosją a Niemcami. Warszawa 1996. s. 88.

[15]Tamże, s. 74.

[16]http://www.kresy.pl/publicystyka,analiz ... k-za-sasa-

ODPOWIEDZ

Wróć do „Gospodarka, kultura i społeczeństwo”